Szedłem strumieniami, jarzębinami...
Motto:
„Życie jest jeszcze gorsze i jeszcze
bardziej paskudne od wszystkiego,
co można
na ten temat powiedzieć.”
M. Hłasko
Nie wiem, jak wy, ale ja, gdy tylko mam wolna chwilę, wsiadam w pociąg osobowy relacji Katowice-Zwardoń, i w półtorej godziny później już jestem w innym świecie. W górach. W mieście żyje się podle i źle. W górach - co innego. Tu powietrze ma inny smak, a życie - ma sens. I czasem, wędrując przez samotne góry wśród mgły lub mżawki, zdarza mi się zapomnieć o całym moim życiu - tak jakby nic nie istniało, poza tą mgłą, mną i drogą, po której wędruję.
Powinienem się może przedstawić. Nazywam się Marek Gudor i jestem
studentem informatyki na Katowickiej Akademii Technicznej. Właściwie, to
pochodzę z Warszawy, ale z tamtym miastem nic mnie nie łączy. Bo ja chcę być
jak najbliżej gór.
Niebo było szare i bez wyrazu. Marek siedział na schodach do akademika i patrzył w ziemię. Wokół słychać było jedynie monotonny szum samochodów i kłótnię studentów mieszkających na pierwszym piętrze. Okno mieli otwarte na całą szerokość, dlatego do siedzącego docierały ich wszystkie słowa.
- Ty pierdoło! - krzyczał
jeden niskim basem. -Ty niedorajdo! Musiałeś to tu rozlać?!
- No, k...wa, mówiłem ci
już, nie zrobiłem tego celowo - bronił się drugi. - Odp...dol się wreszcie ode
mnie!
- Zamknij mordę! Lepiej
powiedz mi, jak ja tę książkę do biblioteki dzisiaj zaniosę? Nie dość, że
mokra, jak gnój, to jeszcze śmierdzi browarem!
- To ją oddaj pojutrze!
- Pojutrze, to k...wa będzie
po futrze! Mam dzisiaj termin! Jak mi każą zwracać kasę, to będziesz mi winien!
- O, takiego! - zdenerwował
się drugi. - A teraz, daj mi się, do k...wy nędzy, wyspać! Mam cholernego kaca,
jutro egzamin z mechaniki, a ja jeszcze nic nie umiem!
Gdy Marek, chcąc czy też nie
chcąc, przysłuchiwał się kłótni studentów z pierwszego piętra, podszedł do
niego wysoki chudzielec w okularach.
- Się ma - rzekł ponuro i
wyciągnął przed siebie dłoń. Marek ją uścisnął. - Już w Katowicach?
- Jutro jadę do Zwardonia -
wyjaśnił Marek. - A ty co? Poprawkę masz?
- Niee, kurzy dziób, ja
tylko rozmawiałem z dziekanem w sprawie tej praktyki, wiesz...
- I co?
- Powiedział mi, że na
egzaminie u niego będę biedny...
Chudzielec rozejrzał się
parę razy dookoła, otworzył parę razy usta, jakby chciał coś powiedzieć, po
czym wszedł energicznie schodami na górę i zniknął za przeszklonymi drzwiami.
Drzwi te jeszcze kilka chwil po jego zniknięciu powoli się domykały, jęcząc
żałośnie nienaoliwionymi zawiasami.
Wrzesień się kończył, wolnym
krokiem zbliżał się październik. Na szarym niebie (dlaczego szarym? Przecież we
wszystkich książeczkach dla dzieci niebo wydaje się niebieskie) powoli kołowało
stadko gołębi. Odwracały się w stronę patrzącego, raz spodem, raz wierzchem
skrzydeł, to znów wzbijały się w powietrze, wysoko, wysoko. W końcu znikły
całkiem z oczu Marka. Drzwi do akademika także przestały skrzypiec i przez
jakiś czas wydawało się, że wszelkie życie w okolicy zamarło. „Ciekawe” –
pomyślał Marek – „Ciekawe, jak będzie wyglądał koniec świata? Może właśnie
jakoś w ten sposób... Po prostu wszystko ucichnie i nic nie zostanie... A może
tak właśnie wygląda piekło? To bardzo śmiesznie, wyobrażać sobie , że w piekle
jest gorąco, stoją kotły ze smołą, a wokół podskakują diabły z rogami i
podrzucają do ognia. Po co diabłom rogi? I dlaczego w piekle ma być gorąco, a
nie, na przykład, lodowato zimno. Gdybym był wierzący, na pewno wyobrażałbym
sobie piekło jako miejsce ot, takie jak to teraz: ani zimne, ani ciepłe,
wilgotne, ani suche. Takie nijakie, bez sensu, bez nadziei...” Jego
rozmyślania przerwał dopiero odgłos włączonego gdzieś na trzecim piętrze radia.
„Minęła dwunasta, podajemy najważniejsze wiadomości. Jak nieoficjalnie
dowiedziało się Radio Minus, prezydent rzeczypospolitej podpisał dziś rano
szczegółowy plan udziału niektórych polskich jednostek w wojnie o obalenie...”
– popłynęły wysoko pod niebo słowa spikera. Markowi wydawało się przez moment,
że widzi je, jak lecą i znikają, w ślad za zdziczałymi gołębiami...
Wieczorem siedzieli znowu we
dwóch przy stole i jedli swoją skromną kolację. Pod ścianą, na swoim łóżku,
leżał ich trzeci współlokator i głośno chrapał.
Janusz, wysoki i chudy chłopak,
którego Marek rano spotkał przed wejściem do akademika, posmarował chleb
pasztetem i opowiadał coś z wielkim zaangażowaniem, co ledwo docierało do
świadomości Marka.
- Otóż cały problem, który
stoi na przeszkodzie konstruowaniu bramek spintronicznych na masową skalę… -
mówił, po czym przerwał na chwilę i uniósł ze stołu rozpoczętą puszkę z
pasztetem – „Pasztet z jelenia” – odczytał głośno z etykiety i odstawił puszkę.
– Od kiedy to się, kurzy dziób, nazywa jeleń? To grube, różowe, co biega po podwórku
i pokwikuje? To teraz tak wyglądają jelenie? – dziwił się z wyraźną nutą ironii
w głosie. – Widać człowiek uczy się całe życie, kurzy dziób… Ale, na czym
skończyłem…?
Tu zamyślił się na moment,
ale w chwilę później podjął zgubiony wątek:
- A więc największym
problemem jest produkcja odpowiednich materiałów. A nie są to byle jakie
materiały! Na przykład mój znajomy profesor z uniwersytetu w Djuserdolfie
uważa, że najlepsze wyniki, prawie stuprocentową selektywność dają pewne
ceramiki na bazie europu. Wyobrażasz sobie, kurzy dziób! Europ! Ziemia rzadka!
– krzyknął z tak ogromnym zaangażowaniem, że siedzący naprzeciwko Marek aż
podskoczył.
- Jeśli to ciebie nie
interesuje – rzekł – to wystarczy, że mi powiesz. Mogę ci o tym nie opowiadać…
- Nie, mów, mów – odparł
obojętnie Marek. Ale zanim jego rozmówca znowu podjął wątek, ktoś zapukał do
drzwi, a po chwili, nie czekając na zaproszenie, do ciasnego pokoiku wszedł,
czy może raczej wtoczył się, niski i gruby
chłopak, krótko ostrzyżony, z jakąś kartką w ręku.
- Cześć – rzekł przybyły. –
Zbieramy tu podpisy studentów pod protestem przeciwko udziałowi naszego kraju w
wojnie z Kirgizją.
- Już podpisuję! – krzyknął
z werwą Janusz. Odłożył kanapkę na stół i sięgnął do swojego nocnego stolika po
długopis.
- A ty? – spytał gruby
Marka.
- Mi to obojętne – mruknął
niechętnie zagadnięty.
- Chyba nie popierasz
bandyckiej polityki pięści – zdziwił się Janusz.
- Nie, mi jest wszystko
jedno...
- Jak to – wszystko jedno?! –
zdziwił się grubas. – Wszystko jedno – to jest człowiekowi, jak nie żyje... A
ty przecież żyjesz!
- Ale co to za życie –
odparł filozoficznie Marek.
Grubas wyszedł. W pokoju
zapadła cisza, przerywana tylko od czasu do czasu chrapaniem trzeciego lokatora
pokoju.
Czasami,
gdy nadejdzie jesień, ciepła choć deszczowa, a ja, gdy idę pustą ścieżką wśród
lekkiej mżawki, wśród wałęsających się po górach mgieł, zdarza mi się
przystanąć, spojrzeć w niebo lub na pobliską, lecz ledwie widoczną ścianę lasu.
Zatrzymać się po prostu. Wziąć głęboki oddech i wciągnąć beskidzkie powietrze,
tylko tu powietrze ma zapach, swój własny, z niczym nieporównywalny zapach...
W mieście jest podle i źle. Rzuciłbym to wszystko, te miejskie sprawy i poszedł przed siebie w góry - ale nie potrafię. Wiem, że nie można żyć w oderwaniu od świata, zwanego cywilizowanym, gdyż on nie da nam nigdy spokoju.
Mieszkam w akademiku z dwoma innymi studentami. Janusz, elektronik,
wysoki i chudy, w okularach, zwany Kurzy Dziób, to człowiek nieszczęśliwy. On
wierzy w spintronikę. Ze wszystkimi się w związku z tym kłóci - bo on chce się
specjalizować w spintronice, jeździć na konferencje, sprowadzać naukowe
opracowania. A władze wydziału chcą mieć święty spokój. Natomiast członkowie
koła naukowego, z którymi Janusz chciał nawiązać współpracę, nie chcą niczego.
Drugi, Tomek, też elektronik, nie jest maniakiem. On wierzy tylko w
wódkę. I w ogóle rzadko bywa trzeźwy.
Rodziców nie widziałem już od wielu, wielu miesięcy. Ojciec ma do mnie
żal, że zamiast studiować w Warszawie i mieszkać u niego - wyemigrowałem.
Tłumaczyłem mu wprawdzie, co zadecydowało o moim wyborze - ale chyba nie
zrozumiał. Powiedział, że jak porządnie zgłodnieję - na pewno wrócę do niego, i
jeszcze będę prosił, żeby mnie przyjął z powrotem. A on się będzie wtedy
zastanawiał. Ale ja do Warszawy nie wrócę. A zgłodnieć - nie zgłodnieję. Znajdę
sobie pracę, będę zarabiał. Będę samowystarczalny i wolny!
W zeszłym tygodniu trafiła się okazja - firma Dżeneral Softłer Polska
ogłosiła konkurs na płatną praktykę. Wystartuję - może się uda...
Marek szedł powoli wąskim i ciemnym korytarzem. Gdy doszedł do końca, zapukał do drzwi. Jakiś głos kobiecy z drugiej strony odpowiedział mu „Proszę” i Marek wszedł. Był teraz w małym pomieszczeniu, jaśniejszym niż korytarz, ponieważ znajdowało się w nim, niezbyt duże wprawdzie, okienko. Po prawej stronie od drzwi, którymi wszedł Marek, siedziała przy biurku niemłoda już kobieta - ta, która poprosiła go do środka - a na wprost znajdowały się drugie drzwi.
- Pan Butor? - upewniła się
kobieta.
- Gudor - poprawił Marek.
- Ale w każdym razie -
praktykant? - podsumowała sekretarka.
- Uhm...
- Szef pana oczekuje -
rzekła, wskazując drzwi naprzeciwko tych którymi wszedł Marek. Chłopak
delikatnie nacisnął klamkę i już po chwili znalazł się w pomieszczeniu znacznie
większym od poprzedniego, choć ustawienie mebli sprawiało, że na pierwszy rzut
oka nie wydawał się wcale taki duży. Na wprost drzwi znajdowało się natomiast
duże okno. Przez okno to Marek zobaczył szare niebo, po którym przesuwały się
małe, lekko poszarpane i także szare chmurki. Pod niebem tym wolno oddychało
miasto: bloki mieszkalne, srebrne wieżowce, małe, prostokątne budynki szkół,
wstęgi szos koloru ziemistogranatowego, dalej rzeka, która stąd wydawała się na
pierwszy rzut oka po prostu szerszą szosą - ze względu na swój kolor, za rzeką
jakaś fabryka z dwoma leniwie dymiącymi kominami (co to za zakład? ), potem
domy coraz rzadsze, wreszcie monotonne pola, koloru ani żółtego, ani zielonego,
może raczej khaki, i na horyzoncie lekko sfałdowane przedgórze Beskidu Małego.
Marek oglądał to wszystko,
stojąc cały czas przy drzwiach, gdy nagle z zamyślenia wyrwał go głos
dobiegający gdzieś z dołu, jakby spod ziemi:
- I co się pan tak gapi?
Inwalidy pan nie widział?!
Autorem tych słów był
siedzący przy stole mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, ubrany w
jasny, piaskowy garnitur. Gdy Marek wszedł do gabinetu, myślał, ze mężczyzna
ten siedzi przy stole na krześle, teraz jednak zauważył wcześniej niewidoczne
koła wózka inwalidzkiego.
- Ja patrzyłem na widok z
okna - Marek zaczął się nieskładnie tłumaczyć. - Ma pan niezwykły widok...
- Dobra, dobra - przerwał mu
mężczyzna. - Już ja widziałem pana ciekawy wzrok... Wy, młodzi wszyscy
jesteście tacy sami! - dodał z naciskiem.
Sięgnął ręką do papierów
leżących obok na stole, przewertował je, po czym spytał:
- Praktykant?
- Tak - odparł Marek. -
Brałem udział w konkursie na...
- Informatyk? - przerwał mu
mężczyzna.
- Trzeci rok...
- Dobry pan jest? - inwalida
rzucił pytanie i spojrzał stojącemu prosto w oczy.
Marek otworzył niepewnie
usta, po czym rzekł:
- Średnia cztery i
dziewięć...
- Nie pytam pana o średnią -
uściślił rozmówca - tylko o umiejętności. Pana średnia nie jest mi do niczego
potrzebna. Będę panu wypłacał pensję, a nie stypendium naukowe.
- Myślę, że umiejętności...
posiadam...
Dyrektor przejrzał jeszcze
kilka papierów leżących przed nim na biurku - Marek przez moment miał nawet
wrażenie, że rozmowa już się zakończyła - po czym spytał:
- A czy poza pana głębokim
przekonaniem co do swojej wiedzy i umiejętności, istnieją jeszcze jakieś dowody
stwierdzające, że pan tę wiedzę istotnie posiada?
- Nno... nie wiem... - zaczął student - jeżeli wyniki studiów
panu nie wystarczą... w liceum brałem udział w olimpiadzie informatycznej...
- Z jakim rezultatem?
- Piąte miejsce...
- To nie najlepiej -
podsumował dyrektor. - Orłem pan, znaczy się, nie jest... A czy istnieje ktoś,
kto mógłby wydać opinię o pana umiejętnościach?
Zanim Marek odpowiedział,
mężczyzna dodał szybko:
- Oczywiście, nie chodzi mi
o jakiegoś profesorka z waszej szkółki. To wszystko kretyni i wtórni
analfabeci. Informatycy zakichani, mądrzą się na temat różnych algorytmów, a
włączyć komputera nie potrafią...
- Jak tak, to chyba nie... -
przyznał Marek.
- Czyli muszę po prostu
uwierzyć, że nie jest pan głąbem - stwierdził filozoficznie dyrektor. - No, to
zobaczymy... Proszę za mną, pokażę panu pańskie stanowisko pracy.
Po tych słowach dyrektor
sprawnie wyjechał zza dużego stołu, objechał go gładko i zbliżył się do drzwi.
Marek chciał otworzyć przed nim drzwi gabinetu, ale on powstrzymał go ruchem
ręki.
- Nie jestem ostatnim kaleką,
który sam nie potrafi wyjść z pokoju bez niczyjej łaski - rzekł. Otworzył drzwi
i wyjechał, a za nim wysunął się Marek.
Znajdowali się znowu w tym
samym ciemnym korytarzu, którym godzinę wcześniej Marek przyszedł na rozmowę.
Idąc, czy może jadąc, dyrektor mówił cały czas:
- U mnie pracują wyłącznie
profesjonaliści. Nienawidzę amatorszczyzny! Jak pan nie będzie sobie radził z
powierzonymi zadaniami - lepiej niech pan od razu powie, znajdę kogoś lepszego,
niż ma pan marnować mój czas i czas całej firmy... Aha, i jeszcze jedno.
Żadnego serfowania na rachunek firmy, rozumie pan. W zeszłym roku wywaliłem na
łeb jednego studenta, który nic nie robił, tylko oglądał zdjęcia rozebranych
panienek.
Po chwili znaleźli się na
miejscu.
Był to dosyć obszerny pokój,
w kształcie lekko wydłużonego prostokąta. Pierwszą rzeczą, na jaką Marek
zwrócił uwagę, były okna, których w całym gmachu firmy Dżeneral Softłer ogólnie
brakowało. Pokój, do którego weszli, miał na ścianie końcowej dwa duże okna,
jednak dokładnie zasłonięte żaluzjami, tak że w pomieszczeniu tym panował
charakterystyczny dla całego budynku mrok. Żaluzja przy jednym z okien była
lekko pęknięta u góry, i przez to pęknięcie wchodził do pomieszczenia
nieśmiały, lecz doskonale widoczny promień słońca.
Pod obiema ścianami,
ciągnącymi się od drzwi do okien, stały rzędem stanowiska komputerowe, przy
których pilnie pracowali jacyś ludzie. Byli tak zajęci swoją pracą, że nawet
nie zauważyli wejścia dyrektora i Marka. Chłopak zaobserwował, że wszyscy
wyglądali prawie tak samo - byli młodzi, dosyć wysocy, ubrani w eleganckie
garnitury. Zauważył także, że wśród nich była jedna młoda kobieta. W pokoju
panowała cisza, mącona jedynie jednostajnym szumem około dwudziestu
wentylatorów chłodzących procesory i pojedynczymi stuknięciami w klawisze
klawiatury.
Tymczasem dyrektor podjechał
do pracującego przy drugim stanowisku od drzwi mężczyzny i coś mu po cichu
powiedział. Tamten podniósł się i podszedł do Marka. Był to wysoki ciemny
blondyn w ciemnoszarym garniturze na miarę.
- To jest pan magister
inżynier Stefan Burczyk - przedstawił mężczyznę dyrektor. - Kierownik projektu,
przy którym będzie pan pracował. On pana zapozna z zadaniem. A potem - niech
się pan bierze do pracy.
Powiedziawszy to, otworzył
sobie sprawnie drzwi i wyjechał na korytarz.
Zwardoń, Dworzec Beskidzki. Gdy pierwszy raz tu trafiłem, było to we wrześniu tego roku, w którym
przyjęto mnie na studia, od razu wiedziałem, ze wrócę tu jeszcze. A więc tak:
po awanturze w domu - ojciec nigdy nie pogodził się z faktem, że na studia
postanowiłem wyjechać z Warszawy - przyjechałem do Katowic, żeby załatwić
formalności związane ze studiami i akademikiem. Potem miałem kilka dni wolnego
- wsiadłem zatem w pociąg do Zwardonia i po niecałych dwu godzinach byłem na miejscu.
Chciałem wyruszyć jeszcze tego samego dnia na Wielką Raczę, ale po
południu zaczęło lać, poza tym było już późnawo, więc zdecydowałem, że pójdę
następnego dnia rano, a pierwszą noc spędzę w Dworcu Beskidzkim. Poszedłem tam
zatem i zakwaterowałem się. W pokoju dziesięcioosobowym byłem na razie sam.
Położyłem plecak w kącie i patrzyłem przez szybę na strugi deszczu, które
monotonnie spływały z nieba, aby w końcu rozprysnąć się w błotnistych kałużach,
które niemal natychmiast pojawiły się na gliniastej drodze, prowadzącej ze
Zwardonia na Oźną. Drzewa stały na stokach Skalanki, bliskie, ale z powodu
deszczu przymglone i jakieś takie nierealne...
Ale wczesnym wieczorem deszcz ustał, postanowiłem więc przejść się na
krótki spacer po okolicy. Była to połowa września i rosnące tu drzewa
liściaste, głównie buki, zaczęły już przebarwiać się na kolor złoty. I wtedy
właśnie wśród tej złotej zieleni, spotkałem pierwszy raz Ją.
Siedziała na kamieniu, odwrócona tyłem do Marka tak, że widział jedynie jej szczupłą sylwetkę i ciemne włosy opadające na ramiona. Była także zajęta podziwianiem kolorów gór, których o tej porze było najwięcej. Podszedł bliżej.
- Czy będzie pani
przeszkadzać - zaczął cicho - jeżeli przyłączę się do pani i wspólnie będziemy
się zachwycać tą barwnością gór?
Podniosła głowę i spojrzała
na niego. Zauważył, że jest starsza, niż mu się wydawało. Była to kobieta w
wieku około czterdziestu lat, lecz zadbana i jeszcze całkiem ładna. Uśmiechnęła
się delikatnie.
- Musiał mnie pan z kimś
pomylić...
- Nic podobnego -
zaprotestował Marek. - Szukałem pani. Długo. Bardzo, bardzo długo...
- Przecież my się w ogóle
nie znamy!
- Nieprawda. Ja panią znam.
Spotkałem panią wiele razy we śnie. Przychodziła pani do mnie jeszcze tam, w
Warszawie. Ale nigdy nic pani nie mówiła. Nawet się pani nie przedstawiła...
Uśmiechnęła się ponownie, po
czym wyciągnęła w jego stronę drobną dłoń, mówiąc:
- Iwona...
- Pani Iwono... - szepnął,
dotykając jej dłoni.
szedłem strumieniami wodospadami
w cichej zanurzony mgle
ptaki powrotne odlatywały
i czasem w snach spotkałem Cię
Katowice, siedziba główna
Dżeneral Softłer Polska. A więc zostałem przyjęty na
tę praktykę. Tydzień temu przyjął mnie osobiście dyrektor generalny, Mieczysław
Kopaczewski (słyszałem o nim często, ale nie sądziłem, że jest inwalidą!
sparaliżowany od pasa w dół) i przekazał do zespołu niejakiego Stefana
Burczyka. Teraz uczestniczę w pracy nad jego projektem.
Pierwszego dnia Burczyk wprowadził mnie w problematykę projektu, i
niemal od razu zacząłem mieć zaległości! Już następnego dnia Burczyk zaczął mi
robić wyrzuty, że zalegam z robotą, i zamiast pożytku, będą przeze mnie
problemy. Przypomniałem mu, że pracę rozpocząłem zaledwie poprzedniego dnia o
osiemnastej. „Więc miał pan sporo czasu” - stwierdził Burczyk - „całą noc”.
Odpowiedziałem mu, że w nocy na ogół śpię. Więc on odpowiedział, że
profesjonaliści śpią tylko na urlopach. „Komunizm” - rzekł - „dlatego upadł, że
ludzie, zamiast wziąć się do pracy, jedynie spali, a jak nie spali, to
odpoczywali”. Przyjrzałem się temu człowiekowi, i nagle, niespodziewanie dla
samego siebie, poczułem do niego sympatię, czy może raczej coś w rodzaju
współczucia. Rzeczywiście, jego twarz zdradzała oznaki niewyspania od wielu
dni, a wyłupiaste oczy świadczyły o ciągłym jedzeniu w pośpiechu i
niedomiarze...
Pozostali pracownicy nie odróżniali się wyglądem zbytnio od Burczyka.
Wszyscy byli ubrani w szare garnitury i mieli blade, lekko poszarzałe twarze,
włączając jedyną kobietę w zespole. Siedzę przy stanowisku obok jednego pajaca
o litewskim nazwisku, chyba Zabierajłło. On, gdy tylko usiadłem spytał, czy już
gdzieś wcześniej pracowałem, ale nim zdążyłem odpowiedzieć, stwierdził, że on
też zaczął od tej firmy. Bo wcześniej był poetą. I od razu zawołał do innego
pracownika: „Zyga, pamiętasz mój wiersz? Szyba jest przejrzysta?”. „I jak woda
czysta!” - dorymował facet z ostatniego rzędu. „Można się w niej przejrzeć...”
- zagaił Zabierajłło. „I dokładnie obejrzeć” - dokończył Zyga. „Można się nią
skaleczyć”. „I nie wyleczyć”. „Zamknijcie się!” - przerwał Burczyk - „To jest
firma informatyczna, a nie wieczór poezji alternatywnej!” Burczyk w ogóle nie
lubił, jak ktoś zajmował się czym innym niż pracą, a przy tym wyznawał pogląd,
że człowiek powinien pracować od świtu do zmroku.
Na studiach - bez zmian. Janusz - „Kurzy Dziób” znowu poprosił ich
prodziekana o możliwość wyjazdu na praktykę w jakimś tam Instytucie Spintroniki
gdzieś tam. Janusz wierzy w spintronikę. I wtedy podobno prodziekan powiedział
mu, że jak dalej będzie dezorganizował pracę wydziału i zawracał wszystkim
głowę głupotami, to on, prodziekan, osobiście da Januszowi w gębę, bo w
młodości był bokserem.
- Panie Budor!
- Gudor - poprawił Marek.
- Pan dyrektor chce znać
postępy naszego projektu - rzekł Burczyk. - Czy zakończył pan wreszcie swoją
część?
- No, jeszcze nie... - rzekł
niepewnie Marek.
Burczyk westchnął głęboko.
- Mogłem nie pytać -
stwierdził. - Pan jest stale w niedoczasie. Więc ma pan czas do jutra, a jutro
wieczorem podrzuci pan całość, łącznie ze swoją partią, dyrektorowi do domu.
Zna pan adres?
- Znam.
- Okej. A teraz będę
zamawiał pizze. Komu duża, komu średnia?
Burczyk pozbierał zamówienia
od pracowników, wykręcił znany sobie numer, a po krótkiej rozmowie schował telefon
do tylnej kieszeni spodni i usiadł w oczekiwaniu. Także większość pozostałych
pracowników przerwała swoje zajęcia i usiedli bokiem do komputerów. Na
niektórych włączyły się wygaszacze ekranu - skomplikowane wzory geometryczne,
krążące po ciemnych ekranach.
Po chwili wszyscy jedli w
milczeniu. Odbywała się „przerwa na lancz”. A
następnego dnia, zgodnie z poleceniem, wybrałem się wieczorem do domu
Kopaczewskiego. Ale nie zastałem jego, tylko jego żonę (jaka kobieta chciała
być z inwalidą?), która jednak przez domofon poprosiła mnie na górę. Jak byłem
zdziwiony, gdy okazało się, że żoną tego złośliwego kaleki jest pani Iwona, z
którą tyle razy, od pierwszego dnia w Zwardoniu, podziwiałem jesienne mgły w
górach.
Chciałem tylko przekazać materiały dla Kopaczewskiego, ale Iwonka (już
nie pani Iwona!) poprosiła mnie do środka. Poczęstowała ciastem własnego
wypieku. Opowiedziała historię swojego życia i małżeństwa. To bardzo
nieszczęśliwa kobieta...
Chyba się zakochałem.
- Cześć, stara małpo! –
usłyszał, gdy z ogromnym trudem, lewą ręką wsparty na poręczy wózka, prawą
zdołał otworzyć wreszcie z klucza drzwi.
- Co to, jeszcze nie poszłaś
się gdzieś poszlajać, ty lafiryndo?!
- Czekałam na ciebie z
obiadem, małpiszonie. Jak za starych, dobrych czasów... Kiedy byliśmy młodzi...
a niektórzy z nas dodatkowo piękni!
Chwycił rękoma za obręcze
kół i podjechał kilka metrów w stronę kobiety, która mówiła te słowa. Była to
niezbyt już młoda, ale jeszcze całkiem zgrabna brunetka, szczupła i niewysoka.
Patrzyła się z wyraźną drwiną na wjeżdżającego.
- Słuchaj – rzekł
Kopaczewski. – Jak chcesz odejść, proszę bardzo... Ale jakim prawem znęcasz się
nade mną...
- Proszę bardzo?! –
powtórzyła drwiąco. – Chciałam odejść! O, tak! Nie pamiętasz już, jaką hecę
zrobiłeś wtedy w sądzie?! No, normalnie cyrk, kabaret! Naopowiadałeś temu
wypierdkowi sędziemu, że nie wyobrażasz sobie beze mnie życia i inne tym
podobne bzdury. Co, już zapomniałeś?
- Chciałem cię utrzymać przy
sobie... Kocham cię – rzekł cicho Kopaczewski.
- O, rany! Chyba się zaraz
rozpłaczę – westchnęła kobieta.
Kopaczewski podjechał
jeszcze bliżej i chwycił ja za rękę. Chciała się wyrwać, ale jej nie pozwolił.
- Możesz robić, co ci się
podoba – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Ale nie drwij z moich uczuć!
- Mówił ci ktoś kiedyś, że
jesteś śmieszny? – spytał jego żona, próbując oswobodzić swoją dłoń z jego
dłoni. – Sentymentalny kaleka... Dlaczego musisz mnie ciągle prześladować?
Znęcasz się nade mną...
- Choćbym nawet chciał...
- Nie fizycznie! Gorzej –
psychicznie! Kontrolujesz mnie. Sprawdzasz, z kim się spotykam. Obrażasz moich
znajomych.
- Kochanków – poprawił
Kopaczewski.
- Tak – potwierdziła. –
Kochanków też. A co, chciałbyś, żebym żyła tu, u twego boku, jak zakonnica...
Opiekująca się mężem-inwalidą? Tak byś chciał?
Wyrwała mu się i uciekła do
drugiego pokoju. Tam usiadła na łóżku, schowała głowę w dłonie. Pierwsza łza
wyciekła z jej oka i popłynęła wzdłuż ręki prawie do łokcia.
- Słuchaj – rzekł
Kopaczewski, wjeżdżając tu za nią.
- Nie! – krzyknęła rozwścieczona.
– Nie będę ciebie słuchać!
- Iwonko!
- Zamknij się!
Wstała, podeszła do radia.
Machinalnie włączyła guzik.
„Minęła dwudziesta trzecia,
podajemy najważniejsze wiadomości. Dziś rano...” – w ciszę pokoju wdarł się
szorstki głos spikera radiowego.
- Wyłącz to radio i
porozmawiajmy – krzyknął Kopaczewski. Przekręciła gałkę jednym ruchem ręki do
oporu. „...trzeci korpus marines armii stanów zjednoczonych oraz działająca
w jego składzie polska dwudziesta pierwsza dywizja pancerna i jednostka
specjalna GRZMOT zadały wojskom kirgiskim, zgrupowanym w rejonie wąwozu
Bara-Bara olbrzymie straty. Sekretarz obrony stanów zjednoczonych Donald
Ramcwel podziękował Polakom za tak wielki wkład w walkę o obalenie reżimu
dyktatora Zelimhana Dżohoszwiradze w Kirgizji. Jutro...” Kopaczewski po
cichu wysunął się z pokoju, w którym ryczał włączony na cały regulator
radioodbiornik. Iwonka została sam. Znowu usiadła na łóżku. „... generał
Klempiński w wywiadzie dla Radia Minus przyznał, że czuje się dumny z uznania,
jakim obdarzył go sekretarz...” Wyłączyła radio, wyszarpując energicznie
wtyczkę z gniazdka. Upadła na ziemię. Płakała.
Przesiedziała tak dobrych
kilkanaście minut, na swoim łóżku, z głową schowaną w swoich dłoniach, po czym
wstała i podeszła do okna. Teraz patrzyła załzawionymi oczyma na świat za
oknem, świat nieprzyjazny, obcy, wrogi, gdyż taki jej się w tym momencie wydał.
Widziała gdzieś w oddali słabe światła w budynkach, zakładach czy fabrykach –
zresztą, jakie to ma znaczenie, gdzie? – a bliżej, tuz za szybą, swoje
przeźroczyste prawie odbicie, odbicie kobiety ani młodej, ani starej, nie
szczęśliwej, ale nie przegranej jeszcze do końca, kobiety zwyciężającej i
zwyciężonej. A dalej – miasto...
To samo miasto widział w tym
samym czasie inny człowiek, Stefan Burczyk, kierownik projektu trzydzieści
sześć be, gdy po pracowitym ciężkim dniu zajechał wreszcie przed swój dom,
kamienicę, w której mieszkał i wysiadł energicznym krokiem z samochodu. Zanim
wszedł na klatkę schodową, odwrócił się jeszcze na pięcie, żeby przy pomocy
automatycznego pilota zablokować okna i drzwi swego samochodu – tak to sobie w
każdym razie tłumaczył, gdyż w rzeczywistości obrócił się wyłącznie po to, aby
jeszcze raz spojrzeć na miasto, które teraz leżało niemal u jego stóp.
Istotnie, osiedle, na którym mieszkał niemal od urodzenia, znajdowało się na
lekkim wzniesieniu, i przy ładnej pogodzie oraz niezbyt gęstym smogu mógł
Burczyk ze swojego okna, a nawet i sprzed domu oglądać pełną panoramę miasta.
Ale tym razem, gdy obejrzał się, chwytając lewą ręką za klamkę od drzwi, a
prawą naciskając guzik na automatycznym pilocie, nie spostrzegł nic. Miasto
spało w niemal absolutnych ciemnościach, tylko tu i ówdzie błąkały się blade
światła – może w prywatnych mieszkaniach, stróżówkach, kto wie?
W windzie spotkał Burczyk
swojego sąsiada, który także wracał często później z pracy. Burczyk właściwie
nie wiedział, gdzie jego sąsiad pracuje, ani nawet, jak się nazywa. W myślach
nazywał go Apostołem, gdyż człowiek ten, niewiele starszy od Burczyka, miał długie,
przedwcześnie posiwiałe od trosk włosy, sterczące we wszystkie strony, co
upodabniało go trochę do świętego Piotra, a ponadto w każdym niemal zdaniu
odwoływał się do boga.
- Dzień dobry – rzekł
Burczyk.
- Dobry wieczór, sąsiedzie –
odparł Apostoł. –Cieszę się, że sąsiada widzę, bo mam sprawę...
- Słucham sąsiada.
- Niechże sąsiad zrobi cos
ze swoim ojcem – zaczął Apostoł, a zanim Burczyk zdołał mu przerwać, mówił
dalej – bo, ja rozumiem sąsiada, tragedia, i w ogóle, ale, jak mi bóg miły,
ludzie chcą w nocy spać...
Winda zatrzymała się na
piętrze Burczyka. Apostoł jechał wyżej. Burczyk obrócił się w stronę drzwi i
wysiadł bez pożegnania.
Już po chwili starał się nie
pamiętać rozmowy z sąsiadem. Przy cicho włączonym radiu kończył sprawozdanie z
wykonania projektu. W radiu najpierw leciała muzyka, którą następnie przerwał
wściekły trzask i szorstki głos spikera: „Minęła druga nad ranem, podajemy
najważniejsze wiadomości. Wojska amerykańskie w Kirgizji kontynuują ofensywę w
kierunku twierdzy Bagh-Dath, w której, według informacji zebranych przez
amerykański wywiad, ukrywa się dyktator. Tymczasem połączona komisja nasa,
siajej i efbiaj podała oficjalnie do wiadomości publicznej, że przyczyna
katastrofy amerykańskiego promu kosmicznego Dżordż Łoszington była nie awaria
zbiornika paliwowego, jak poprzednio sądzono, lecz atak islamskich
fundamentalistów, prawdopodobnie związanych z rządzącym w Kirgizji ugrupowaniem
dyktatora Zelimhana Dżohoszwiradze. W związku z tym w specjalnym przemówieniu w
kongresie prezydent stanów zjednoczonych zapowiedział, że...”
- Ratunku!! Ratunku!! –
przerwał Burczykowi pracę głos z sąsiedniego pokoju. Był to głos jego ojca,
osiemdziesięcioletniego starca.
- Co się stało, tato? –
spytał Burczyk, wbiegając do pokoju.
- Ratunku!! Uwięzili mnie!!
Ratunku!!! – krzyczał ojciec, miotając się przy tym od ściany do ściany i waląc
w nie z całej siły.
- Uspokój się, tato – mówił
cicho Burczyk. – Poznajesz mnie?
- Bandyci!! Oprawcy!! –krzyczał
tymczasem stary Burczyk, uderzając raz po raz pięścią w ścianę.
W pewnym momencie z drugiej
strony ściany odpowiedziało mu także walenie, lecz szybsze i bardziej
rytmiczne.
- Burczyk, do jasnej
cholery! – krzyczał gruby, męski głos. – Zrób wreszcie ze swoim starym
porządek, jest druga nad ranem!
Po chwili z góry odezwał się
znany Burczykowi głos, głos Apostoła:
- Sąsiedzie, na litość
boską, jak sąsiad nie uciszy zaraz swojego ojca, to, jak boga jedynego kocham,
wezmę cegłówkę, i powybijam sąsiadowi wszystkie szyby w samochodzie!
- Bandyci!! – wrzeszczał
tymczasem ojciec. – Cały dzień mnie torturowali!! Ale nic nie wydałem i
nikogo!! Ale ja już nie mogę!!
- Burczyk!! – wrzasnął głos
zza ściany. – To ostatnie ostrzeżenie! Jak tam za chwilę nie będzie cicho,
zawołam policję!
- To jest – zawodziła jakaś
kobieta z dołu – porządna kamienica, czy melina?!
Burczyk podszedł do swojego
ojca i odciągnął go od ściany.
- Idź spać, tato – rzekł
spokojnie. – Jest już późno...
- A gdzie ja jestem? –
spytał staruszek, jakby wyrwany ze snu.
- Już dobrze, dobrze... –
uspokajał go Burczyk.
- Bo miałem taki sen...
Śniło mi się, że jestem znowu w Kampinosie, że przedzieramy się i ściga nas
eses i my... A to dlatego, ze oni w tym radiu i telewizji tylko o wojnie! Wojna
i wojna! – rzekł znowu głośniej.
- Spokojnie, tato – rzekł
Burczyk. – Nie ma już wojny. I nie będzie....
- Obiecujesz? – spytał
ojciec z nadzieją w głosie.
- Obiecuję... Przysięgam...
A teraz, tato, połóż się do łóżka i śpij...
Staruszek wstał i poczłapał wolno w stronę stojącego pod ścianą
łóżka. Już po kilku minutach Burczyk słyszał jego równy, spokojny oddech. Za
ścianą chrapał głośno sąsiad, ten, który chciał wezwać policję. w drugim pokoju
szemrało radio, nie wyłączone uprzednio przez Burczyka. Poza tym było cicho.
Burczyk podszedł do okna. Dochodziła już trzecia. W czerwcu mógł o tej porze
zauważyć, że niebo od wschodu jakby bieleje, gwiazdy bledną, idzie ranek. Teraz
do wschodu słońca było jeszcze daleko – mimo to Burczyk patrzył w tamtą stronę
z nadzieją, że zobaczy coś, sam nie wiedział co zresztą. Stał tak jakieś
dwadzieścia minut, po czym poczuł silny ból po lewej stronie klatki piersiowej.
Usiadł, chwytając się za serce, przez moment pełen obaw. Po chwili jednak
przeszło, więc wstał znów. Poszedł do kuchni i nalał sobie szklankę wody
niegazowanej. Usiadł na ławie, podparł głowę łokciem. Nie ma co już iść spać –
pomyślał. Za dwie godziny i tak trzeba będzie wstawać. Łyknął wodę ze szklanki.
Z ojcem jest coraz gorzej. Lekarz miał racje, to się pogłębia. Ale nie odda
ojca do zakładu. Widział, w jakich warunkach mieszkają tam pensjonariusze. Gdy
tylko awansuje, zarobi więcej, wyprowadzi się stąd. Kupi sobie dom z dużym
ogrodem. Tam ojciec na pewno poczuje się lepiej. Łyknął jeszcze raz. Zobaczył
przed sobą JĄ. Stała, jakby nigdy nic, taka, jaką znał, spotykał ją codziennie
– w modnie skrojonym garniturze, trochę smutna, trochę nieobecna... Wyciągnął
do niej dłoń, którą przed chwila podpierał głowę. Ciężka głowa stoczyła się na
stół jak dynia. Szklanka przewróciła się, woda rozlała. Na szczęście szklanka
nie spadła ze stołu – potoczyła się kawałek i zatrzymała.
Zasnął...
Wydawać by się mogło, że
zasnął już cały świat. Ale nie, wielu ludzi wciąż jeszcze nie mogło zmrużyć
oka. Gdzieś na drugiej półkuli, za dalekim oceanem, Dżordż Dżefrej Kołelsky
czytał w ciszy swego gabinetu list od Iwonki, list napisany w języku, który
niegdyś znał dobrze, a teraz jakby nie rozumiał, kilka słów : „Grzesiu, tęsknię
za dotykiem Twoich dłoni. Iwonka”. A jeszcze dalej, za jeszcze jednym oceanem,
wśród skalistych gór, pociętych głębokimi dolinami, pułkownik Zapukalski
patrzył na krwistoczerwone, wschodzące słońce i zastanawiał się, co przyniesie
mu ten nowy dzień – zwycięstwo, czy klęskę, jakiej nie widział świat, chwałę czy hańbę... A jeszcze dalej Iwonka, słuchając
regularnego, spokojnego oddechu człowieka, z którym spędzała całe swe życie,
lecz z którym nie miała już nic wspólnego, podeszła, cicho, najciszej jak
potrafiła, do lustra. Ujrzała tam twarz, twarz bladą, oczy podkrążone po
przepłakanej nocy... lekkie zmarszczki schodzące z kącików oczu nie dały się
już wygładzić kolistymi ruchami opuszków palców.
Co to znaczy – tęsknię za
dotykiem Twoich dłoni?
- Proszę powiedzieć
wiceprezydentowi – rzekł szorstko Dżordż Dżefrej Kołelsky do słuchawki telefonu
– że akceptuję jego warunki. Będzie miał te transportery. Uzbrojenie też...
I przykrył drobną kartkę, na
której ktoś z bardzo daleka napisał kilka niezrozumiałych dla niego słów,
egzemplarzem zamówienia rządowego.
- Panie generale – rzekł
oficjalnie wiceprezydent do kogoś po drugiej stronie linii telefonicznej. –
Będą transportery. Uzbrojenie też. Dogadaliśmy się z Kołelsky’m...
- Panie pułkowniku –
usłyszał pułkownik Zapukalski, gdy adiutant poprosił go do telefonu, odrywając
od obserwacji wschodu słońca na kirgiskim niebie. – Wytrzymajcie tam jeszcze
kilka dni. Transportery już do was jadą. I uzbrojenie też...
Na wschodzie katowickiego
nieba gwiazdy zaczęły blednąć...
From: Dżordż Dżefrej Kołelsky
(kołelsky@amerikan.łipon.com)
Tu: Iwona Kopaczewska
(iwonka@poczta.serwer.pl)
Sabdżekt: List
Iwonko moja Najdroższa!
Dostałem list, który do mnie
napisałaś. Wiesz, gdy go przeczytałem, nie byłem w stanie tego dnia kontynuować
pracy. Cały czas myślałem o Tobie. Przypomniały mi się studenckie czasy, gdy
razem chodziliśmy w Beskidy. To niesamowite, że to jeszcze pamiętasz...
Wtedy, pod rozgwieżdżonym
niebem, leżeliśmy na górskiej łące, i patrzyliśmy na dalekie światła
cywilizacji gdzieś w dolinach. Ty mówiłaś, że na zawsze zostaniesz ze mną i że
będziemy wracać w góry, ilekroć codzienne życie wyda nam się szare i bezbarwne.
Mówiłem, że zawsze będę Cię kochał... Widzisz, Iwonko, wygląda na to, że z nas
dwojga to ja dotrzymałem słowa...
Ale jednak jesteś! Gdzieś
daleko ode mnie – ale jesteś. I chyba nie jest Ci dobrze z tym starym knurem,
skoro odnalazłaś adres starego przyjaciela i napisałaś ten list, te kilka
słów...
Jak żyjesz, Iwonko? Czy
bywasz czasem w Beskidach? Czy są równie piękne jak wtedy, gdy w sierpniu
tamtego roku liczyliśmy spadające gwiazdy nad Wielką Rycerzową? Tęsknię bardzo
do gór i chętnie bym tam wrócił... Ale teraz mam odpowiedzialne zajęcie.
Morduję ludzi. Kieruję firmą, zatrudniającą kilka setek inżynierów, którzy całe
dnie i całe noce nie myślą o niczym innym, jak możliwie małym wysiłkiem wysłać
możliwie wielu ludzi do piachu. Taki zawód, jak każdy inny. Taki jest świat –
jedni kradną, a inni mordują. Ale ja chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
Taki jestem nieżyciowy...
Iwonko, chcę żebyś
wiedziała, że co by się nie zdarzyło, podtrzymuje to, co wtedy powiedziałem, bo
w takich chwilach mówi się prawdę. Zawsze będziesz dla mnie ważna. Zawsze będę
myślami przy Tobie
Twój Grzesio
Schronisko PTTK na
Przegibku. To tam spotykaliśmy się w ciągu kilku następnych tygodni. Miesięcy,
lat, wieków, tysiącleci – bo tyle, zdawało mi się, czasu upływa pomiędzy
naszymi kolejnymi spotkaniami. Ale nie, to były tylko tygodnie, pięć dni,
długich i szarych dni katowickich, od niedzielnego wieczoru, gdyż żegnaliśmy
się gdzieś na stacji, już w Żywcu lub Bielsku (żeby nie wzbudzać podejrzeń), do
piątkowego, z kolei popołudnia, gdy jak na skrzydłach biegłem na dworzec, by po
chwili, na innym dworcu, móc już Ją tulić w ramionach. A przez ten tydzień –
nic. Na uczelni – po staremu. Nawet nie pamiętam, co za mądrości przekazywali
mi w te nieznośnie długie dni różni mędrcy w trakcie rozmaitych zajęć – których
jednak nie opuszczałem przecież... Kurzy Dziób, czyli Janusz, mój współlokator,
też ciągle mówi tylko i wyłącznie o spintronice – jakby obchodziło to
kogokolwiek na świecie poza nim. Biedny człowiek – jedyne, co osiągnął, to
wrogość wszystkich ludzi, którzy mogliby ewentualnie w czymś mu pomóc. W firmie
– także po staremu. Może tylko to, że zaległości coraz to nowe – mimo, ze
nadrabiam je całymi nocami, często nie śpiąc z tego powodu przez kilka dni,
wydają się mnożyć, jak wściekłe króliki! Poznaje już niektórych spośród
pracowników zespołu, w którym przyszło mi odbywać praktykę (przedtem myślałem,
że są nierozróżnialni, jak zdegenerowane elektrony). Jest więc ten błazen,
który ma stanowisko tuż obok mnie, i z tego powodu często zabawia mnie swoimi
opowieściami dziwnej treści oraz świńskimi dowcipami, których główną bohaterką
jest Iwonka (skąd on Ją zna?). Nazywa się Joachim, Zabierajłło przez dwa eł, co
podkreśla przy każdej osobności; jego dziadek podobno był Wilniukiem. Dalej
jest jego bliższy chyba kolega, Zygmunt Kołtun, z którym często prowadzą
błazeńskie dyskusje, uprzykrzając przy tym pracę wszystkim, którzy nie mają
ochoty ich słuchać, czyli wszystkim bez wyjątku. Jest jeszcze chudy i wiecznie
smutny młody chłopaczek, którego Zabierajłło nazywa Tomkiem Dziakiczem i ciągle
mu dokucza twierdząc, że tamten nie ma matury (a on nie ma chyba jedynie piątej
klepki). Poza tym Dorota, jedyna kobieta w zespole, całkiem ładna, ale
strasznie wyniosła. Często mam wrażenie, jakby całą swoją osobą pragnęła
potwierdzić teorię o wyższości kobiet nad mężczyznami – i dlatego stara się
robić więcej i lepiej, niż wszyscy pozostali członkowie zespołu. Wydaje się (a
wymyślił to Zabierajłło), że Dorota przyszła do zespołu tylko po to, żeby
pokazać wszystkim jego członkom, a Burczykowi zwłaszcza, że jest od nich
wszystkich lepsza, i że to ona powinna nimi kierować. Generalnie, rozmowy w
sali komputerowej, w której pracujemy, ograniczają się do polemik, kto tu
powinien rządzić i dlaczego, i kto ostatnio z kim spał (ten cymbał Zabierajłło
zawsze przy tego rodzaju dyskusjach wywleka Iwonkę – czego on od Niej chce?).
Gdyby nie perspektywa
weekendu w górach, nie przeżyłbym ani jednego dnia w mieście. Ale na szczęście
już w piątek po południu, często urywając się z niektórych zajęć wsiadam w
pociąg do Zwardonia i jadę na ogół do końca. Ona już tam jest i jeszcze tego
samego dnia idziemy, już razem, w góry, na wielką Raczę, a nazajutrz rano – na
Przegibek.
Staram się poznać kobietę, z
którą tak nagle i niespodziewanie złączył mnie los. Uczę się Jej całymi
weekendami, a i tak wydaje mi się, że prawie Jej nie znam. Sam otworzyłem się
przed Nią już podczas pierwszego spotkania, całkowicie i bezwarunkowo, rzuciłem
Jej do stóp cały mój świat – nie dostając nic w zamian, ale, czy to ważne? I
tak nie potrafiłbym wyobrazić sobie bez Niej życia. Nie znam Jej prawie – a już
stała się częścią mego świata, częścią, bez której cały mechanizm stanąłby od
razu w miejscu, częścią mnie...
A Ona – jest obok, teraz, i
nie wiem, jak długo jeszcze, ale jest -
i to mi wystarcza...
jesionami
wiatrem i deszczem
złoto
od października brunatne
pokrzykiwały cietrzewie
byłem sam chciałem Cię mieć
Katowice, akademik KAT. Tego dnia wróciłem później.
Od kiedy dostałem pracę, wracałem generalnie dosyć późno – Burczyk lubił dużo i
ciężko pracować i denerwował się, gdy ktoś nie podzielał jego pasji. Gdy Marek wszedł do obdrapanego
gmachu akademika i, starając się nikogo nie obudzić, wspiął się po cichu na
trzecie piętro, usłyszał dobiegający ze świetlicy jednostajny szum. Skierował
się zatem nie do swojego pokoju, jak pierwotnie planował, lecz do tego
niewielkiego pomieszczenia.
Naprzeciwko niedużego
telewizora stały trzy fotele, na których czas odcisnął wyraźnie swoje piętno.
Dwa z nich były zajęte przez studentów wydziału mechanicznego, którzy siedzieli
z głowami zwieszonymi na pierś i głośno chrapali. Trzeci fotel był pusty.
Pomiędzy fotelami zajętymi przez studentów stał mały stolik, na blacie którego
ktoś kiedyś wydrapał krzywo tępym nożem kwiat swoich myśli: „j..bać policję”.
Na stole tym stały cztery puszki po piwie oraz pusta butelka po winie „Szalony
Dżonny”. Telewizor grał niezmordowanie, chociaż od dłuższego czasu nikt go już
nie oglądał ani nie słuchał. Spiker krzyczał: „...stą rocznicę wybuchu Stanu
Wyjątkowego prezydent rzeczypospolitej powiedział w uroczystym przemówieniem,
że wprowadzenie Stanu Wyjątkowego było złem. Wyraził także nadzieję, że nigdy
więcej czołgi nie staną naprzeciwko bezbronnych obywateli. W dalszej części
swego przemówienia prezydent, odpowiadając na spekulacje pojawiające się
ostatnio w prasie odpowiedział, że, istotnie, w wojnie w Kirgizji biorą udział
wyłącznie ochotnicy, jednak potrzebna jest także wykwalifikowana kadra. Jeżeli
zabraknie ochotników – mówił dalej prezydent – będziemy musieli wysłać
obywateli, którzy nie koniecznie wyrażają na to zgodę, choć zdaniem prezydenta,
brak zgody na udział w wojnie o przywrócenie demokracji jest niemądry i
krótkowzroczny...”
- Nie ruszaj się – usłyszał za sobą Marek stłumiony krzyk i w tym momencie został popchnięty mocno w plecy. Nie spodziewając się tego, przewrócił się, zawadzając po drodze jednego ze śpiących studentów.
- Giekaes! Giekaes! –
wrzasnął obudzony, budząc przy okazji swego towarzysza. Marek zdołał ochronić
się przed upadkiem na ziemie, podpierając się rękoma.
- Dajcie na tefał pięć –
krzyknął drugi mechanik, także wyrwany z głębokiego snu. – Zaraz będzie Albert
Dużysz skakał! Dajcie na tefał pięć!
- Człowieku – rzekł Marek,
odwracając się na czworakach. – Jest połowa października, jak ma skakać? Śniegu
nawet nie ma...
- Która godzina? – spytał
przytomniej, choć równie bełkotliwie kibic skoków narciarskich, i jakby chcąc
samemu sobie udzielić odpowiedzi zerknął na swój zegarek.
- Marek?! – zdziwił się
człowiek, który przed chwilą wepchnął go do świetlicy.
- Janusz?! – odpowiedział
Marek, także zdziwionym głosem, podnosząc się z trudem.
- O, kurzy dziób! – zaklął
Janusz. – Nic ci nie jest?
- Ale mnie znokautowałeś –
rzekł z pewnym podziwem Marek.
- Nie wiedziałem, że to ty,
kurzy dziób! Myślałem, że to ten złodziej, który mi co noc wyżera majonez z
lodówki!
- Giekaes mistrzem świata! –
wrzeszczał jeden z siedzących na fotelu mechaników. Na jego krzyk przybiegł do
świetlicy jeszcze jeden student, gruby i wysoki Roman z inżynierii środowiska.
- Przestańcie drzeć mordy po
nocy – krzyknął. – Spać nie można. A jutro mam bardzo ważne kolokwium!
- Skoro jesteśmy już wszyscy
– zagaił Janusz „Kurzy Dziób”, nie zrażając się niezadowoleniem grubasa. –
ustalmy jedną rzecz. niech każdy pokój zacznie przestrzegać uzgodnionego
grafiku sprzątania. Koledzy z mechanicznego już drugi raz nie sprzątali w swoim
terminie. A ja za nich, kurzy dziób, roboty wykonywać nie będę!
- To nie – odparł zgodnie
kibic skoków narciarskich i czknął.
- W kuchni śmierdzi jak w
chlewie, kurzy dziób – rozgorączkował się Janusz. – Na twojej kaszy – zwrócił
się do Romana – urosła już pleśń na dwa centymetry.
- To nie jest moja kasza –
sprostował grubas. – Poza tym ona mi nie przeszkadza. Możesz sobie ją zjeść!
I poszedł do swojego pokoju.
- Jak dla mnie – zaczął
zwolennik giekaesu – to może być syf i smród. Też mi to w niczym nie przeszkadza.
Janusz machnął z rezygnacją
ręką. Dochodziła trzecia nad ranem.
Droga z Wielkiej Raczy na
Przegibek. Było jeszcze całkiem wcześnie, gdy wyruszyłem. Po wczorajszej ulewie
wszystkie zarośla były jeszcze mokre, lecz powietrze nagrzewało się już powoli
i niezauważalnie, a jednak intensywnie od wschodzącego lekko ukośnie
wrześniowo-październikowego słońca. Nad łąką unosił się intensywny, przyjemny
zapach ziół, zapach rześki, a nie duszący, jak latem. Przeszedłem brzegiem
błotnistej ścieżki, na której stały jeszcze całkiem spore kałuże, wzdłuż polany
szczytowej Małej Raczy, po czym zagłębiłem się w świerkowy las, porastający
przełęcz Śrubita.
W lesie było jeszcze całkiem
chłodno, gdyż promienie słoneczne nie docierały tu tak intensywnie, jak do
polany grzbietowej Małej Raczy. Pomiędzy drzewami widziałem mgły, stojące i
nieruchome, nie osiadające, ani też nie unoszące się. Pod stopami czułem
grząskość nasiąkniętego wodą igliwia. Co jakiś czas moich nogawek czepiała się
ledwie żywa krzewina maliny leśnej.
Wtedy usłyszałem za sobą
głos:
- Stój! Kto idzie?
Marek odwrócił się. Kilka
kroków za nim stał niezbyt wysoki, lecz gruby podoficer, prawdopodobnie wojsk
ochrony pogranicza. Marek zupełnie nie słyszał, jak tamten go zaszedł.
- Turysta – odpowiedział.
- Dokumenty poproszę – rzekł
pewnym głosem pogranicznik, podchodząc powoli bliżej.
Marek zdjął plecak i
postawił go na wystającym korzeniu świerka pilnując, aby nie zjechał mu i nie
upadł na mokre podłoże. Sięgnął do jednej z bocznych kieszeni.
- Dlaczego pan chce widzieć
moje dokumenty? – spytał.
- Sprawdzamy wszystkich –
rzekł żołnierz, ale nie do pytającego, lecz jakby trochę w bok, do pochylonego
w stronę zbocza drzewa. – Pan nawet nie ma pojęcia, co tu się teraz dzieje...
Student?
- Tak – potwierdził cicho
Marek. Wyjął z kieszeni, w której grzebał, stary bilet kolejowy, schował go do
kieszeni spodni i szukał dalej.
- Skoro student – mówił
tymczasem pogranicznik swoim zwykłym bezbarwnym głosem – to sprawdzimy i
puścimy dalej... Ale sam pan wie... teraz tak każdy może mówić... Sporo nam
zwiało przez tę granicę...
Mówiąc to, podniósł rękę i
pokazał znajdującą się za zakrętem przełęcz, przez którą przechodził ten
największy dobroczyńca żywieckich górali – granica państwowa. Marek tymczasem
wyjął wreszcie legitymację studencką i dowód osobisty, a teraz przeglądał, czy
wszystko jest.
- Zdaje się, że nie rozumiem
– rzekł, podając pogranicznikowi dokumenty. Żołnierz otworzył, przejrzał.
- Gazety pan chyba czyta –
bąknął pod nosem – to pan wie... wojna...
Następnie wyjął z dużej
kieszeni w okolicy pasa krótkofalówkę i nacisnął guzik. Następnie nadał
komunikat do kogoś po drugiej stronie i poprosił o sprawdzenie. Tamten
sprawdził i potwierdził, wtedy żołnierz z powrotem schował krótkofalówkę i
oddał Markowi dokumenty.
- Życzę przyjemnej wycieczki
– rzekł salutując.
- Zdaje się, że dalej nie
rozumiem – kontynuował Marek przerwany wątek. – Przecież to wojna nato, a nie
nasza... Idą tylko ochotnicy...
- Tak pan myśli? – spytał
pogranicznik tonem wyrażającym irytację naiwnością rozmówcy.
- Tak mówią w telewizji... w
gazetach...
- W gazetach... – zamyślił
się pogranicznik. Po chwili dodał pewniejszym tonem: – Niech pan dobrze się na
tych studiach sprawuje. I nie narobi sobie zaległości. Bo inaczej...
Marek chciał go zapytać, co
to znaczy, ale nie zdążył. Żołnierz, który do tej pory zachowywał się raczej
ślamazarnie, teraz energicznym krokiem szedł w stronę polany szczytowej Małej
Raczy. Chłopak zauważył tylko, jak wyjął z kieszeni papierosa i zapalił,
praktycznie nie zwalniając kroku, po czym zniknął za jednym z zakrętów ścieżki
wiodącej przez ten niesamowity, niezwykły o tej porze dnia las. W dole, w
głębokim wąwozie leniwie szemrał strumień, strumyk, strużka, którą ściekał
nadmiar wody, wody nie wchłoniętej przez spragnione igliwie ściółki. Po niebie
przeleciał ptak i cos tam krzyknął, w sobie tylko zrozumiałym języku.
Marek znów ubrał plecak i
ruszyłem dalej w stronę Przegibka. Przed południem chciałem zająć miejsce
noclegowe, zanim zjadą tam całe Katowice, a potem iść jeszcze – może na
Bendoszkę, a może na Rycerzową – sam nie wiem.
Około dwóch godzin później,
w samym środku wczesnojesiennego dnia byłem na miejscu. Wbrew moim obawom, w
schronisku nie było wcale tłoku, a przed schroniskiem kręciło się tylko kilku
turystów których widziałem tu już wiele razy wcześniej, oraz kilku miejscowych.
Gruba portierka, ta co zawsze, skierowała mnie do pokoju pięcioosobowego na
pierwszym piętrze uprzedzając, że jest tam jeszcze jedna turystka, czyli w
sumie dwie osoby. Rzeczywiście, na łóżku pod oknem leżał jakiś plecak, zająłem
więc łóżko pod przeciwległą ścianą, wyjąłem z plecaka bluzę z polaru i
poszedłem na popołudniowy spacer. Gdy wróciłem, było już praktycznie ciemno i
słońce dawno zaszło za wzgórki pasma granicznego, nie wszedłem jednak od razu
do pokoju, lecz posiedziałem chwilę na jadalni, zjadłem dwie kromki chleba z
konserwą. Towarzystwo, które rano stało pod schroniskiem, teraz siedziało także
w jadalni i biesiadowało. Jeden z nich, miejscowy ponad wszelką wątpliwość,
opowiadał tak głośno, że nawet do mnie dochodziły strzępy opowieści, którą
snuł.
- Spytałem go, ile jest mi w
stanie dać? Z początku chciał dać dwa tysiące, ale wytargowałem trzy...
Powiedziałem mu, że teraz pograniczniacy chodzą wszędzie i trzeba, panie dobrze
znać...
- Waluś, ciszej – mitygował
go drugi, nie miejscowy chyba, ale będący z nim w dobrej komitywie.
- Racja, ciszej –
zreflektował się opowiadacz. Przez pewien czas rzeczywiście mówił ciszej,
przewieszony niemal przez stół szeptał prosto do ucha zaciekawionym rozmówcą,
lecz po chwili znów mogłem niemal wziąć udział w dyskusji.
- Więc ja go pytam: „Panie
wojskowy, nie znasz mnie pan?” – mówił ten Waluś. – A on odpowiada, że mnie, to
k..wa, cała wieś zna, ale on o tego o! pyta, i wskazał paluchem na tego faceta.
A ja mu na to – to mój krześniak jest, pan go przeca u mnie już widział. A on,
ten pograniczniak, mówi krześniak, nie krześniak, ale coś mnie się tak widzi,
że on to ku chwale ojczyzny do Kirgistanu musi... A ja mu mówię, panie, daj pan
żyć! Ale to był ten, wicie który, ten taki o! I on do mnie tak: jak twój
krześniak ma czyste sumienie, no to niech pokaże dokumenty, że niby studiuje, i
pudziecie sobie dalej. A ja wtedy: a ile by trzeba dać, co by tych dokumentów
nie musiał po kieszeniach szukać? No bo kieszenie wielkie, mugby szukać i do
jutra. A ten pograniczniak mi mówi:...
- Ale Waluś, ciszej, bo może
nie wszyscy chcą słuchać tego – uciszał opowiadającego znowu jego kumpel od
kufla z piwem.
I wtedy poczułem na swoim
ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłem się, trochę nerwowo, i zauważyłem za sobą
Iwonkę. Stała za mną i trzymała mi na ramieniu dłoń. Lekko odchyliłem się od
stołu i oparłem o jej brzuch. Spojrzałem na drewniany sufit, wsparty na
nieoszlifowanych krokwiach.
- Wiedziałam, że tu będziesz
– powiedziała cicho. - Wiedziałam, że cię tu spotkam...
- Niesamowite... –
powiedziałem tylko, a może powiedziałem coś innego, nie wiem, nie pamiętam.
Sufit, na który patrzył teraz lekko pod kątem z dołu, zaczął wolno kołysać się
i nawet poczułem, jak się lekko unoszę ponad ziemią. Przytuliłem głowę do
ramienia Iwonki, lekko zmrużyłem oczy... I nagle poczułem na policzku Jej
oddech. Jak chcesz zobaczyć – szepnęła cicho, najciszej jak się da – jeśli
chcesz zobaczyć, jaka dziś jest niezwykła noc, a zapewniam cię, takiej nocy
jeszcze nie widziałeś, bądź za pięć minut koło kapliczki. Tam na zakręcie,
wiesz gdzie...
Zamknąłem na moment oczy,
lecz gdy je otworzyłem, jej już nie było. Przy stole w drugim końcu sali, pod
narysowaną ręcznie panoramą Beskidu, ręki Edwarda Moskali, nadal siedziało
rozbawione towarzystwo, a góral Waluś wciąż opowiadał, z takim samym zapałem,
jak poprzednio, choć z powodu nadmiaru wypitego piwa pewnie, składanie słów
szło mu coraz ciężej... Przyszło mi nawet przez moment do głowy, że wymyśliłem sobie
to spotkanie, ale mimo to dokończyłem szybko kolację i wyszedłem w umówione
miejsce.
Od strony gór wiał lekki,
chłodny, lecz nie zimny wiatr. Na niebie świeciły już niektóre gwiazdy. W dole
zauważyłem światełka najwyżej położonych domostw Rycerki Koloni – też gwiazdy –
zaiste, niezwykła noc! – lecz byłem sam. I wtedy poczułem, jak ktoś przytula
się do moich pleców i kładzie mi dłonie na oczach.
- Zgadnij kto? – usłyszałem znajomy głos.
- Wiem, oczywiście... Moja miłość,
wielka miłość mojego życia, na którą czekałem... Boże – westchnąłem, odwracając
się do Niej – gdzie byłaś te wszystkie samotne dni i bezsenne noce, gdy Cię
szukałem?
- Czekałam, aż mnie
znajdziesz – odparła.
- I teraz jesteśmy razem...
- Złap mnie! – zawołała i
rzuciła się do ucieczki w poprzek trawiastego zbocza, łagodnie opadającego w
stronę połyskujących spadłych gwiazd, domostw Rycerki Koloni. Pobiegłem za Nią
i już po chwili miałem Ją w ramionach. Przewróciła się, ja upadłem także. Wtedy
Ona obróciła mnie na plecy. Trzymała swoje dłonie na moich ramionach, a ja,
leżąc pośród wysokiej trawy, widziałem nad sobą, wysoko, wysoko, coraz więcej
bladych, ciekawych gwiazd, a nieco niżej drobną twarz Iwonki, i Jej włosy,
włosy lekko muskane przez delikatny wiatr od gór...
Tak, niezwykła to była
noc...
Nadszedł wieczór i znowu
gwiazdy nade mną gwiazdy
w oddali
szedłem wąską ścieżką
szedłem cicho by wspomnienie
ocalić
byłem sam i jedno pragnienie
być z Tobą
Razem
From: Iwona Kopaczewska (iwonka@poczta.serwer.pl)
Tu: Dżordż Dżefrej Kołelsky (kołelsky@amerikan.łipon.com)
Sabdżekt: Re: List
Grzesiu mój
Najdroższy...
Przeczytałam Twój
list. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że otrzymam odpowiedź. Że jeszcze
pamiętasz... Wiesz... Masz rację, nie jestem szczęśliwa. Chciałabym cofnąć
czas. Często w nocy siadam po turecku na łóżku, koncentruję swoje myśli – i
próbuję. Wiem, że to głupie... Pewien profesor fizyki powiedział mi, że
jesteśmy w stanie podróżować w czasie, ale tylko do przodu – do tyłu nie. Dobre
i to – pomyślałam. Budzę się rano, a tu cały ten świat znikł rozp..rzył się
zupełnie. Zostałam tylko ja i góry. Można by zacząć od nowa. Od nowa ulepić
człowieka z gliny, od nowa nauczyć go kochać. Mogłabym się tym zająć, czemu
nie. więc próbuję pchnąć czas – do przodu, do tyłu, obojętne...
Mam takie dziwne
przeczucie, że mi się to jednak nie uda. Ale przynajmniej próbuję...
Ale, nie dokończyłam
Ci.
Gdybym jednak
zdołała cofnąć czas do dnia, w którym poinformowałam Cię o tym, że wychodzę za
mąż... Młoda, głupia byłam. Mogłam zostać z Tobą, ale wydawało mi się, że
znalazłam sposób na uproszczenie tego i tak skomplikowanego życia. Taką drogę
na skróty. Ale znalazłam tylko cierpienie bezsens i samotność...
Natura wyrządziła
człowiekowi wielką krzywdę, nie dając mu władzy nad czasem.
Pamiętaj o mnie,
Grzesiu. Potrzebuję tego
Iwonka
Świerki
płaczą...
Było dosyć ciepłe wrześniowe popołudnie. Marek leżał na łące opadającej spod szczytu Wielkiej Raczy i przez lekko usychające kłosy traw patrzył na nisko już stojące o tej porze słońce. Było cicho, tylko co jakiś czas zrywał się drobny wietrzyk.
Iwonka leżała obok, wsparta
na prawej ręce. Lewą dłonią gładziła delikatnie włosy Marka.
- Jak tu przyjemnie – rzekł
po pewnej chwili chłopak.
Iwona cofnęła dłoń, jakby
porażona prądem. Podniósł się energicznie i przysunął do niej. Schyliła lekko
głowę. Marek objął ją ramieniem i pociągnął parę razy swoją dłonią po jej
włosach.
- Co się stało?
- Słyszałeś? – odpowiedziała
pytaniem.
- Co miałem słyszeć, Iwonko?
– spytał zdziwiony. – Jest przecież cicho... Cicho, jak rzadko kiedy.
- Tu jest cicho – rzekła,
odwracając się lekko od niego. – Ale tam...
Wskazała ręką odległy masyw
Lipowskiej. Spojrzał w tamtą stronę, ale nic nie zauważył.
- Oni tam umierają... –
rzekła szeptem tak, że z trudem mógł ją usłyszeć.
- Gdzie?
- W Kirgizji...
Wstał i przeszedł na jej
drugą stronę. Teraz mógł jej spojrzeć prosto w oczy. Płakała.
- Skąd ci to nagle przyszło
do głowy? – spytał zaskoczony.
- Tak jest – rzekła,
ocierając wierzchem dłoni łzę. – Mój bratanek tam pojechał...
- Na ochotnika?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Szukał pracy i wzięli go do wojska. Z początku nawet mu się podobało. Pisał, ze jest w porządku, żadnej fali... Aż pewnego razu załadowali ich do samolotów i mówią: lecimy do Kirgizji...
Nie mogła mówić dalej. Pochyliła głowę i rozpłakała się.
- A ja myślałem, że tylko ochotnicy...
- Ja też – rzekła, powstrzymując z trudem płacz. Słońce czerwieniało. Zawiał wiatr i lekko poszarpał jej włosy.
- Nie martw się – pocieszał ją. – Na pewno wróci...
- Wróci – potwierdziła. – W trumnie...
Przytulił ją mocno.
- Nie myśl teraz o tym –szeptał.
- Oni tam umierają – odparła. – Nieraz, jak ten cham, mój stary zaśnie, w mieście robi się na chwilę cicho. I wtedy słyszę – rozpryskujące się bomby, strzały z karabinów...
- Nie myśl o tym, proszę...
- Nic to cię nie obchodzi? – krzyknęła z wyrzutem, podnosząc nagle głowę, aż musiał się odsunąć. – Że oni tam umierają za kirgiską ropę? Że Kopaczewski targuje się z władzami miejskimi, że chcą od Dżeneral Softłer Polska kupić cztery place? Wiesz, na co im te place?
Przerwała na chwilę.
- Może pod jakieś inwestycje? – spytał niepewnie.
- Na cmentarz! – uściśliła. – Na cmentarz dla bohaterów wojny kirgiskiej. Zwożą ich już tylu, że nie ma gdzie chować!
- Niemożliwe – pokręcił głową. – Wiedzielibyśmy cos o tym. Prasa, telewizja...
- Kłamią – krzyknęła wstając. – Kłamią – zawołała, uciekając w stronę rosnącego kilkaset metrów dalej lasu. Wstał także, aby ją dogonić. Dobiegł do lasu, ale ona schowała się gdzieś. W lesie panował półmrok, więc chwilę musiał przyzwyczajać wzrok, zanim zaczął dokładnie rozpoznawać kształty. Poczuł się tak samotnie, jak dawno już się nie czuł. Podszedł do najbliższego świerka i oparł się o niego całym ciężarem ciała. Po chwili cofnął rękę. Była cała w żywicy.
- Ty też płaczesz? – spytał cicho. – Dlaczego? Skąd tu tyle łez?
Przykucnął i lekko pogładził pień drzewa. Nawet nie zauważył, jak stanęła za nim Iwona.
- Masz rację – rzekła, chociaż o nic nie pytał. – On uciekł przede mną...
- Kto? – spytał, odwracając się.
- Mój bratanek... nie chciał, abyśmy się dłużej spotykali. Poszedł na ochotnika... Nie wiedział, że będzie wojna... Gdyby nie ja, żyłby jeszcze...
- Wróci... – rzekł wstając, ale rzekł bez przekonania, trochę mechanicznie.
- Czy po tym wszystkim zechcesz jeszcze być ze mną? – spytała nieśmiało.
- Jasne – odparł zdecydowanie. Objął ją ramieniem, ona poddała się temu gestowi.
- Chodź – rzekł cicho. – Chodź szybko, bo nie obejrzymy zachodu słońca...
Niezwykły był tego dnia zachód słońca... Wielka, karminowa kula tonęła stopniowo we mgłach, którymi pozasnuwały się doliny, nie chowała się za widnokrąg, lecz jakby rozpływała w tych mgłach, rzeczywistych, a jakby nierzeczywistych, aż znikła całkiem, nie wiadomo kiedy, w jakiejś niekonkretnej sekundzie...
Tak umarł kolejny dzień.
A gdzieś na środkowym wschodzie pułkownik Zapukalski patrzył w nieprzepatrzoną noc i słuchał raportów od przybiegających z linii frontu co kilkanaście minut podoficerów. Na zewnątrz było ciemno niesamowicie, słońce zaszło dawno, kilka stref czasowych wcześniej, gwiazd nie było, nie świeciły Zapukalskiemu, który sam znalazł się nagle w obcym kraju, nie wiedząc, po co i nie znał języka, jakim kirgiscy pastuchowie rozmawiali z księżycem, przekonując go, by wyszedł z długiego cienia Pamiru.
- Panie pułkowniku – trajkotał niski gruby kapral, salutując. – Melduję posłusznie, że dajemy d..py na całej linii... O, przepraszam najmocniej pana pułkownika za grube słowo – poprawił się szybko.
- Idą transportery – odparł Zapukalski, zapalając papierosa.
- Na prawym skrzydle to istna jatka! – panikował kapral. - Jak się nie wycofamy...
- Wytrzymać! – rzekł twardo Zapukalski.
- ...posiekają nas jak kapustę. Nikt żywy nie ujdzie!
- Wytrzymać... – powtórzył Zapukalski, ale bardziej mechanicznie i z ogromnym wysiłkiem woli. Gdyby miał to słowo powtórzyć jeszcze raz, nie starczyłoby mu siły. Spojrzał w okno.
W ciemnej nocy, od strony linii frontu, padł samotny strzał. „Może ktoś właśnie umarł?” – pomyślał Zapukalski, zaciągając się papierosem.
- Tak jest! – zawołał kapral. Pułkownik odwrócił się nerwowo, gdyż zapomniał już o obecności podoficera. – Tak jest, panie pułkowniku! Wytrzymać!
I szybko wybiegł w tę ciemną, nieprzyjazną noc. Zapukalski znowu wyjrzał przez okno, ale nic nie widział. Było przeraźliwie ciemno, nawet papieros, który wciąż tlił się w ustach Zapukalskiego, nie rozświetlał tych ciemności, nawet latarka polowa, która monotonnie kolebała się pod sufitem zaimprowizowanego naprędce sztabu nie dawała odrobiny światła poza wąskim kręgiem... Zapukalski zaciągnął się i wyjął papierosa z ust. Ileż jeszcze dni na tej nieprzyjaznej ziemi, na ziemi, na której wszystko, co żyje: trawy, skały, jaszczurki, kruki – sprzyjały komu innemu. A Zapukalski wiedział, po co tu przyjechał... Starał się o tym nie myśleć – ale myślał ciągle, te myśli stale włóczyły się tuż za nim, może o dwa kroki z tyłu – i dopadały, jak wściekłe psy, gdy choć na chwilę zatrzymywał się w biegu. Jak żywe stawały mu wtedy przed oczyma oczy innych ludzi, młodych chłopców o egzotycznej urodzie z karabinami nad głową. Krótka komenda w języku angielskim, jednakowo obcym temu, co ją wydawał, jak i tym, którzy jej musieli słuchać – i karabiny lądują u ich nóg. Jeszcze jedna komenda – kilkunastu strzelców składa się do strzału. A naprzeciw nich, pod ścianą stoją tamci. Zapukalski, z perspektywy kilku metrów obserwuje także. Zapala papierosa. Krzesiwo w zapalniczce nie chce dać ognia. Nawet głupi kamyk jest dziś przeciw niemu! Przeraźliwie gorąco. Gdzieś nad widnokręgiem krąży para górskich kruków. „Ciekawe” – myśli Zapukalski, nerwowo potrząsając zapalniczką – „czy te kruki, tak jak nasze tatrzańskie są monogamistami doskonałymi... Czy zawsze są ze sobą do śmierci? A gdy jedno umrze, drugie nie wiąże się po raz drugi... Jak wrócę, będę musiał koniecznie sprawdzić...” Wreszcie zapalniczka daje płomyk. Kropla żaru dodana do tego żaru, który od rana leje się z prawie bezchmurnego nieba. Tylko tamci stoją w cieniu jakiejś budowli, pamiętającej jeszcze czasy Imperium. Obok przechadza się sierżant Ułesarmi. Nic nie mówi, tylko patrzy. Zapukalski pali papierosa. Patrzy na twarz sierżanta. Jest tłusta, nalana, ledwo rysują się na niej dwa małe oczka. Potem na jednego z tych chłopców pod ścianą gmachu. Ileż może mieć lat? Dziewiętnaście? Osiemnaście? Mniej, na pewno mniej. A kilka metrów przed nim ten rząd strzelców złożonych do strzału. Po policzku chłopca cieknie mała łza i spływa aż do szyi. Zapukalski podnosi rękę. Wydaje krótką komendę. Zamyka oczy i słyszy przeraźliwy huk. Gdy otwiera oczy, nie widzi już głowy chłopca na tle muru, tylko sam mur. Strzepuje popiół z papierosa... „Czy do końca życia będzie mnie prześladował ten widok?” – pomyślał oficer kilka dni później, wpatrując się w tę ciemną górską noc.
W tym momencie zadzwonił telefon.
- Panie pułkowniku – rozpoznał głos generała. – Nie będzie transporterów.
- Przecież dogadaliście się z Kołelsky’m...
- Właśnie sobie palnął w łeb! – objaśnił generał. – Zostawił jakiś list, i teraz go odcyfrowują, co tam jest napisane...
„Zginęliśmy” – pomyślał Zapukalski, zaciągając się jeszcze papierosem. A tymczasem gdzieś w Nowym Jorku wiceprezydent, wysoki brunet, szef siajej, nieco niższy od wiceprezydenta i sekretarz obrony, wzrostu szefa siajej, ale szpakowaty, stali przy biurku Dżordża Dżefreja Kołelsky’ego ze spuszczonymi rękoma i patrzyli bezradnie na białą kartkę, która leżała na tymże biurku, o kilka centymetrów od głowy dyrektora. Głowa ta leżała na biurku jakby jakaś dynia albo arbuz, przypadkowo rzucony pomiędzy papiery, teczki, kontrakty... Jakby zupełnie tu nie potrzebna. Kołelsky zdawał się patrzeć na przeciwległą ścianę, lekko bokiem, szeroko otwartymi oczyma, których nie zdołał zamknąć ruchem dłoni wiceprezydent – i oto teraz ten człowiek zza oceanu, ale i stąd, patrzył gdzieś w przestrzeń, wzbudzając przerażenie każdego, kto usiłował zajrzeć mu w oczy. Na jego twarzy zamarł drwiący uśmiech, a z lewej skroni coraz wolniej ciekła krzepnąca strużka ciemnej krwi.
„Tak pragnąłbym być z Tobą teraz w górach, moja kochana...” – głosił napis na kartce.
- Po jakiemu to może być? – spytał wiceprezydent pozostałych mężczyzn, wskazując kartkę.
- Może po kirgisku... – rzekł niepewnie sekretarz obrony, biorąc białą kartkę do ręki. wyślizgnęła mu się z rąk na podłogę, więc musiał schylić się, żeby ją podnieść. – To by oznaczało, że to wcale nie było samobójstwo...
W tym momencie weszło dwóch lekarzy i sprzątacz-imigrant. Ten ostatni, nie przejmując się powagą chwili, którą zastał, podszedł do stojącej w rogu pokoju szafki, wyciągnął stamtąd wiadro, wyszedł z nim do przedsionka, gdzie napełnił je wodą, a po chwili wrócił i ustawił wiadro koło okna. Potem otworzył okno i zaczął je pocierać brudną szmatą.
- A ty tu po co? – spytał go wiceprezydent.
- Mam posprzątać. Kazali mi... – rzekł imigrant i uśmiechnął się głupkowato, odwracając na chwilę głowę w stronę stojących wokół biurka. Jednak zaraz wrócił do swej roboty. Jeden z lekarzy próbował na siłę wyczuć puls u zmarłego, drugi stał obok i nie bardzo wiedział, co ma teraz zrobić.
- No dobra – rzekł wiceprezydent – Wy dwaj, weźcie go do kostnicy – rzekł jeszcze do lekarzy. – Panie sekretarzu, proszę za mną...
Po chwili wyszli wszyscy, został tylko szef siajej i imigrant, pracowicie myjący okno. Ten pierwszy trzymał cały czas w ręku kartkę, którą dał mu, wychodząc sekretarz obrony. Szef siajej wpatrywał się w nią intensywnie, lecz nic nie rozumiał, ani jednaego znaku.
- Palnął sobie pan dyrektor w łeb – rzekł sprzątacz od niechcenia. – A ponoć list zostawił jakiś...
- Tak – rzekł szef siajej mimo, że z niższym personelem właściwie nie rozmawiał. – Ale to chyba po bułgarsku. Bo pan Kołelsky pochodził z Bułgarii. Muszę dać do ekspertyzy.
- A mógłbym rzucić okiem? – spytał sprzątacz. – Może będę znał...
- A co? Jesteś Bułgarem? – zdziwił się mężczyzna.
- Nie, Polakiem...
Szef siajej cofnął się dwa kroki i przyjrzał sprzątaczowi. Potem znów podszedł do niego na bardzo bliską odległość, mógł mu niemal spojrzeć w oczy.
- Przecież nie jesteś czarny!
- A dlaczego miałbym być? – zdziwił się imigrant.
- Bo Polska leży w Afryce! – odparł błyskotliwie Amerykanin.
- Nie, w Europie – sprostował sprzątacz. – I nawet należy do nato...
Szef siajej otworzył usta w wyrazie zdumienia, ale podał imigrantowi kartkę.
- Tu jest napisane, że chciałby być teraz w górach z jakąś kobietą – wyjaśnił sprzątacz. – To do niej jest adresowane...
- A ty skąd wiesz?
- Bo to po polsku!
- Nie, to jest po macedońsku! Kłamiesz!
Szef siajej chwycił za słuchawkę i szybko wykręcił numer.
- Ochrona? Mam tu podejrzanego o udział w zabójstwie Dżordża Dżefreja Kołelsky’ego, chodźcie go zaraz aresztować, bo ucieknie...
Sprzątacz stał jednak bez ruchu i spokojnie poczekał, aż kilku mężczyzn w mundurach ochrony weszło i skuło go w kajdanki.
W środkowej Azji, w górach Pamiru wschodziło już słońce. Dochodziło już południe, zanim wygramoliło się ponad wysokie masywy tych potężnych gór i zajrzało do strażnicy wojsk sprzymierzonych przez rozbite okno.
Najpierw jego promienie napotkały na podłodze roztrzaskaną donicę, którą jakiś gigantyczny przeciąg, a może nie przeciąg wcale, strącił z parapetu. Dalej przewrócone krzesło, powywracane szafy, walające się po podłodze papiery, czymś poplamione. Wreszcie stół, a na nim leżał spokojnie pułkownik Zapukalski, wyciągnąwszy ręce przed siebie.
W plecy miał wbity długi kindżał.
(Straszny sen pułkownika Zapukalskiego)
Nad miastem powietrze stało. Nie był to letni
zaduch, lecz upał wrześniowy, niosący zapach babiego lata i dojrzałych śliwek,
jednak idącemu ulicą mężczyźnie wydawał się on równie trudny, jak nie
trudniejszy do zniesienia, niż gorący sierpniowy dzień.
Był to wojskowy, dość wysoki mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, lekko szpakowaty. Szedł spokojnie, nie śpiesząc się zanadto, ale i nie ociągając, rozglądał się wokół siebie co jakiś czas, patrzył na ludzi leniwie snujących się ulicami miasta, aż wreszcie doszedł do celu swojej drogi, jaki stanowił budynek gimnazjum numer trzy, przejęty na czas interwencji przez Sztab Korpusu Czwartej Armii Państwa.
W budynku panował miły chłód, lecz jednocześnie dość intensywny mrok, więc wchodzący musiał zatrzymać się przy wejściu na parę chwil, zanim ruszył długim korytarzem dalej. Mijał teraz sale, które jeszcze przed wakacjami służyły dzieciom do zdobywania wiedzy, a teraz stanowiły siedziby licznych komisji, werbujących ochotników do interwencji pokojowej w Kirgizji, ewidencjonujących wyjeżdżających, odznaczonych i skazanych przez sądy wojskowe oraz tych, którzy już nigdy nie wrócą.
Mijał te wszystkie pokoje wojskowy, który właśnie przyszedł, aż znalazł ten właściwy. Zapukał i wszedł.
Była to typowa sala lekcyjna, z ławki i krzesłami których nawet nie wyniesiono. Za biurkiem nauczycielskim siedział tu ubrany w szary garnitur mężczyzna sporo starszy od wchodzącego, całkiem już siwy, niezbyt wysoki, natomiast dość potężnej budowy ciała. Gdy zobaczył przybyłego, wstał i zasalutował zamaszyście prawą ręką, podczas gdy lewa, bezwładna, zwisała wzdłuż ciała, jak niepotrzebny balast. Mężczyzna w mundurze zasalutował także i podszedł do biurka.
- Pułkownik Radomir Zapukalski – przedstawił się gość. – Poinformowano pana, że przyjdę...
- Tak – odparł siedzący za biurkiem mężczyzna. – Henryk fon Blok, major rezerwy. Witam pana.
Sięgnął zdrową ręką do teczki leżącej na parapecie, położył ją przed sobą i rozwiązał, używając ciągle prawej ręki.
- Mam tu pana dokumenty – zamruczał jakby do siebie i zaczął wertować papiery znajdujące się w teczce, przyciskając do piersi. – Promocja oficerska, przydział... ładnie, ładnie... Srebrny krzyż zasługi dwa lata temu... – mruczał ciągle pod nosem. – I co? – zwrócił się do siedzącego naprzeciwko pułkownika. – Jeszcze pan nie był na wojnie i chciałby pan pojechać? – spytał z wyraźną nutką szyderstwa w głosie.
- Panie majorze – odparł pułkownik skonfundowany. – Przy całym szacunku, pan ma za zadanie zachęcać ochotników, a w każdym razie na pewno ich nie zniechęcać...
- Zadanie – powtórzył niechętnie fon Blok. – Ale ciekawi mnie... Mnie, jako człowieka, co też pana skłoniło do podjęcia tej decyzji...
Zapukalski otworzył usta, lecz zanim coś powiedział, major dodał prędko:
- Bo chyba pan nie wierzy w te dyrdymały o przywracaniu pokoju bagnetem? Wygląda pan na całkiem inteligentnego...
- Mam pensję oficerską – mówił Zapukalski takim tonem, jakby odczytywał własny wyrok. – Trójkę dzieci i żonę bez pracy i bez szans na pracę... Jestem... Mam obowiązek zapewnić mojej rodzinie godną egzystencję...
- I w tym celu chce pan pojechać mordować Kirgizów? – spytał zaczepnie fon Blok.
- Kto mówi o mordowaniu? Przecież to misja pokojowa...
- Z karabinami najnowszej generacji? Pociskami samonaprowadzającymi? Nocnymi bombowcami?
- Panie majorze...
- Niech pan posłucha, pułkowniku – przerwał mu major. – gdy miałem tak ze trzydzieści lat, bo był i taki okres w moim życiu, choć być może nic na to nie wskazuje, otóż kiedy miałem te trzydzieści lat i byłem niestarym jeszcze porucznikiem, zgłosił się do mnie jakiś reżyserek i powiedział, niech pan uważa, że chce zrobić film o drugiej wojnie światowej, i chciał... Teraz niech pan uważa! – krzyknął podnosząc palec wskazujący. – Zaproponował, aby nasza kompania przebrała się w niemieckie mundury z czasów wojny i zagrała oddział Wehrmachtu. Wyobraża pan sobie?! I wie pan, co wtedy, co ja powiedziałem?!
W tym momencie major z rozmachem chwycił swoją bezwładną lewą rękę w zgięcie łokcia prawej ręki i wykrzyknął:
- O takiego wała!! Tak mu powiedziałem! Taka była kiedyś armia! Kiedy honor nie był pustym słowem!
- Przy całym szacunku – rzekł nieśmiało pułkownik. – Honorem rodziny nie nakarmię...
- Przed wojną u nas w poznańskiem panowała straszna nędza. I wie pan, co myśmy bratem robili, żeby wyżywić rodzinę? Otóż rano szliśmy na rynek. Z torbami. Po rynku chodziły gołębie. Mój brat miał siłę w nodze, to podchodził i energicznie zasadzał takiemu gołąbkowi kopa. A ja, wtedy mały szkrab, biegłem za tym gołębiem, który nie miał siły lecieć – i buch go do torby! Potem brat brał go przez torbę i ukręcał łeb. O tak! A gdy mieliśmy już tak z dziesięć, niosło się do domu, skubało – i był obiad!
Tu przerwał, po czym dodał, już spokojniej:
- Ale pana brzydzi zabijanie gołąbków, nie? No, to będzie pan zabijał ludzi. Trudno...
Po czym wstał zamaszyście i zasalutował, a następnie wyciągnął rękę w stronę pułkownika, który wstał także.
- Gratuluję! Został pan mianowany dowódcą polskiego kontyngentu sił pokojowych w Kirgizji – rzekł fon Blok, potrząsając ręką pułkownika.
Rozmawiał wieczorem ze swoją kobietą, drobną i szczupłą żoną, Anną-Marią, w której zakochał się w wieku dwudziestu lat, i której wierny pozostał aż do tej chwili. Patrzył na jej puszyste, dłuższe włosy, a ona siedziała po turecku na fotelu, ręce skrzyżowawszy na piersiach.
- Zrobiłem to – powiedział cicho. – Poszedłem tam i...przyjęli mnie.
- Więc jedziesz? – rzekła równie cicho Anna-Maria.
- Zdecydowałem się. Rafał za rok zda maturę.
Tydzień później olbrzymi transportowiec podchodził do lądowania na pasie lotniska polowego we wschodniej Kirgizji. Pułkownik patrzył przez okienko na góry, olbrzymie góry na horyzoncie, rdzawej barwy, zaczerwienione przez zachodzące słońce. Samolot zatrzymał się wreszcie, rozwinął schodki. Pułkownik wyszedł niepewnie. „Co za dziwna pogoda jest dziś” – pomyślał – „a może w tym kraju to normalny stan...?”. Nie było ani zimno, ani ciepło. Lekki wiatr niósł ze sobą zapach piachu i był nieco cieplejszy od otaczającego powietrza. Lotnisko znajdowało się na dość wysoko wzniesionym grzbiecie, czego w pierwszej chwili pułkownik nie zauważył, gdyż był to dodatkowo grzbiet bardzo rozległy. Dopiero teraz, gdy wysiadł z samolotu, widział wyraźnie, zarówno po prawej, jak i po lewej stronie w oddali głębokie doliny, a za nimi rude, wydłużone masywy górskie. „Pamir” – pomyślał i przypomniał sobie, że kiedyś bardzo chciał zobaczyć te dzikie góry środkowej Azji – „a więc moje marzenie spełniło się... A to dopiero...” Na przeciwko szedł generał armii amerykańskiej. Spotkali się w połowie drogi między samolotem a wejściem na lotnisko. Podali sobie ręce.
- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu.
- Generał Tomas Lukas, koordynator misji pokojowej. Tak się cieszę z przybycia sił polskich! – rzekł szczerze. – Po kolacji osobiście zapoznam pana z sytuacją na froncie walki o światowy pokój...
Spotkali się w budynku, który kiedyś pełnił być może jakąś inną funkcję, ale już od bardzo dawna nie pełnił funkcji żadnej. Generał Lukas przestawiał kolorowe chorągiewki na wielkiej mapie ściennej, formował z nich front o różnym kształcie i opowiadał o postępach wojsk koalicji, które bez większych przeszkód poruszały się w głąb kraju. Ale pułkownik go nie słuchał, tylko patrzył przez okno na te odległe, tajemnicze masywy górskie, w miarę zapadającego zmierzchu coraz bardziej tajemnicze. Momentami odnosił wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, że jego tu wcale nie ma, że śpi we własnym łóżku u boku ukochanej żony Anny-Marii, i że zaraz obudzi się z westchnieniem ulgi, że to jednak nieprawda. Nie działo się przecież nic złego, nic, co by mogło wzbudzać lęk w pułkowniku Zapukalskim – a jednak bał się on czegoś, choć sam nie wiedział czego...
A wieczorem, gdy było już całkiem ciemno i Zapukalski wracał z narady wojskowej na swoją kwaterę, którą stanowił szpital przejęty przez siły pokojowe i zaadaptowany na potrzeby wojska, skręcił z drogi i wyszedł przez bramę poza teren koszarów. Wiał lekki ciepły wiatr. Już po chwili wzrok Zapukalskiego przyzwyczaił się do ciemności, i zaczął nawet rozpoznawać w tych ciemnościach kontury odległych i bliższych grzbietów pasma Pamir. Gdzieś w dolinie krzyknęło jakieś nieznane Zapukalskiemu zwierzę. I wtedy poczuł nagłe uderzenie. Ktoś z tyłu chwycił go mocno za szyję i usiłował obezwładnić. Momentalnie sięgnął po pistolet, skierował lufę za swoje lewe ramię i wystrzelił, lecz napastnik był szybszy i w ostatniej chwili potrącił rękę pułkownika trzymającą pistolet. Strzał nie sięgnął celu, odbił się dudniącym echem od odległych potężnych gór. Napastnik puścił Zapukalskiego i przyjrzał mu się bliżej.
- Oficer sił pokojowych – rzekł ze zdziwieniem. – Czyż nie? (Yznt yt?)
Był to człowiek średniego wzrostu, dość przysadzisty, o twarzy, która u jednych mogła wzbudzać sympatię, u innych zaś, jak u Zapukalskiego, obrzydzenie. Wyglądał na człowieka niezbyt inteligentnego, prawdopodobnie na skutek nieproporcjonalnie wysokiego czoła. Miał na sobie mundur podoficera armii amerykańskiej.
- Człowieku, mogłem cię zabić! – krzyknął pułkownik (Aj kud kiliu, meen!)
- Co pan robi o tej porze poza koszarami? – spytał podoficer.
- Oddycham świeżym powietrzem. Chyba wolno...
- Kirgiskie noce bywają niebezpieczne – odparł rozmówca pułkownika. (Kirgiżjan najc mej bi dandżerus) Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował Zapukalskiego, a następnie podał mu ogień. Sam zapalił również. – Starszy sierżant Brus Łyllis, dowódca kompanii wartowniczej. – rzekł wypuszczając lekko do góry kłęby dymu.
- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu. Ja bym jeszcze kawałek poszedł, mogę? (Mejaj?)
- Może pan... Ma pan niezły refleks, ale... po co? (Łotfor?)
- Posłuchać ciszy i szumu wiatru. Pooddychać górami... Uwielbiam góry, panie sierżancie.
- Nie rozumiem, ale... może pan iść, skoro tak – odparł sierżant. (Aj dont andestęd, bat... jumej goł, dzen...)
Teraz szedł kamienistą ścieżką lekko w dół w stronę rozległej doliny którejś z rzek, Amu-Darii lub Syr-Darii, nie wiedział. W pewnym momencie znów usłyszał szelest. Wyjął pistolet z kabury i odbezpieczył, celując w stronę czegoś, czego nie widział dokładnie w ciemnościach. Jednocześnie cofnął się kilka kroków. Szelest powtórzył się. Pułkownik zamknął oczy, zacisnął powieki, a następnie otworzył je znowu. Teraz zauważył w ciemności ruchomy kontur człowieka.
Przed nim stał młodzieniec, chłopak właściwie, chudy i niewysoki, z karabinem jeszcze radzieckiej produkcji. Gdy zobaczył Zapukalskiego, cisnął karabin na ziemię. Teraz pułkownik widział go wyraźnie – chłopak miał pociągłą twarz i ogromne, wystraszone oczy.
- Nie strielac’ – krzyknął. – My druzja! Frendz!
- Ruki wwierch! – krzyknął Zapukalski. Chłopak natychmiast podniósł ręce do góry.
- Chcę żyć! – jęknął łamaną angielszczyzną chłopak. – Nie zabijajcie mnie! Chcę żyć!
- Chodź ze mną – rzekł pułkownik. – Nic ci się nie stanie. Chodź, a ocalisz życie.
Chłopak posłusznie skinął głową i rozejrzał się. Pułkownik wskazał mu znajdujące się nieco w górze światła budynków zajętych przez kontyngent.
– Paszli! – rzekł krótko.
Szli teraz we dwóch – chłopak z lekko podniesionymi rękoma, a za nim Zapukalski z odbezpieczoną bronią. Znowu zawiał lekki, ciepły wiatr.
- Kto idzie? – usłyszeli głos w ciemnościach (Chuzdzer?). Zapukalski poznał znajomy głos sierżanta Łyllisa.
- To ja – odparł
(Ic mi). – Wracam do obozu. (Ajem
gołing bek tude kemp.)
- A on? – spytał Łyllis. Teraz pułkownik widział wyraźnie jego krępą sylwetkę w ciemności.
- Jeniec. Spotkałem go nieco niżej...
Łyllis podszedł bliżej. Był tego samego wzrostu, co Kirgiz. Chwycił go ręką za głowę i uważnie przyjrzał się jego twarzy.
- Szpieg – rzekł szybko. (E spaj!)
- Czego tu
szukałeś? – krzyknął do jeńca. (Łot
aju łer serczing for?) – Mów!
- Panie sierżancie – rzekł Zapukalski. – Pragnę panu przypomnieć, że to mój jeniec. Ja go wziąłem do niewoli. (Aj hew kapczerd him.)
- Pomódl się do swojego boga – krzyczał coraz głośniej Łyllis, jakby nie słysząc pułkownika. Jeniec stał w bezruchu, nie rozumiejąc.
- Ogłuchłeś?! – krzyczał Łyllis (Aju def?!) – Pomódl się, bo może czynisz to po raz ostatni w życiu!
- Panie sierżancie! – krzyknął Zapukalski widząc, co się dzieje. Nie zdążył jednak. Sierżant Łyllis energicznie wyjął broń i wystrzelił. Zapukalski stał jak wryty. Później zrozumiał, że w takiej sytuacji powinien choć zamknąć oczy. Huknął strzał. Jeniec stał przez pewien czas w miejscu, jakby sierżant chybił, lecz nie mógł przecież chybić, gdyż stał o dwa metry od niego. Dopiero po kilku sekundach zachwiał się i upadł ciężko na ziemię.
- Dlaczego pan go zabił?! – krzyknął Zapukalski do sierżanta.
- To był szpieg! Mógł przekazać informacje o rozmieszczeniu naszych wojsk! – odparł zdecydowanie Łyllis.
- Oddał broń! Był zatem jeńcem! Nie wolno zabijać jeńców!
- Walczył po stronie zła, pułkowniku! – odpowiedział bez wahania sierżant.
- Obiecałem temu człowiekowi życie, jeśli złoży broń!
- Więc ma pan coś w rodzaju moralnego niepokoju – rzekł spokojnie Łyllis i uśmiechnął się głupkowato. – Ale to już tylko pana problem... (Bat ic onli jors prablm...)
Zapukalski stanął teraz naprzeciwko Łyllisa. Podniósł prawą rękę. Wzbierała w nim wściekłość. Pułkownik był spokojnym człowiekiem, ale teraz najchętniej rozszarpałby sierżanta na strzępy. Już przygotował dłoń do ciosu na odlew, gdy poczuł odpływ wszelkich sił. Stał przez moment nieruchomo w tej dziwnej pozie, próbując jeszcze zebrać choć trochę sił do uczynienia tego, co wydało mu się najbardziej słuszne. Sierżant stał również, z półotwartymi ustami, nie rozumiejąc. Zawiał lekki wiatr. „Nie ma księżyca” – zauważył Zapukalski. – „Dlaczego nie ma? Powinien teraz wyjść zza gór...” – i opuścił rękę z wyrazem rezygnacji.
- Papieroska? – spytał Łyllis, jakby nigdy nic.
- Wsadź sobie swojego papierosa w d...! – krzyknął Zapukalski. Wyminął stojącego bez ruchu sierżanta i ruszył pewnym krokiem, choć ze spuszczoną głową w stronę bramy głównej koszar.
Niebawem dotarł do pawilonu, w którym niegdyś leczono ciężko chorych, a po którym teraz ganiali się podchmieleni żołnierze obcej armii, wykrzykując przekleństwa w obcym, nigdy na tej ziemii nie słyszanym języku.
Tego dnia Zapukalski długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku szpitalnym, które przydzielono mu do spania. Na dole hałasowali pijani oficerowie amerykańscy. Poza tym było cicho. Wręcz przeraźliwie cicho.
Wreszcie Zapukalski wstał. zapalił nocną lampkę i usiadł przy biurku. Położył przed sobą kartkę, wziął do ręki długopis. I miał wrażenie, że ręka sama zaczyna biec po papierze, kreśląc słowa nawet nie do końca uświadomione.
Anno-Mario,
Najjaśniejsza Plamko moich źrenic!
Nie wiem czy
mówiłem Ci dostatecznie często, jak bardzo Cię kocham. Jak bardzo jesteś mi
bliska. Teraz tu, daleko od domu, od naszych miejsc, czuję to jeszcze bardziej.
I pragnę podziękować Ci za te chwile trzydzieści lat temu, gdy szliśmy razem w
jesiennej mżawce Doliną Kościeliską, trzymając się za ręce. I gdy pierwszy raz
powiedziałaś mi to, co zawsze chciałem od Ciebie usłyszeć. Dziękuję, że wtedy,
w naszych górach, pomogłaś uwierzyć mi, że ludzie mają serca, bo dziś w górach
znacznie wyższych i dużo bardziej odległych musiałbym w to zwątpić.
Odłożył długopis. Pogniótł kartkę i rzucił w kąt
pokoju, będącego niegdyś salą szpitalną. Wziął następną.
Anno-Mario,
Jedyna Moja!
Widziałem
dziś, jak zabito człowieka. Przepraszam, że Ci o tym piszę, ale muszę to komuś
powiedzieć. Chciałbym krzyczeć o tym na cały głos, tak by cały świat usłyszał.
Że ten tępy żołdak podszedł do niego, do chłopaka, który był może w wieku
naszego Rafała, a może nawet młodszy. Że ten chłopak miał może matkę, która
teraz siedzi gdzieś w odludnej wiosce pośród tych ogromnych gór i z niepokojem
serca czeka, aż jej syn wróci. Może miał dziewczynę, która siedzi teraz z
matką, trzyma ją za rękę i mówi: niech pani się nie martwi, wróci na pewno. Że
ten facet po prostu wyjął pistolet i strzelił do bezbronnego człowieka, który
nic, absolutnie nic nie zrobił i nie powiedział w chwili nieuchronnej śmierci.
Że kilkanaście minut wcześniej, gdy brałem go do niewoli, obiecałem mu, że jak
złoży broń, będzie żył...
Nie wiem, po
co ci to piszę ale
Znów pogniótł kartkę i rzucił ją w ślad za
pierwszą. Nie wziął jednak następnej, lecz oparł łokcie o biurko, wsparł głowę
na łokciach i zamknął oczy. Otworzył je jednak zaraz. Wydawało mu się, że tuż
za jasnym kręgiem światła z lampki stoi sierżant Łyllis naprzeciwko jeńca i
krzyczy: „Pomódl się do swojego boga, bo może czynisz to ostatni raz w życiu!”.
Ale to złudzenie, w pokoju nie było nikogo poza Zapukalskim. Na dole pijani
amerykańscy oficerowie poszli już spać. Było cicho.
szkło bolesne, obraz dni,
który czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.*)
„Skąd ja to znam?” – pomyślał Zapukalski. Lecz
zaraz gdzieś w głębi mózgu usłyszał dalszy ciąg:
Jeno odmień
czas kaleki,
przykryj
groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z
włosów pył bitewny,
tych lat
gniewnych, czarny pył.*)
Wziął teraz zupełnie nową kartkę, długopis i
napisał:
Więc dotarłem na miejsce. Jak tu jest? No cóż,
musiałem przekroczyć kiedyś smugę cienia, oddzielającą świat dobry od złego. I
zrobiłem to dziś wieczorem. co dalej? Niebo bezgwiezdne nade mną, a co we mnie
– wolę nie myśleć.
Twój, na zawsze Radek
Katowice.
Dni mijały powoli i monotonnie.
Te dni... Żyłem jak w transie – oby do weekendu, oby już był piątek.
Na studiach – bez większych
zmian. W akademiku – także po staremu. Tylko bałagan coraz większy. Nasi
sąsiedzi z mechanicznego nie przestrzegają grafiku sprzątania. A Janusz – Kurzy
Dziób, powiedział, ze za nich roboty odwalał nie będzie. W sumie brud koło
ścian w kuchni zbiera się coraz większy. A w garnku z kaszą, którą ktoś sobie
kiedyś gotował (ale teraz nikt się nie przyznaje) urosła już pleśń na dwa
centymetry. Ciekawe, kiedy wreszcie zacznie komuś przeszkadzać...
W firmie – także nic nowego.
Burczyk powtarza mi bez przerwy, że jestem do niczego i nie umiem pracować w
zespole. Prawdziwą awanturę zrobił mi kilka dni temu, gdy się trochę spóźniłem.
To nie była moja wina – na mieście, przed Urzędem Wojewódzkim kilka osób
protestowało przeciwko wojnie w Kirgizji. Policja obstawiła całe centrum,
musiałem iść dookoła. Gdy opowiedziałem to Burczykowi, to ten błazen
Zabierajłło odparł głupkowato, że on się mało nie spóźnił, bo na jego drodze
ufoludki zrobiły blokadę; na szczęście szybko znalazł objazd. Kilka osób
parsknęło śmiechem, a wtedy Zabierajłło obrócił się i spytał: „A co, Zyga? Może
nie wierzysz w ufo?”. „Wierzę” – odparł jego kumpel –„Wczoraj mnie złapali i
robili na mnie eksperymenty medyczne. A potem wszczepili mi do mózgu
mikroprocesor. i powiedzieli, ze z początku będę miał problemy z utrzymaniem
równowagi, potem będzie mnie trochę głowa bolała, ale jak będę pił dużo
kefirku, to przejdzie.” . „Koniec gadania” – przerwał im wtedy Burczyk –
„Opowieści sajensfikszyn mogą poczekać do fajrantu.”
- A przepraszam bardzo, panie kierowniku – rzekł nieśmiało jeden z pracowników, wątły i chudy, z nadzwyczaj smutną miną.
- Co? – spytał Burczyk ze
zniecierpliwieniem w głosie.
- A, bo ja mam taki pomysł
na ulepszenie projektu...
- Panie Tomaszu, niech pan
nic nie ulepsza, tylko się pan bierze do roboty – poradził mu Burczyk.
- Tomuś Dziakicz matury nie
ma – mruknął Zabierajłło.
- Nieprawda – zaprzeczył
Tomuś smutnym głosem.
- A co? – spytał ironicznie
Zabierajłło. – Już kupiłeś od Ruskich? I słusznie, Tomuś – rzekł niemal
uroczyście, odwracając się od komputera. – Bardzo słusznie! We własną edukację
warto inwestować!
Dziakicz chciał cos
odpowiedzieć, ale ubiegł go stojący kilka kroków za nim Zyga Kołtun:
- A kto napisał „Jądro
ciemności”?
- Nie wygłupiajcie się –
rzekł ze zniecierpliwieniem w głosie Dziakicz.
- No, powiedz kto? –
podchwycił Zabierajłło.
- No, wiem – odparł Tomuś,
podnosząc prawą rękę do ust. – No... Żeromski...
Kilka osób uśmiechnęło się,
ktoś wypowiedział półgłosem jakiś komentarz.
- Conrad – poprawił go Zyga.
- No... ten... – plątał się
Dziakicz – Ale nazwisko panieńskie... to znaczy, pierwsze nazwisko Conrada, to
było Żeromski...
- Korzeniowski – sprostował
Zabierajłło.
- No, ale... pamiętałem, że
na żet... to znaczy: na ka... to jest...
- ...na i się kończy –
podpowiedział mu Kołtun i obaj z Zabierajłłą zaczęli się śmiać. Dziakicz
zwiesił smętnie głowę i zrobił taka minę, jakby za chwile miał się rozpłakać.
Zauważył to Zabierajłło i rzekł:
- No, nie płacz już, Tomuś –
i dodał z naciskiem w głosie: -
Przynajmniej byłeś kreatywny...
Kołtun śmiał się do rozpuku,
co chwile przytrzymując za brzuch. Marek również, mimo iż próbował zachować,
powagę, uśmiechnął się. Widząc tę sytuację Burczyk stwierdził, ze
prawdopodobnie jest to objaw zmęczenia i trzeba przewietrzyć pomieszczenie, a
sam zarządził przerwę na papierosa. Wszyscy pracownicy powoli wstawali od
swoich stanowisk i wychodzili. Marek wyszedł również.
Zabierajłło podszedł do
okna, odsunął żaluzje i otworzył jedno z okien na oścież. Z najbliższego
stanowiska pracy sfrunęła na podłogę kartka i zatrzymała się przy sąsiednim
krześle.
- Joachim – rzekł Dziakicz
podchodząc do Zabierajłły, który otwierał kolejne okno. – Dlaczego ty
rozpowiadasz, ze ja nie mam matury?
- Bo nie masz – odparł
krótko Zabierajłło, mocując się z klamką, która prawdopodobnie się zaklinowała.
– Chodziliśmy razem do liceum, pamiętam, że cię wywalili po drugiej klasie –
dodał, odwracając się do rozmówcy. Prawie wszyscy wyszli na korytarz, w
pomieszczeniu zrobiło się pusto. Wiatraczki, niestrudzenie chłodzące procesory
komputerów, szumiały monotonnie.
- Zrobiłem maturę w liceum
dla pracujących – drążył temat Dziakicz. – A wiesz dobrze, ze z naszego liceum
wyrzucił mnie dyrektor z wilczym biletem, bo nie podzielał moich poglądów
politycznych...
- No, tak – podchwycił
Zabierajłło. – Ty paliłeś zioło, a on nie. To chyba o tę różnicę
światopoglądową poszło, czy nie?
Szarpnął jeszcze raz za
klamkę, lecz okna i tak nie zdołał otworzyć. Podszedł do swojego stanowiska,
sięgnął do teczki i wyjął z niej zawiniętą w papier kanapkę, którą szybko
rozpakował i nadgryzł.
- Ale, Joachim – marudził
dalej Tomuś. – Nie mów wszystkim, że ja nie mam matury. I że mnie wylali ze
szkoły... To mnie obraża...
Zabierajłło chciał cos
powiedzieć, ale ponieważ miał pełne usta, machnął tylko ręką, jakby oganiał się
od Dziakicza, jak od natrętnej muchy.
Na korytarzu wszyscy
pracownicy – jacy wydawali się teraz podobni do siebie nawzajem, w półmroku
pozbawionego okien korytarza – jedli swoje drugie śniadanie, palili papierosy
lub rozmawiali. Burczyk usiłował coś powiedzieć Dorocie, która stała w pobliżu,
lecz ona najwyraźniej nie chciała go słuchać. Po kilku minutach pracownicy z
wolna wracali do sali komputerowej. Porządkowali coś przy monitorach i
rozpoczynali na nowo pracę. Zabierajłło podszedł do Doroty.
- Przepraszam panią bardzo –
rzekł, gdyż nawet on nie był z nią na ty. – Chciałbym zapoznać się z
procedurami w bibliotece deelel, którą pani teraz pisze, gdyż muszę
uwzględnić...
- Przepraszam bardzo –
przerwała mu Dorota. – Niech pan nie patrzy się na mój biust!
- Co? – zdziwił się
Zabierajłło. – Ja się patrzę na pani biust?!
- Tak, od dłuższego czasu –
rzekła Dorota, coraz bardziej zdenerwowana. – I jak pan natychmiast nie
przestanie, oskarżę pana o molestowanie seksualne w miejscu pracy!
Zabierajłło otworzył usta,
chciał coś powiedzieć, ale bąknął tylko „przepraszam”, spuścił głowę i zaczął
od nowa:
- Chciałem zapoznać się...
- Niech pan, z łaski swojej
nie patrzy się tak na moje nogi – przerwała mu Dorota. – A w ogóle, to nie mam
przyjemności z panem rozmawiać – i usiadła do swojego stanowiska. Joachim
odwrócił się na pięcie i usiadł także przy swoim komputerze.
Mijały długie godziny pracy
zespołu magistra Burczyka. Nieruchomą ciszę jesiennego popołudnia, złapaną w
klatkę zbyt ciasnych murów, raz po raz druzgotał stukot klawiszy klawiatury i
monotonny szum wiatraków. Zegar wolno, wolniutko posuwał wskazówki do przodu...
Mijał kolejny dzień życia
Marka Gudora...
Dochodziła jedenasta
wieczorem. Część osób z zespołu zakończyła już pracę na dziś, ale wielu jeszcze
pracowało. Przerwała im dopiero gruba sprzątaczka, która wjechała właśnie o jedenastej
z równie pękatym odkurzaczem na salę.
- No, kończyć to
programowanie, kończyć! - krzyknęła silnym basem. Na te słowa Burczyk wstał,
poprawił lekko krawat, po czym rzekł:
- Koledzy, myślę, że na dziś
możemy już zakończyć pracę. Jak ktoś ma pilne zajęcie, może ewentualnie jeszcze
skończyć w domu.
Powstał ruch. Pracownicy
wstawali, otwierali teczki, coś do nich wkładali... Blade niewyspane cienie -
mógłby powiedzieć ktoś, kto widział tę grupę przy słabym migającym oświetleniu,
pochodzącym od jarzeniówek podwieszonych pod wysokim sufitem. Sprzątaczka stała
po prawej stronie drzwi, trzymając w ręku rurę od odkurzacza jak strażniczka.
Marek skierował się w stronę drzwi.
- Panie Budor - zawołał
Burczyk.
- Gudor - poprawił Marek
zatrzymując się.
- Będę jechał koło pańskiego
akademika, więc mogę pana podrzucić. Nie będzie musiał się pan włóczyć po nocy
- zaproponował kierownik projektu.
- W porządku, dziękuję
bardzo.
Po chwili schodzili już
razem schodami w dół, do podziemnych garaży firmy. Gdy znaleźli się w jasno
oświetlonym garażu, Marek przyjrzał się uważnie Burczykowi. Zauważył, że tamten
był przeraźliwie blady, a oczy miał jakby zapadnięte w głąb czaszki. „Może jest
chory?” - pomyślał. Tymczasem Stefan wytrenowanym ruchem otworzył drzwi swojego
samochodu za pomocą pilota i obaj wsiedli. Burczyk sprawnie wycofał go tyłem ze
stanowiska, zanim przejechawszy pajęczą sieć podjazdów i estakad znalazł się na
ulicy. Dłuższą chwilę mężczyźni nic do siebie nie mówili. Dopiero Marek
przerwał milczenie:
- Panie magistrze!
- Słucham - rzekł Burczyk,
nie odrywając wzroku od szosy przed maską samochodu.
- Chciałbym pana o coś
zapytać... To jest takie... no, trochę osobiste...
- Niech pan pyta - odparł
Burczyk, prawie przyjaźnie.
- Czy nie miałby pan ochoty...
czasami... zwolnić?
- Tu jest ograniczenie do
osiemdziesięciu, bo to trasa przelotowa. Wcale nie jedziemy za szybko.
- Ale ja nie o tym, tylko
o... życiu... No, przestać tak poświęcać się pracy i...
- Profesjonalizm oznacza
poświęcenie się temu, co się robi - wyjaśnił Stefan. Zdanie to w jego ustach
zabrzmiało prawie jak sentencja.
Przez chwilę milczeli, po
czym Marek spytał znowu:
- Ma pan rodzinę?
- Nie, nie mam. Mama umarła
dwa lata temu. Na serce. A ojciec...
- Miałem na myśli żonę,
dzieci...
- Na to jest czas. Jestem
jeszcze młody... Powiedziałem sobie, że najpierw zdobędę odpowiednie do swoich
kwalifikacji stanowisko, a potem zwrócę się do tej, która jest panią mego
serca, i jeżeli wtedy mnie zechce...
Nie dokończył. „Pani mego
serca” - powtórzył w myślach Marek słowa, które jakoś nie pasowały mu do
bladego technokraty w szarym garniturze. Jechali równo pustą trasą przelotową.
Przed sobą widzieli snop świateł samochodu, po bokach nie było widać nic,
jedynie od czasu do czasu pojawiały się migające na żółto sygnalizatory.
- Ma pan panią swojego
serca, magistrze? - spytał znowu Marek.
- Uhm. Jest nią Dorota, pan
wie, ta kobieta w naszym zespole. Ale... niech to zostanie między nami, dobrze?
Gudor poczuł nagle dziwną
więź z tym człowiekiem, który co rano wypominał mu, czego to on jeszcze nie
zrobił. Poczuł nawet coś w rodzaju zdziwienia, że Burczyk kocha, i to kobietę z
krwi i kości.
- Kiedy jej pan to powie?
- Mówiłem panu, gdy dojdę do
odpowiedniego stanowiska i będę gotów, aby założyć rodzinę...
- A jakie stanowisko jest
dla pana odpowiednie?
- Dyrektor generalny
Dżeneral Softłer Polska - wyrecytował Burczyk.
Nie jechali już trasą
przelotową, tylko zwykłą miejską uliczką, wśród zapyziałych kamienic. Zaraz
byli też w pobliżu akademików Katowickiej Akademii Technicznej.
Minęła północ.
Wstawał dzień...
Iwonka obudziła się,
przetarła oczy wierzchem dłoni i wsparła na łokciu. Obok niej leżał Kopaczewski
na wznak i lekko sapał. spał jeszcze głęboko. Nie chcąc go budzić, Iwonka cicho
wstała z łóżka i udała się do łazienki. Tam spojrzała w lustro. Znów zobaczyła
tę twarz, bladą, ze zmarszczkami wokół oczu, twarz starej kobiety. Jednym
ruchem ręki zrzuciła z siebie nocną koszulę. Stała teraz całkiem naga przed
lustrem i uważnie patrzyła na swoje odbicie. Dawniej widok własnego ciała
napełniał ją specyficzną radością, lecz dziś czuła jedynie obrzydzenie, patrząc
na zbyt wystający brzuch i obwisłe, jej zdaniem piersi. Podniosła lewą dłoń na
wysokość serca i lekko podtrzymała lewą pierś, lecz puszczona znów opadła.
Po chwili Iwonka była już
ubrana pod samą szyję w czarną sukienkę i ciemnoszary żakiet. Wyszła z łazienki
do sypialni, aby wziąć swoją torebkę. Kopaczewski powoli budził się i usiłował
przewrócić się na bok, co nie było dla niego proste.
- Gdzie idziesz tak rano? –
spytał zaspanym głosem usłyszawszy, ze ktoś wszedł.
- G..no cię to obchodzi! –
odparła opryskliwie.
Chwilę później, gdy
trzasnęła drzwiami i zbiegła na dół, znalazła się już na sennej o tej porze
miejskiej ulicy. Szła tą ulicą, dumna, wyprostowana, lecz smutna wyraźnie,
coraz smutniejsza w miarę, jak dochodziła do budynku dawnego gimnazjum numer
trzy, którego tabliczkę ktoś zasłonił krzywo przyklejoną kartkę z dużym
napisem: „Podsekretariat stanu ds. wojny. Oddział wojewódzki w Katowicach.”
Pod budynkiem kłębiło się
już sporo ludzi, głównie starszych, lecz trafiali się także sporadycznie
młodsi, głównie kobiety.
- Kiedy wywiesicie listy?! –
dopytywał się pewien starszy mężczyzna urzędnika, który na chwilę wyszedł przed
budynek. Urzędnik był szczupły, dosyć wysoki, ubrany w nienagannie skrojony
garnitur.
- Niech pan nie popędza, bo
pani Zosia znowu zawiesi komputer, jak w zeszłym tygodniu... – uspokajał.
- Ale ja chcę tylko
wiedzieć, czy mój syn jeszcze żyje. Gdyby pan mógł szybciutko sprawdzić.
Nazwisko - Grudziński – nalegał
mężczyzna.
- A gdzie się panu tak
spieszy? – spytał ironicznie mężczyzna.
- To w końcu mój syn... chcę
wiedzieć, czy zginął, czy już go wiozą w trumnie...
- Za moment wywiesimy listy
– mówił urzędnik jednostajnym spokojnym głosem – i każdy będzie mógł tam
każdego odnaleźć...
Mężczyzna uznał, że nic nie
wskóra i odwrócił się demonstracyjnie do urzędnika plecami. Wtedy jego wzrok
napotkał Iwonkę.
- Ma dwadzieścia lat – rzekł
do niej, gdyż odczuwał potrzebę wygadania się komuś. – I mógłby jeszcze długo
żyć, gdyby go te cholery nie wcieliły – pokazał ręką stojącego urzędnika.
- Na wojnę jadą tylko
ochotnicy – sprostował urzędnik, dosłyszawszy.
- D..pa! – odparł dosadnie
mężczyzna. – Sam byś pojechał, ty buraku!
W tym czasie jakaś kobieta
krzyknęła: „Wywieszają!” i cała ciżba rzuciła się do tablicy ogłoszeń, na
której jeszcze kilka miesięcy temu wisiał plan lekcji, a do której teraz wysoka
i chuda pani Zosia przypinała pinezkami inne tabele, zawierające cztery
kolumny: liczba porządkowa, nazwisko i imię, numer nieśmiertelnika, wiek...
Wszyscy ludzie starali się jak najbliżej podejść aby odnaleźć, bądź nie
odnaleźć nazwisko kogoś bliskiego. Iwonka patrzyła z dystansu. Litera P...
Dużo, dużo nazwisk na P. Piotrowski Lech, lat dwadzieścia jeden. Pluta Radomir,
dwadzieścia dwa. Płochociński Sergiusz, dwadzieścia. Pragacz...? Nie ma. Czyli
żyje. Zamknęła oczy, po czym otworzyła je i jeszcze raz spojrzała na tablicę.
Mogła już odejść. Tłum także powoli rozchodził się. Jedna kobieta, starsza już,
rzuciła się z płaczem w stronę urzędnika, który cały czas stał w progu, jakby
na warcie wywieszonego właśnie spisu nazwisk.
- Bandyto jeden! –
krzyczała. – Zabrałeś mi syna!
- Pani syn umarł w słusznej
sprawie – tłumaczył spokojnie urzędnik. – Zginął w walce z terroryzmem. Umarł
za bezpieczeństwo świata...
- Dlaczego ty nie
pojechałeś, debilu cholerny! – krzyczała opętana szałem kobieta. – W d..pie mam
bezpieczeństwo świata! Mój syn nie wróci do domu!
Iwonka szła w stronę swojego
domu. Szła powoli, spokojnie, z nadzieją, że człowiek, na którego powrót tak
czekała – żyje jeszcze gdzieś tam daleko i że być może dane jej będzie jeszcze
go zobaczyć.
Odruchowo spojrzała w niebo.
Rano było pogodne, tak jej się przynajmniej wydawało. Teraz jednak zaciągnęło
się chmurami i przybrało zwykłą szarą, miejską barwę.
Poprawiła włosy.
- Wciąż pani patrzy przez to
okno... – rzekł po długiej chwili milczenia. – To dlatego, że wychodzi na
wschód, prawda?
Powiedział to mężczyzna,
wsparty o framugę drzwi, do drobnej, niewysokiej kobiety w średnim wieku, o
nieco dłuższych puszystych włosach. Ubrana w lekko wyciągnięty sweter, stare
spodnie dresowe i bosa, rzeczywiście cały czas stała w oknie, zwrócona plecami
do gościa.
- Boże, żeby tak na mnie
ktoś kiedyś czekał... – westchnął mężczyzna.
- Chyba już panu
odpowiedziałam – mruknęła niechętnie kobieta. – Nic z tego. Nie wezmę w tym
programie udziału...
- Słyszałem – rzekł mężczyzna
i spuścił głowę.
- Więc może pan już sobie
iść...
- Więc mogę iść –
potwierdził. Stał jednak wciąż w tym samym miejscu, nie ruszając się. – On nie
wróci – rzekł wreszcie.
Odwróciła się częściowo do
niego. Teraz mógł zobaczyć jej twarz – niezbyt wyraźnie, gdyż rozproszone
zachodzące słońce przykrywało ją długimi cieniami – zauważył jednak, że ma
bardzo ładne oczy, i nawet chciał jej to powiedzieć, ale ona odezwała się
pierwsza:
- Skąd pan wie?
- Oni nigdy nie wracają.
Chyba, że w trumnach...
- W waszych programach
mówicie co innego...
- Taki mam zawód. Kłamca...
- I chciał pan – rzekła,
odwracając się już całkiem do niego – żebym wystąpiła w pańskim programie i
uwiarygadniała wasze kłamstwa?! Kłamcie sobie, jak chcecie, ale mi dajcie
spokój!
Znów odwróciła się plecami.
- Niech pan już wyjdzie –
rzekła.
- Pani Anno-Mario! Ja... ja
nie chcę...
- Więc czemu pan jest
dziennikarzem? – spytała, znowu odwracając się do niego lekko.
- Chyba z tego samego
powodu, z którego pani mąż wyjechał do Kirgizji...
Przyjrzała mu się uważniej.
- Niech pan usiądzie – zaproponowała,
wskazując stojący przy stole fotel. Nie usiadł jednak, lecz podszedł do niej
bliżej.
- Pani Anno-Mario! Nie jest
pani jeszcze starą kobietą, nie może pani reszty życia stać przy oknie
wychodzącym na wschód!
Był już całkiem blisko.
- Pani Anno-Mario...
Nie opierała się, gdy
przyciągnął ją ramieniem i objął. Uległa temu gestowi, podeszła bliżej,
zostawiając z tyłu okno, za którym gdzieś daleko, daleko został jej mąż.
- On już nie wróci – szepnął
jeszcze dziennikarz. – On już może nie żyje, ale my żyjemy...
Delikatnie położył dłoń na
jej głowie i ostrożnie przeciągnął ręką po jej włosach.
A gdzieś daleko, na drugim
końcu świata, w innym kraju, zastępca prokuratora rejonowego, człowiek
niespotykanie gruby siedział rozparty w swoim fotelu i jedząc chrupki czyli
cipsy o smaku mocarella-japko-papaja, rozmawiał z siedzącym naprzeciwko
wyraźnie wystraszonym mężczyzną.
- I jak? – wybełkotał, mając
pełne usta cipsów. – Przyznajesz się do udziału w zabójstwie Kołelsky’ego?
- Nie! – zaprzeczył zatrzymany.
– Nie zabiłem go! Jak boga kocham!
Zastępca prokuratora sięgnął
ręką do torebki po kolejną garść cipsów.
- To posiedzisz do jutra... –
rzekł, gdy już je przełknął.
- Przecież to wolny kraj! –
bronił się zatrzymany. – nie możecie mnie więzić dłużej, niż dwadzieścia cztery
godziny...
- ...bez nakazu prokuratora –
dokończył jego rozmówca. – To ja zaraz taki nakaz wystawię! O!
I mówiąc to, sięgnął do
stojaka po serwetkę, coś na niej nabazgrał długopisem, który wyjął z
wewnętrznej kieszeni marynarki – skuwkę w tym czasie trzymał w zębach.
- ...do dyspozycji
prokuratury... – mruczał pod nosem - ...na następne dwadzieścia cztery
godziny... Jeszcze podpis, pieczątka...
Wziął ze stołu pieczątkę,
namoczył w tuszu i przybił ją do serwetki.
- I bęc! Jest nakaz
prokuratora...
- Jak długo tak będziecie
mnie trzymać – jęknął aresztant.
- Dopóki się nie przyznasz –
odparł zastępca prokuratora i znowu sięgnął po garść cipsów. – Ja chcę
zakończyć tę sprawę. A ty mi to uniemożliwiasz! Dlaczego jesteś dla mnie taki
niedobry?
- Nie mam z tym nic
wspólnego! – powtórzył dobitnie zatrzymany.
- To skąd wiesz, co było
napisane na kartce?
- To było po polsku. A ja
jestem Polakiem...
- D...pa! – przerwał mu
zastępca prokuratora. – Nad tym karteluszkiem biedzą się profesorowie
wszystkich filologii świata uniwersytetu w Mysigen! I wiesz co? Doszli do
wniosku, że w żadnym języku świata nie ma takich słów! To musiał być jakiś
szyfr!
Po chwili dodał:
- A może uważasz, że jesteś
mądrzejszy od całego sztabu amerykańskich naukowców, ee?!
Nacisnął domofon i rzekł:
- No, zabierzcie go...!
Znowu nic...
Zabłąkane spojrzenia
pośród nijakiego tłumu
dwa słowa na stacji
metra
wymienione pospiesznie i ukradkiem
zapach Twych włosów
zostawiony dla mnie
w wysokich zimnych hallach
to wszystko co od Ciebie
mam
to tak mało...
Zwardoń. Więc zgodnie z umową, spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Szczerze
mówiąc, do końca nie wierzyłem, że Ona się zjawi - bo czym innym jest dać komuś
przyrzeczenie, a czym innym je wypełnić. A jednak zjawiła się. Wyglądała tu
inaczej, niż w mieście, młodziej radośniej. Tego samego dnia ruszyliśmy na
Wielką Raczę i zdecydowaliśmy zostać tam do niedzieli. Pogoda była całkiem
dobra, lecz po południu pojawiły się mgły i w powietrzu zapanowała wszechobecna
wilgoć, która osiadała na bluzie z polaru i na włosach. Po pewnym czasie mgła
ograniczyła widoczność do kilku metrów. Nie było widać koron mijanych w lesie
drzew, a jedynie samotne pnie i rozmiękniętą drogę kawałek przed nami. Doszliśmy
już późnym wieczorem.
Następnego dnia z rana było trochę zimno i chyba nawet spadła mżawka,
chociaż nie jestem pewien. Po południu mgły opadły i ukazały się widoki,
poszliśmy więc na łąkę, popatrzeć na odległe Tatry. Były rzeczywiście widoczne,
przede wszystkim szczyty, gdyż w dolinach jeszcze zalegały mgły. Było cos
niepokojącego w tych odległych lecz potężnych górach, wyłaniających się z morza
mgieł. Usiedliśmy na konarze powalonego drzewa i patrzyliśmy w zachwycie przed
siebie, daleko - tak jak pierwszego dnia, gdy Ją poznałem. W pewnym momencie
Ona położyła mi głowę na ramieniu i spytała szeptem, czy chciałbym z Nią zostać
na całe życie, i pójść z Nią wszędzie, nawet na koniec świata. Zdziwiłem się,
miała przecież męża. Odpowiedziała, że planuje wystąpić o rozwód. Nie kocha go,
on także Jej nie kocha, nie ma co dalej tego ciągnąć. Powiedziałem, że byłbym
szczęśliwy mając u swojego boku taką kobietę, jak Ona, więc gdyby tylko
zechciała... Wstaliśmy. Ukląkłem przed Nią na kolana i zapytałem (wiem, to beznadziejnie
sentymentalne; ale moje przeżycia są moją własnością, a nie krytyków sztuki,
więc nie martwiłem się wtedy o to), czy zechce za mnie wyjść. Uśmiechnęła się,
pochyliła, odparła cicho, ledwie dosłyszalnie „tak” i pocałowała mnie w
policzek.
Kocham Iwonkę Kopaczewską - Marek Gudor.
że wiał wiatr a ja
leciałem nad miastem
Twoje Ciało
to był spektakl
w półsekundowej odsłonie
Nawet nie wiesz jak łatwo
wpadłem w klatkę
Twoich dłoni
Wróciła do domu około
jedenastej wieczorem i była przekonana, że jej mąż już od dawna śpi. Cicho
weszła zatem z korytarza do mieszkania, delikatnie zasunęła zasuwę. Przeszła po
omacku do głównego pokoju i zapaliła światło. Zdziwiona zauważyła, że nie spał
- siedział na swoim wózku koło okna i teraz patrzył lekko przymrużonymi oczyma
na nią. Chwilę po jej wejściu milczał jednak. To milczenie zaniepokoiło ją
trochę. Odruchowo poprawiła włosy.
- Gdzie się szlajałaś,
lafiryndo? - spytał wrogo.
- Wyczuwam w twoim głosie,
że musiałeś się za mną bardzo stęsknić - rzekła ironicznie Iwona.
Nie zareagował. Podjechał
trochę w kierunku środka pokoju i spytał:
- Gdzie byłaś?
- W górach, wiesz o tym
dobrze. Jadę tam, kiedy tylko mogę...
- Sama? - zapytał
podejrzliwie.
Odetchnęła głęboko. Ciągle
stojąc w drzwiach, przestąpiła z nogi na nogę.
- A jeżeli nie sama, to co?
- spytała zaczepnie. - I w ogóle, co ci do tego? Nie jestem twoją niewolnicą!
- Ale jesteś moją żoną -
odparł niespodziewanie spokojnie Kopaczewski.
- Przecież z tobą nie pójdę
w góry - zauważyła. - Wiesz o tym...
Podjechał jeszcze bliżej.
Był może o dwa, trzy metry od niej.
- Ślubowałaś mi wierność...
- rzekł, ale nie do niej, lecz jakby do siebie, może w powietrze.
- Twoja matka prosiła, żebym
za ciebie wyszła. Podobno szantażowałeś ją, mówiąc o samobójstwie. Już
zapomniałeś?
- Nie kochałaś mnie? Ani
chwili przez te dwadzieścia lat? Nigdy?
Pytania te zadał tonem nie
znanym Iwonie wcześniej. Przez moment poczuła się winna i chciała się
wytłumaczyć.
- To... nie tak - zaczęła
siadając na brzegu fotela. - Jestem z tobą... przecież... Mimo wszystko, ale...
- Nie kochasz mnie. Nie
kochałaś mnie nigdy - mówił spokojnie.
- Słuchaj... to...
- A przecież to wszystko dla
ciebie - zawołał patetycznie Kopaczewski. - Dlatego zostałem dyrektorem tej
firmy. Duże mieszkanie, samochód, ranczo... Po co byłoby tyle pieniędzy staremu
inwalidzie?
- Doceniam to, co dla mnie
robisz - zaczęła dyplomatycznie Iwona - ale nie możesz oczekiwać, że cały czas
będę spędzała z tobą. Takiego poświęcenia nie wymagaj ode mnie. Jestem jeszcze
młodą kobietą...
- Tak? - przerwał jej
Kopaczewski. - Młodą kobietą? Jesteś starą, zużytą babą! Gdybyś nie miała
moich... naszych pieniędzy, żaden mężczyzna by się tobą nie zainteresował!
- Akurat! - krzyknęła. - To
spytaj swojego pracownika!
Kopaczewski pobladł.
- Którego pracownika?
- Każdego, który mnie zna!
Niech ci powie, czy jestem starą babą?!
Kopaczewski wykonał obrót w
miejscu i odjechał do swojego pokoju.
- Chciałam rozwodu -
krzyknęła za nim - ale sąd nie dał mi go! Ze względu na ciebie, pamiętasz! Że
kaleka, te sprawy, a tu do śmierci, wierność...
Nie odpowiedział nic. W domu
zaległa martwa cisza...
Zwardoń. Najbardziej lubię w górach pierwszą połowę października. Buki są wtedy
całkiem złote, jarzębiny brązowo-czerwone, a do tego mnóstwo uroczych mgieł
snuje się po dolinach. Lubię chodzić tymi mgłami, to pozwała zapomnieć o tym,
co zostawiłem. A teraz, gdy już nie jestem sam... Mam przy sobie drugą osobę,
kobietę, której mogę pokazać to wszystko. Mogę Ją obsypać złotem buczyn, albo
przytulić mocno i ucałować. Tak. Rzuciłem jej do stóp całe moje życie, a Ona
padła mi w ramiona - nie sądziłem, że to się zdarza na prawdę.
Poznaję Ją, choć wiem, że nigdy do końca Jej nie poznam. Czerpię z Niej
całymi garściami, choć wiem, że nigdy nie będzie całkowicie moja...
Chodzimy razem górskimi ścieżkami, prze purpurowe lasy i dzikie łąki, przez góry, ten mały obszar na
ziemi, zostawiony ludziom takim, jak my. Wdychamy pełną piersią powietrze,
pełne zapachu ziół i żywicy świerkowej. Przeżywamy razem tę ciszę niesamowitą,
jak spektakl, grany dla nas i z myślą tylko o nas.
W schroniskach coraz mniej ludzi. Ostatni weekend byliśmy na Przegibku.
Przeszliśmy przez Będoszkę i Praszywki, do Soli. Już wiem na pewno - ma to swój
urok, taka miłość niebanalna. Świadomość, że na cały tydzień musimy się
rozstać, nie patrzeć na siebie, by potem...
W niedzielę drzwi otworzył mi Janusz - „Kurzy Dziób”, z podbitym okiem.
W końcu prodziekan spełnił swoją groźbę. Ale oficjalnie mówi się, że Janusz
poślizgnął się i upadł. Do późnego wieczora dyskutowaliśmy w pokoju na temat,
dajmy na to, sensie życia.
Po południu jestem w Dżeneral
Softłer Polska. Ledwie przyszedłem, wchodzi do nas (wjeżdża?) dyrektor
Kopaczewski i mówi:
- Panie Burczyk, ten ostatni projekt, który od pana dostałem jest do... do kitu!
- To jest pierwsza wersja -
bronił się Burczyk. -Będzie poprawiana...
- No, przecież - denerwował
się Kopaczewski - wiem, że w tej wersji nie trafi to na rynek! Przecież to knot
nad knoty!
Podniósł obie ręce do góry,
nad głowę, aby lepiej oddać sens słów „knot nad knoty”. Następnie ruchem ręki
poprosił Burczyka bliżej. Kierownik nachylił się i wtedy Kopaczewski spytał go
cicho:
- Panie Burczyk, co panu
przeszkadza w stworzeniu porządnego kawałka programu?
Ponieważ Burczyk nie
odpowiedział od razu, dyrektor drążył dalej:
- Praktykant?
Marek odwrócił się lekko na krześle.
- Uhm... - mruknął niepewnie
Burczyk. - On jest... trochę...
- Okej. Ale podpisaliśmy
umowę na półroczną praktykę dla niego. Musi tu zostać...
Po chwili dodał jeszcze:
- Zastanawiałem się, czy nie
dać go gdzie indziej... ale pan rozumie, nikt nie chce takiego problemu...
Zmrużył oko, wykonał sprawny
zwrot wózkiem, choć niezupełnie w miejscu i wyjechał. Gdy tylko zniknął,
Burczyk podszedł do Marka.
- Słyszał pan rozmowę z
szefem? - zaczął. - Pan rozumie...
Powiedziawszy to, usiadł do
swojego stanowiska. Wszyscy pracowali w milczeniu, aż do przerwy na lancz.
Tradycyjnie, Burczyk zamówił pizze u tego samego dostawcy, co zawsze. I
tradycyjnie, pracownicy jedli w milczeniu. Ten i ów odkładał co jakiś czas swój
posiłek, żeby szybko dopisać jedną czy dwie linie kodu. Jeżeli ktoś coś
powiedział, był to wulgarny dowcip lub jakaś złośliwa docinka pod adresem
innego współpracownika.
Marek jadł w milczeniu. W
pewnym momencie odłożył na bok swoją porcję, na papierową tacę i wstał.
- Będzie pan to kończył? -
spytał siedzący obok mężczyzna.
- Nie...
- A ja mogę?
- Proszę bardzo, nie jestem
głodny
Zwardoń. Góry nie tylko są piękne. One pozwalają człowiekowi zrozumieć samego
siebie. Ostatnio, gdy padał drobny deszczyk, a ja czekałem pod rozłożystym
klonem na Iwonkę, podszedł do mnie starszy, łysawy mężczyzna w brązowej kurtce,
o lekko szpiczastych uszach. Stanął również pod drzewem. Z początku nic nie
mówił, tylko, tak jak ja, wpatrywał się w kręgi na kałużach, wytwarzane przez
spadające krople deszczu. Kręgi te rozchodziły się promieniście, łączyły ze
sobą i nakładały, tworząc fantastyczne obrazy interferencyjne. Co jakiś czas
odkaszlnął. Potem zaczęliśmy rozmowę. Przedstawił się jako bóg. Myślałem, że to
wariat. Ale nie, przyznał się do stworzenia świata, więc musiał mówić prawdę.
Potwierdził, że świat stworzył źle i byle jak, i dziś by się za to w ogóle nie
brał. Mówiąc to odkaszlnął, gdyż miał chore płuca. Potem zniknął gdzieś w
mgłach, które stale już snuły się po lasach. Słyszałem jeszcze z daleka, jak
odkaszlnął głośno.
Byłem sam.
Tego samego dnia poszedłem na Przegibek. Myślałem, że Ją spotkam – ale
nie przyjechała...
Gdy jadłem kolacje, znany mi już góral Waluś znowu snuł swoje osobliwe
opowieści, rozmawiając z tym samym towarzystwem, co poprzednio. I wtedy
siedzący obok drzwi młody blondyn z nieco dłuższymi włosami, wstał i podszedł
do tego górala, a następnie powiedział cicho:
- Zdaje się, że pan tu zna wszystkie ścieżki, mam rację?
- Panie kochany, lepiej niż ktokolwiek! – odparł pewnie Waluś.
- Niż pogranicznicy?
- Nawet niż sarny i zające... A co?
- Chodź pan na zewnątrz – rzekł młody. – Przewietrzymy się...
Gdy byli
już na zewnątrz i stanęli obok drewnianej werandy wprowadzającej na jadalnie
tak, aby być poza zasięgiem okien jadalni, turysta poczęstował górala
papierosem, sam zapalił również. Zaciągnął się głęboko dymem z papierosa, po
czym powoli wypuścił go w powietrze, lekko do góry. Rozejrzał się dookoła,
spojrzał na zalesione stoki Bani i Abramowa, odszukał miejsce, gdzie z lasu
wychodzi szlak i przewędrował wzrokiem wzdłuż tej polnej ścieżki, pomiędzy
pojedynczymi zabudowaniami osady Przegibek aż do schroniska PTTK, przed którym
stali.
-
Mam sprawę – rzekł.
-
A ja chyba wiem, jaką – odparł wesoło Waluś. – Wojsko panu chce bilet w jedną
stronę do Kirgistanu kupić, co?
-
Pudło! – zawołał młody. – Wojsko, to mi akurat nic nie może, bo za mną
korporacja stoi. Mam inną sprawę...
-
No, to wal pan!
-
Ale to co pan usłyszy – zostaje między nami !
-
Choćby nie wiem co!
-
Chcę pana wynająć na przewodnika, żeby mi pan wszystko tu w okolicy pokazał i
objaśnił. Bo są plany – tu ściszył głos. – Są plany, żeby tu zbudować lotnisko.
I autostradę transeuropejską. I normalnie, nowy jork cały!
Waluś
aż zaniemówił z wrażenia.
-
Ale to wszystko prywatne...
-
Wykupi się, niech pan się o to nie martwi...
-
A lasy?
-
Wytniemy!
-
To przecież parku krajobrazowego!
-
Wystąpimy ze sprawą do sądu przeciw parkowi – rzekł spokojnie rozmówca. – Oni
tę sprawę przegrają.
-
Do sądu? A o co?
-
Czy to ważne, o co? Nasi prawnicy, najlepsi z najlepszych, całymi dniami
szukają powodu. I w końcu znajdą....
-
Ale... las żywi...
-
A pan – pracuje w lesie?
-
No, ja to nie, bo mam chory kręgosłup. No, nie mogę.
-
A gdzieś pan w ogóle pracuje?
-
No, nigdzie.
-
To będzie tak – za oprowadzenie mnie po okolicy dam panu, hmmm... Tysiąc
sześćset złotych?
-
Chryste panie – westchnął Waluś.
-
A to na początek. Bo gdy już to wszystko, co panu mówiłem, powstanie, będzie
pan dyrektorem.
-
Ja? Dyrektor? Przeca to trzeba szkoły mieć... i te... studia! A ja mam pięć
klas podstawówki!
-
Panie kochany! Jakie szkoły? Jakie studia? Musi pan być kreatywny!
Przedsiębiorczy! No, słowem nadawać się! W żadnej szkole pana tego nie nauczą!
-
A ja się nadaję? – spytał nieśmiało Waluś.
-
Nikt lepiej, niż pan... To co – jutro o piątej rano?
-
Będę!
-
Emilian Wydynin – rzekł blondyn, wyciągając rękę w stronę górala. – Architekt
urbanista.
-
Walenty Ćmok – odparł góral. – Ale we wsi wszyscy mnie „Waluś” wołają.
Emilian
uścisnął dłoń górala i odwrócił się w stronę zalesionych stoków Bani. Walusia
już nie było – biegł jak na skrzydłach drogą jezdną do Rycerki Kolonii. Wydynin
poprawił ręką włosy i sięgnął po drugiego papierosa. Przed nim szumiał leniwie
las, szemrały strumienie – a on widział już dziesiątki kilometrów szos,
autostrad, lotnisko, stacje benzynowe, hipermarkety. „Ale burak!” – pomyślał
jeszcze o Walusiu i uśmiechnął się lekko – „prędzej papież syfilisu dostanie
niż on posadę kierowniczą”. Zaciągnął się jeszcze raz i wszedł do schroniska.
Te gwiaździste, beskidzkie noce... Jednego razu, pamiętam, szliśmy kolejny raz szlakiem granicznym na Przegibek, ale ponieważ był piękny słoneczny dzień, więc zatrzymaliśmy się nieco dłużej na zboczach Abramowa, przy starym wiatrołomie. Drzewa, pozwalane przez silny wicher na stos, jak zapałki, dawno już zdążyły porosnąć mchem. Zatrzymaliśmy się, zdjęliśmy plecaki i spoglądaliśmy na dolinę Vychylovki po słowackiej stronie. Cały dzień nam zszedł na wygrzewaniu się w późnowrześniowym słońcu.
Lasem do samej przełęczy szliśmy już po ciemku. Z nieba docierał do górnych partii drzew odblask dawno zaszłego słońca, jednak gdy spoglądaliśmy pod nogi, nie widzieliśmy wyraźnie wystających korzeni i kamieni. Szliśmy powoli, wsłuchując się w odgłosy śpiącego lasu. Od czasu do czasu nad naszymi głowami przeleciał niemal bezszelestnie puszczyk. Gdzieś w oddali zaryczał jeleń... W pewnej chwili wyciągnąłem rękę w bok i trafiłem na Jej dłoń. Chwyciłem ją delikatnie i dalej szliśmy już razem, blisko siebie. Znowu zaryczał jeleń. Poza tym było cicho.
Gdy dotarliśmy do skraju lasu, zatrzymałem się na moment. Tak dobrze tu było, tak bezpiecznie... W pobliskich chałupach okna świeciły ku nam bladym światłem zapalonych lampek, rozproszonym przez zasłonięte firanki. Zaorane pole, rozciągające się aż do niewielkiego zagajnika, takie gładkie w ciągu dnia, teraz pokryte było setkami dłuższych i krótszych cieni, rzucanych przez pojedyncze źdźbła traw, większe grudki ziemi czy kamienie. Spojrzałem na zachód, skąd cienie te brały swój początek. Słońce nie zaszło jeszcze całkiem, jak mi się wydawało w lesie, lecz rozpalało trawiaste wzgórza Beskidów, bliższych polskich i dalszych słowackich. Spojrzałem Jej w oczy. Próbowałem odczytać, znaleźć odpowiedź na pytanie, na które odpowiedź chciałem znać od dawna. Nie znalazłem. Utonąłem w Jej oczach po raz kolejny, bez nadziei bez ratunku...
Ten sam zachód słońca podziwiał inny młody człowiek, stojący na tym
samym wiatrołomie, na którym cały prawie dzień spędzili Marek i Iwonka. Słońce
schowało się już całkiem, gdzieś w dolinach Spisza, można by powiedzieć, ale
jego promienie docierały jeszcze do ziemi, dając tym, którzy mieli okazję go
obserwować niezwykły spektakl, jedyny i niepowtarzalny. Mężczyzna ten stał
spokojnie, oparty prawą nogą o omszony pień zwalonego drzewa, lekko zmrużonymi
oczyma patrzył ponad dolinę gdzieś daleko, daleko, może w masyw Wielkiego
Rozsudźca w Małej Fatrze, zwalistą górę piętrzącą się okazale, której wszystkie
skałki, niewidoczne w ciągu dnia, można było dostrzec dzięki cieniom, które
rzucały na zbocza masywu. A może jeszcze dalej...
Gdy poczuł za sobą czyjś oddech, nie poruszył się. Nie zareagował, nie
odwrócił się. Nie rzucił się do ucieczki, chociaż jeszcze kilka minut wcześniej
zrobiłby to niewątpliwie. Odwrócił się dopiero, gdy przybysz, stojąc kilka
metrów za nim, kazał mu podnieść ręce do góry i odwrócić się. Spojrzał jeszcze
raz w stronę fantastycznie podświetlonej Małej Fatry i powoli odwrócił się,
zgodnie z rzuconą krótko i niedbale komendą. wiedział, kim jest jego rozmówca,
spodziewał się go, jednak w skutek zachodu słońca, i magicznego zauroczenia,
jakiego doznać można tylko w górach i tylko jesienią – nie zrobił nic, aby
uniknąć tego spotkania. Teraz przyjrzał się mu dokładnie. Stał przed nim
sierżant wojsk ochrony pogranicza i lekko mrużył oczy, gdyż teraz to jego
oślepiało karminowe, płonące beskidzkie niebo. Twarz jego także wydawała się
być pokryta tą samą materią, co niebo i dalsze masywy gór.
Zawiał delikatny wiatr i zmącił spokój wyższych gałęzi drzew, stojących
na skraju lasu. Znowu gdzieś zaryczał jeleń.
- Dezerter?
Nie bronił się. Skinął głową.
- Dostałem powołanie tydzień temu. Do analizy skażeń...
Pogranicznik podszedł bliżej. Był niższy prawie o głowę.
- Chemik?
- Tak... Z Politechniki Śląskiej – odparł cicho.
Pogranicznik stanął tuż obok niego i spojrzał w tym samym kierunku, w
którym młodzieniec patrzył jeszcze przed chwilą. Niebo powoli gasło. Młody
mężczyzna odwrócił się także.
- Po co to panu było? – spytał spokojnie pogranicznik. – Siedziałby pan
teraz na tyłach frontu, obliczał dopuszczalne skażenie terenu i dni do
powrotu... Po co pan uciekał?
Otworzył usta, ale nie odpowiedział. Patrzyli razem, jak Wielki
Rozsudziec powoli zamienia się z karminowego olbrzyma, w granatowy, posępny
cień, nierealny i nieprawdziwy.
- Dostane czapę – stwierdził raczej po chwili, niż zapytał chłopak.
- Chodźmy – rzekł żołnierz, zachęcając go zamaszystym ruchem ramienia.
– Spektakl skończony...
Masyw Rozsudźca zrównał się barwą z jesiennym beskidzkim niebem. Nad
doliną Vychylovki rozbłysła nieśmiało pierwsza gwiazda.
Pociąg jechał powoli, wlekł
się nawet, więc na każdej stacji spóźnienie było coraz większe i większe. Był
prawie pusty. Marek siedział sam w przedziale, rozparty wygodnie w fotelu i
wodził nieprzytomnym wzrokiem za mijającymi polami i lasami. Dojechał wreszcie
- do innego miasta. Nie był w nim od kilku miesięcy, jednak bez trudu trafił na
właściwy przystanek, a potem jechał tym rozklekotanym autobusem do domu, w
którym spędził tyle czasu... Na górę wszedł pieszo, żeby mieć czas przemyśleć
to, co chce powiedzieć, a potem z lekkim drżeniem rąk nacisnął dzwonek, który
przerwał ponurą ciszę brudnego, szarego korytarza.
- Marek? - zdziwił się siwy, wąsaty mężczyzna, otwierając drzwi.
- Cześć, tato!
Mówiąc to, Marek wszedł do
środka.
- Zośka! - krzyknął ojciec w
stronę kuchni. - Zośka, nasz syn wrócił!
Z kuchni wybiegła niemłoda
kobieta, ubrana w wyciągniętą bluzę, na którą narzucony był fartuch kuchenny.
Mokre ręce wytarła w spodnie. Po długich powitaniach wszyscy troje usiedli w
salonie przy stole.
- Mów, synu - zaczął ojciec
- źle ci w tych Katowicach i wróciłeś do poczciwych staruszków?
- Nie - zaprzeczył Marek. -
Tylko mam zamiar się ożenić, i chciałem was o tym pierwszych poinformować.
- No, brawo - ojciec był
zachwycony. - Brawo! A ta twoja... wybranka? W porządku?
- Mam tu zdjęcia - rzekł Marek.
- Jakby tata chciał obejrzeć...
- Pokaż synu, koniecznie...
Marek sięgnął do torby i
wyjął plik fotografii, które przekazał ojcu. Starszy mężczyzna założył okulary,
przyjrzał się uważnie pierwszemu zdjęciu i uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Zobacz, Zośka, jaką synową
będziemy mieli - rzekł cicho do matki.
- O, Boże! - syknęła matka
ze zgrozą. Ojciec przełożył oglądaną fotografię na spód.
- Ale stara - rzekł. - Musi
mieć chyba po czterdziestce...
- Wygląda jak czarownica -
dodała matka.
Ojciec znowu przełożył
fotografię na spód.
- Zobacz, Zośka - szturchnął
matkę. - Portret. Zobacz, jaka pomarszczona...
I uśmiechnął się szyderczo.
Marek siedział bez ruchu i obserwował, jak rodzice oglądają fotografie. Matka -
z rosnącym przerażeniem w oczach, a ojciec - w coraz lepszym humorze.
- Zobacz tu - mówił do
matki. - To w dwuczęściowym kostiumie... Żebyś ty tak, Zośka, wyglądała, to bym
cię chyba zostawił!
- Daj ty mi spokój, stary -
rzekła matka ze zniecierpliwieniem. - Trzeba ratować naszego syna, bo nam go ta
stara wiedźma zmarnuje.
Ojciec podniósł wzrok znad
zdjęć i zdjął okulary. Matka także spojrzała na syna.
- Syneczku - rzekła czule. -
Czy ta baba pożyczyła ci pieniędzy, a ty nie masz oddać?
- Jak synu masz długi -
podjął ojciec - to ja ci dam! A co? Spłacimy staruchę, niech idzie do diabła!
- Tato - przerwał Marek. -
Nie mam żadnych długów...
- Więc po co się z nią
żenisz?
- Bo ją kocham...
Matka złapała się za głowę.
„Boże” - szepnęła ze zgrozą. A ojciec dalej wertował fotografie.
- O, tu - rzekł do matki. -
Tu wygląda jak słoneczko... Nie można na nią patrzeć!
I zaśmiał się ze swojego
dowcipu. Matka rzuciła ostro:
- Daj mi spokój, stary! - i
wybiegła do kuchni.
Ojciec oglądał dalej,
komentując.
- Niech mi tata odda te
zdjęcia - zażądał Marek.
Ojciec zdawał się tego nie
słyszeć. Nadal przekładał fotografie na spód i uśmiechał się.
- Niech tata odda zdjęcia -
powtórzył z naciskiem Marek. Podniósł się z krzesła i wyrwał ojcu plik
fotografii. Wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi.
Gdy czekał na windę, słyszał
jak matka krzyczała:
- Trzeba było go zatrzymać!
Ratować!
- Daj spokój, Zośka -
uspokajał ojciec. - Do tego ślubu nie dojdzie.
- Dlaczego? - pytał matka z
nadzieją w głosie.
- A jaka kobieta chciałaby
mieć męża, który, jak nasz syn, nie potrafi prosto wbić gwoździa w ścianę?
Nadjechała winda...
gdy nikt jej się już nie spodziewał
weszła cicho
uchylając drzwi
straszna jak śmierć
moja pierwsza miłość...
Katowice. Trzy dni temu byłem w domu u rodziców. Powiedziałem im, że chcę się
ożenić z Iwonką. Nie spodobało im się.
A przedwczoraj znów byłem w firmie. Pan Burczyk ochrzanił mnie, że
zalegam z pracą i że Kopaczewski robi mu z tego powodu wymówki, a potem, gdy
usiadłem przy swoim stanowisku...
Gdy Marek przystąpił do pracy, Burczyk stał chwilę w tym samym miejscu bez ruchu, potem lekko rozluźnił krawat, a potem chwycił się za serce i syknął z bólu. Marek rozejrzał się. Nikt nie zareagował, wszyscy tak, jak do tej pory, leniwie stukali w klawisze.
- Ratunku - wydusił Burczyk,
osuwając się powoli na krzesło. Jego twarz, blada z natury, pobladła jeszcze.
Marek zerwał się ze swojego
krzesła i podbiegł do kierownika.
- Proszę się nie ruszać -
rzekł. - Ma pan zawał...
Podszedł do najbliżej
siedzącego mężczyzny.
- Niech pan pożyczy komórki
- poprosił. - Pan Burczyk źle się czuje.
- Widzisz, że jestem zajęty
- rzekł tamten opryskliwie, nie odrywając wzroku od monitora.
- Ale pan Burczyk ma...
- Odp...dol się! - krzyknął
tamten.
Znów zapadła cisza. Marek rozglądał
się bezradnie. W pewnym momencie siedzący na krześle Burczyk krzyknął:
- Ja nie chcę umierać!
Jestem jeszcze młody! Ratujcie mnie!
Trzasnęły drzwi. Słychać
było jeszcze, jak Burczyk wołał:
- Nie pozwólcie mi umrzeć!
Ja jeszcze nigdy nie miałem kobiety...!
Marek biegł przez szary,
wąski korytarz w stronę gabinetu dyrektora. Było cicho, tylko echo powielało
jego szybkie kroki, jakby biegł nie sam, lecz w tłumie ludzi. Wpadł do pokoju,
w którym siedziała sekretarka. Przeciąg zatrzasnął drzwi.
- Tu się puka! - upomniała
go kobieta.
- Muszę skorzystać szybko z
telefonu - rzucił Marek zdyszany.
- Musi - to na Rusi -
odparła elokwentnie sekretarka i
dodała: - A w Polsce - jak kto chce!
- Pan Burczyk ma zawał -
tłumaczył pospiesznie Marek. - Trzeba wezwać karetkę.
Sekretarka przesunęła lekko
telefon w jego stronę.
- Trzy złote się należy...
- Niech pani weźmie pięć -
Marek położył na stole monetę. Wykręcił numer i wezwał pogotowie.
Gdy wrócił na salę, na
której pracował, wszystko wydawało się być w porządku. Panowała cisza,
pracownicy uderzali nierytmicznie w klawisze. Wiatraczki szumiały. Zauważył, że
w kącie pod sufitem nieco na prawo od drzwi pająk pracowicie wił sieć.
Na krześle obok drzwi
siedział rozwalony Burczyk i szklistym nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w
przeciwległą ścianę gdzieś w połowie jej wysokości. Nawet nie drgnął, gdy Marek
wszedł...
Pogotowie przyjechało
nadzwyczaj szybko. Lekarz, który wszedł na salę najpierw podrapał się po
łysinie, a następnie pochylił nad Burczykiem i natychmiast stwierdził zgon.
Wtedy do sali weszli dwaj sanitariusze w średnim wieku, rozejrzeli się po sali,
a następnie położyli Burczyka na nosze i znieśli na dół. Za nimi wyszedł lekarz
i zamknął z trzaskiem drzwi - w czym pewnie dopomógł mu przeciąg. Przez moment w
pokoju panowała cisza. Marek siedział na swoim krześle i z lekkim zdziwieniem
stwierdził, że nikt poza nim nie przerwał pracy. Wydawało mu się nawet, że nikt
nie zauważył takiego drobiazgu, jak śmierć Burczyka.
Po chwili do sali wjechał na
swym wózku dyrektor Kopaczewski.
- Zarządzam zebranie
zespołu! - krzyknął. Dopiero wtedy wszyscy oderwali się od swych zajęć.
Niektórzy nawet wstali z krzeseł.
- W związku z tym - zaczął
uroczyście Kopaczewski - że pan Burczyk właśnie zmarł, stoimy przed obowiązkiem
wyboru nowego kierownika projektu. Kto z was pracuje tu najdłużej?
- Ja pracuję dwa lata i
miesiąc - rzekł jeden z mężczyzn.
- Za tydzień będą trzy lata
- przebił go siedzący na trzecim krześle od drzwi.
- Pana godność? - spytał go
dyrektor.
- Załupa - odparł tamten.
- Pan Załupa jest od dziś
kierownikiem projektu trzydzieści sześć be - ogłosił Kopaczewski uroczyście, po
czym mówił dalej. - Trzeba jeszcze się zrzucić na wieniec, żeby nie było, że
firma nie troszczy się o swoich pracowników. Pan, który pracuje dwa lata i
miesiąc, jak pana godność?
- Kołtun. Zygmunt Kołtun...
- Pan Kołtun zbiera
pieniądze na wieniec. Pan - zwrócił się do Marka - pracuje tu najkrócej i
właściwie nie znał pan pana Burczyka, więc na wieniec może się pan nie zrzucać.
- A jednak chcę także się
zrzucić - odparł Marek.
- A więc pan Kołtun zbiera
na wieniec. Następna rzecz...
- Przepraszam pana, panie
dyrektorze - przerwał nieśmiało Kołtun, podnosząc lekko dwa palce do góry, jak
w szkole.
- No?
- A... po ile na ten wieniec?
- Niech pan weźmie cenę
wieńca - wyjaśniał Kopaczewski ze zniecierpliwieniem - i podzieli przez liczbę
osób pracujących w zespole...
- A ile kosztuje wieniec?
- Chryste Panie -
zdenerwował się dyrektor i chwycił obiema rękoma za głowę. - A co to ja jestem?
Przedsiębiorca pogrzebowy? Niech pan pójdzie i się dowie.
- Najtaniej jest w firmie
„Złote niebo” - podpowiedział ktoś z ostatnich rzędów. - Ulica Partaczy sześć
przez osiem...
- Więc to z głowy -
podsumował dyrektor. - Teraz tak. Pan Burczyk nie miał, jak wszyscy wiemy,
żadnej rodziny, z wyjątkiem ojca, z którym mieszkał. Więc ktoś musi się do
niego wybrać, złożyć kondolencje i zaoferować ewentualną pomoc przy
zorganizowaniu pogrzebu...
- Ja mogę iść - zaoferował
się Marek.
- Pan się lepiej weźmie za robotę
- skarcił go dyrektor. - Pan magister Burczyk, znaczy... świętej pamięci,
ciągle się na pana skarżył... Najlepiej, żeby poszła kobieta, bo to tak...
elegancko... Pani godność? - zwrócił się do Doroty.
- Wykluczone -
zaprotestowała Dorota. - Ja mam huk roboty. Nie mam czasu!
- Pani godność? - powtórzył
z naciskiem Kopaczewski.
- Jurkowska.
- Więc tak: jutro pani
Jurkowska się elegancko ubierze w coś czarnego i pójdzie... - zawahał się
chwilę. - A, pan praktykant jak chce, może iść z panią Jurkowską. Nawet to
ładniej będzie wyglądać, para.
Powiedziawszy to, dyrektor
zrobił wózkiem zwrot prawie w miejscu. Przed wyjściem rzekł jeszcze:
- A teraz wszyscy wracają do
pracy!
I już go nie było.
Pracownicy powoli wracali do swoich stanowisk.
- W niebie nasz kolega
Burczyk już jest - rzekł filozoficznie jeden z nich, ten który siedział po
prawej stronie stanowiska Marka. Mężczyzna, który to rzekł, Joachim
Zabierajłło, uderzał w klawisze tak sprawnie, jakby nic się nie wydarzyło, co
całkowicie utrudniało Markowi koncentrację.
- A w niebie... -
kontynuował Kołtun. Tych dwóch miało taki zwyczaj, że gdy jeden skończył mówić,
drugi natychmiast podchwytywał temat.
- W niebie przyjął go sam
Pambóg - podjął Zabierajłło. - I właśnie ochrzaniał świętego Piotra:...
- Do cholery, znowu zalegasz
z terminem! - krzyknął realistycznie Kołtun.
- Ale nie martw się - mówił
dalej Zabierajłło. - Przyszedł tu do ciebie praktykant, młody ambitny, on da
radę. I bierze święty Piotr Burczyka i prowadzi go do sali takiej jak ta. A
tam...
- ...anioły siedzą przy
komputerach i stukają w klawisze. Więc siada i Burczyk. A po kilku latach idę i
ja do nieba. I co? Kto mnie przyjmuje?
- Pambóg? - spytał
Zabierajłło.
- Nie! - zaprotestował
Kołtun. - Sam Pamburczyk, młody, ambitny, to i awansował...
Marek wstał.
- Dokąd pan idzie? - spytał
Załupa, odwracając się połową twarzy od monitora. Ten korpulentny brunet już
zdążył poczuć się kierownikiem projektu.
- Do łazienki. Chyba mi
trochę niedobrze.
Nazajutrz przyszedłem do pracy nie w sweterku, jak zawsze, lecz w
garniturze. Również Dorota ubrała się bardziej elegancko, niż zwykle.
Zakończyliśmy pracę wcześniej, czyli zaledwie o wpół do dziewiętnastej, potem
ona zaprosiła mnie do swojego samochodu i pojechaliśmy jej samochodem pod adres
znany z bazy danych pracowników Dżeneral Softłer Polska.
Jadąc, przyglądałem się tej kobiecie, która była nieuświadomioną
miłością Burczyka. Z początku chciałem jej nawet powiedzieć, ale w końcu
doszedłem do wniosku, że skoro obiecałem milczenie, obietnicy dotrzymać muszę.
Idziemy po schodach do góry. Ona naciska dzwonek. Otwiera nam niewysoki
staruszek - na pewno ojciec. Ona zaczyna, bo tak się umówiliśmy: „Szanowny
panie Burczyk, w imieniu firmy Dżene...”. Ale staruszek przerywa i woła coś jak
„Sio, mucha, sio!”. Więc Dorota znowu, od początku: „ Pragniemy w imieniu firmy
Dżeneral Soft...”. A on znowu „sio, muchy”. Dorota zaczyna po raz trzeci, a
wtedy staruszek naprężył się i splunął siarczyście, ledwie zdążyła uskoczyć. I
wtedy staruszek rzekł: „niech tylko wróci Stefan, on mnie zawsze słucha i mi
nie przerywa.” Wtedy ona rzekła: „Stefan nie żyje”. I na te słowa staruszek
rozpłakał się jak dziecko! Miał kompletną demencję. Co robić? Mam pomysł -
zadzwonić po Opiekę Społeczną. Dorota ma na pewno komórkę. Mówi mi, będzie kosztowało.
Ile? Dwanaście złotych. Daję jej piętnaście, dzwonię. Czekamy na ich przyjazd.
Są wreszcie. Dwóch facetów. Jeden pyta, który to? Dorota pokazuje ręką starego
Burczyka, więc oni wkładają go w kaftan i sprowadzają po schodach na dół (już
wiem, dlaczego Burczyk mimo nawału pracy wolał sam zająć się ojcem). My
schodzimy na dół także. No masz, ktoś wyrył na samochodzie Doroty gwoździem
napis „Dupa”. Ona nie pocieszona. Pyta mnie, czy wrócę sam do akademika, bo ona
musi czym prędzej do lakiernika, bo „widzi pan, co mi zrobili”. Nie ma sprawy,
idę pieszo.
Następnego dnia znów jestem w firmie.
- Na wieniec, należy się... Zaraz, tu mam... - niewysoki okularnik, Zygmunt Kołtun pokazał Markowi jakiś karteluszek. Marek sięgnął do kieszeni i wyjął kilka drobnych. Tymczasem do Kołtuna podszedł Zabierajłło.
- Masz tu ode mnie - rzekł.
- Tylko zapisz, bo nie będę dwa razy płacił na twój zapluty wieniec!
- Nie mój, tylko Burczyka,
świętej pamięci - sprostował Kołtun.
- Pamiętasz, jak się
nazywam? - spytał drugi.
- Joachim Zabieralski.
- Zabierajłło - poprawił
wpłacający. - Dwa eł. Mój dziadek pochodził z Wileńszczyzny.
Znowu usiedli do swoich
stanowisk. Pracowali w milczeniu. Markowi szło ciężko, nie mógł napisać nawet
kilku linijek kodu. Siedzący obok Zabierajłło pisał natomiast z dużym
zaangażowaniem i pewnie.
- Ciekawe, jak tam nasz praktykant się czuje? - spytał nagle. Ale,
ponieważ nikt mu nie odpowiedział, mówił dalej, nie przerywając pisania: - Bo
gdy ja tu przyszedłem rok temu jako praktykant, czułem się trochę jak w
powieści Kafki...
- Czyjej? -spytał mężczyzna
w drugim rzędzie.
- Nie słyszałeś o Franzu
Kafce? - zdziwił się Kołtun.
- Tomuś Dziakicz nie ma
matury - wyjaśnił radośnie Zabierajłło.
- Nieprawda - zaprotestował
infantylnie Dziakicz. -Mam.
- Tak? A gdzie kupiłeś?
- Chodziłem do liceum, do
klasy o profilu...
- Haszyszowo-alkoholowym -
dokończył Zabierajłło i poprawił się na krześle. - Wyleciałeś w trzeciej
klasie. A potem poszedłeś do policealnego studium informatyki i ekonometrii...
- ...bez uprawnień szkoły
publicznej - uzupełnił Kołtun, jak to miał w zwyczaju.
- I twój fart - kontynuował
Zabierajłło. - Bo akurat wojna z Kirgizją się zaczęła. Pojechałbyś, jak amen w
pacierzu, jako, dajmy na to, saper. Idziesz sobie po kirgiskiej pustyni i
widzisz - co?
- Bombę! - zawołał Kołtun.
- Podchodzisz bliżej, i
wtedy...
- Bach! Babach! - krzyknął
ze swego stanowiska Kołtun, odchylając się gwałtownie od swojego komputera,
jakby rzeczywiście targnęła nim potężna eksplozja. - Bababach!!
- ...i idziesz w podskokach
do nieba. A tam...
- ...archanioł Burczyk czeka!
- Zamknijcie japy! -
krzyknął nowy kierownik projektu. - I skończcie te teologiczne dyskusje, a
weźcie się do roboty, cholera! Musimy nadrobić zaległości.
- A panu Załupie chyba zależy
na tym, żeby były zaległości - rzekł chytrze Zabierajłło - bo wtedy pan Załupa
osobiście się pofatyguje do pani Kopaczewskiej...
- Zamknij się - przerwał
Załupa, wstając.
- A co? Wszyscy wiedzą, że z
nią sypiasz.
- A ty nie? - spytał
ironicznie Załupa.
- O, przepraszam! Tylko raz.
Znaczy, dwa razy, ale ten drugi był nieudany, więc się nie liczy...
Załupa oparł się ręką o
pulpit.
- Ale raz, to każdy
pracownik, wcześniej czy później...
- A pan praktykant dokąd -
spytał Załupa widząc, że Marek kieruje się do wyjścia. Chłopak jednak nie
zatrzymał się. Wiedział, że więcej progu tej sali nie przekroczy...
- Witam pana – rzekł,
pochylając lekko głowę. Dłuższe włosy opadły mu na ramiona i częściowo
przesłoniły twarz.
Znajdował się teraz w
niezbyt obszernej, raczej niskiej
drewnianej izbie. Sufit wsparty był na wielkich, krzywych krokwiach,
które dodatkowo jeszcze obniżały izbę, zarówno optycznie, jak i fizycznie –
tak, że przybysz musiał uważać, aby przechodząc pod krokwiami nie nabić sobie
guza. Poza tym w izbie zwracały uwagę małe, nieszczelne i nieproporcjonalnie
nisko umieszczone na ścianach okna, wpuszczające nieco światła do mrocznego
raczej pomieszczenia, oraz niski stół, przy którym siedział, trzymając kolana
prawie pod samą brodą, gospodarz.
- Dzień dobry – rzekł stary
góral, przełykając w pośpiechu ostatni kęs kanapki z boczkiem. Ubrany był w
gruby, wełniany lecz trochę podarty sweter i dżinsowe spodnie.
- Nie wiem, czy pan Walenty
uprzedził pana, że przyjdę...? – zaczął niepewnie gość.
- Pan architekt? – upewnił
się góral. Wyjął z kieszeni brudną chustkę i dwa razy głośno wytarł nos, po
czym wyprostował lewą nogę, aby łatwiej było mu schować chustkę z powrotem.
- Emilian Wydynin, architekt
urbanista – przedstawił się młodszy mężczyzna, wyciągając rękę.
- Czesław Zbuk – odparł
góral i uścisnął jego rękę. – Sołtys Rycerki Górnej.
Emilian potrząsnął mocno
jego rękę, po czym wytarł swoją w spodnie i spytał:
- Pan wie, w jakim celu
przychodzę?
- Waluś coś mówił – odparł
sołtys i wytarł rękawem nos.
- No, właśnie – kontynuował
architekt. – Czy chce pan zobaczyć plany?
- Chętnie, chętnie – bąknął
sołtys. – A może wódeczki?
- Nie mogę – pokręcił głową
Wydynin. – Są przeciwwskazania... natury medycznej – dodał i uśmiechnął się.
- Ale ja mogę? – upewnił się
Czesław, wyjmując z szafy na ścianie flaszkę. Emilian układał na niedużym,
brudnym stole duże płachty.
- Tu, widzi pan – objaśniał
– mam plan zagospodarowania zachodniej części Worka Raczańskiego... Po
wykupieniu od Parku, ma się rozumieć...
- A tu? Co? – dociekał
sołtys, pokazując paluchem cos na mapie, po czym pociągnął z butelki głębszy
łyk.
- No właśnie. To będzie
terminal główny międzynarodowego lotniska Zwardoń-Cadca. A tędy pójdzie
autostrada i dalej tak... o, tu mam dalszy ciąg – mówił, kładąc na stole drugą
płachtę papieru. – I tędy do dotychczasowej drogi... o, tu! A tu – rzekł,
wyjmując z tuby kolejny papier – mam kosztorys. Znaczy się, napisane jest, ilu
mieszkańców gminy znajdzie zatrudnienie przy inwestycjach...
- Na tym się nie znam –
rzekł niechętnie sołtys i znowu popił z butelki.
- To jak? – spytał Emilian,
odsuwając się od stołu. – Podoba się panu mój plan zagospodarowania
przestrzeni.
- Rewelacja – odparł Czesław
z niekłamanym zachwytem.
- Pomoże mi pan przekonać
ludzi?
- Pewnie, że tak...
- Panie sołtysie – rzekł
uroczyście Wydynin. – Właśnie przeszedł pan do historii urbanistyki!
tyle przyszłych chwil obiecująca
lecz nie ujrzałem Twej twarzy
szłaś cicho i zniknęłaś
we mgle jak znikają marzenia
w kłębach dymu pasterskich ognisk
odleciałaś odbiegłaś
Miasto rozrastało się. Z roku na rok coraz większą powierzchnię
zajmował szary, betonowo-asfaltowy potwór, coraz więcej przestrzeni życiowej
musiał mieć. Nadeszła potrzeba przesunięcia lotniska dalej od centrum, żeby nie
krępować tego rozwoju, rozrostu może raczej. Z tą misją ruszył do Rycerki
Dolnej Emilian Wydynin, architekt urbanista.
Wydynin, jak zresztą i świętej pamięci Burczyk, był profesjonalistą. W
związku z tym na rozmowę z lokalnymi władzami zjawił się już z gotowymi
projektami. Przedstawił plan budowy lotniska i infrastruktury, biznesplany,
perspektywy zatrudnienia dla miejscowej ludności, która do tej pory żył głównie
z przemytu.
- Tu powstaną szosy - mówił - a przy szosach punkty obsługi, bary, parkingi, hotele i motele. Niesłychane perspektywy dla tego zadupia! - kończył zataczając ręką w powietrzu krąg wokół widocznego stąd doskonale masywu Wielkiej Raczy.
Emilian Wydynin był
człowiekiem całkiem młodym, nie miał jeszcze ukończonych trzydziestu lat. Znał
się na socjotechnice, więc bez problemu przeciągnął na swoją stronę sołtysa
Rycerki. Sołtys pomógł mu nawet zorganizować zebranie, na którym Emilian z
niebywałą wprawą przekonywał niezdecydowanych. Mówił zdecydowanym donośnym
głosem o pożytkach płynących z nowych inwestycji, przytaczał wyniki wielu
analiz i ekspertyz. Dyskutował i wyjaśniał.
No i przekonał.
W połowie listopada
buldożery ruszyły w doliny wcinające się w masyw Wielkiej Raczy. W ciszę górską
wkradł się ich monotonny, niezbyt jeszcze głośny, ale natarczywy warkot.
Marek czekał w wyznaczonym
miejscu, jak co tydzień. Co jakiś czas nerwowo spoglądał na zegarek, to znowu
patrzył z niepokojem na pobliską drogę ze Zwardonia na Rachowiec, która,
niegdyś piękna i cicha trasa, zamieniła się w gigantyczny plac budowy. Tego
dnia jednak ochłodziło się bardzo i co jakiś czas padała marznąca mżawka, praca
więc ustała i okolica straszyła jedynie gliniastymi dołami, jakby wywalonymi na
wierzch bebechami oraz rozstawiona maszynerią. Pomiędzy tymi koparkami,
ciągnikami tylko od czasu do czasu przechadzali się robotnicy w hełmach i
ciepłych wełnianych kamizelkach, paląc papierosy i chuchając w ręce. Dwóch z
nich, niezbyt pracowicie zresztą, usiłowało wykopać wzdłuż drogi w zmarzniętej
ziemi jakiś dół czy rów - jakby nie dosyć jeszcze poszarpali i poranili tę
urokliwą niegdyś górską łąkę. W pewnej chwili dojrzał wśród nich człowieka,
który na pewno nie był robotnikiem - niski, łysawy w brązowej skórzanej kurtce.
Rozglądał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie do konkretnego człowieka,
lecz ogólnie. Otworzył nawet usta, lecz nie rzekł nic, tylko odkaszlnął głośno,
trzymając się za chudą pierś i odszedł niespiesznie. Chłopak patrzył, jak
powoli rozpływa się w nadciągającej mgle. „To bóg” - pomyślał - „Znudził mu się
ten świat...” Marek przyglądał się tym dołom wypełnionym mętną wodą i tym
maszynom, szczerzącym zęby w stronę nie przeoranej jeszcze łąki i zastanawiał
się, czy to nie tak właśnie będzie wyglądał koniec świata. I być może w związku
z tym Iwonka dziś w ogóle nie przyjdzie.
Przyszła jednak - już z
daleka poznał jej szczupłą sylwetkę.
- To już jeden z ostatnich
razów - rzekł Marek - kiedy tu jesteśmy. Czasem mam wrażenie, że to świat się
kończy...
- Ucieknijmy - zaproponowała
Iwonka. - Ucieknijmy od świata!
Minęli zatem schronisko na
Wielkiej Raczy i szli dalej. Wędrowali przez las granicznym szlakiem czerwonym
w stronę Przegibka. Mglisty ranek stopniowo przechodził w pochmurne południe i
popołudnie. Mgły podniosły się i widoczność lekko się poprawiła. Zaczął nawet
padać marznący deszcz. Na trawach osadzały się fantastyczne lodowe kandelabry,
jakie tylko w górach i tylko późną jesienią można spotkać. Z daleka wyglądają,
jak zwykła rosa, wystarczy jednak dotknąć ręką, aby przekonać się, że są to
kryształki lodu, fantastycznie ukształtowane przez wiatr i lekki mróz.
Szli przez dłuższy czas w
milczeniu graniczną ścieżką, w niektórych miejscach pokrytą zamarzającym
błotem. Chronili twarze przed lodowatym wiatrem i chłodnym deszczem. W końcu
dotarli do drewnianego schronu przeciwdeszczowego i postanowili tam zjeść
posiłek.
Iwonka pokroiła chleb i
zaczęła obkładać go konserwą. I wtedy do schronu wszedł ktoś trzeci, młody
mężczyzna z trochę dłuższymi włosami. Oboje zauważyli, że nie miał plecaka, co
ich trochę zdziwiło.
- Mogę tu chwilę zostać? -
spytał.
- Jasne - odparł Marek.
Mężczyzna siedział cicho,
nic nie mówiąc, odwrócony tyłem do Marka i Iwonki. Ubrany był w dżinsowe
spodnie, sweter i kurtkę ortalionową. Temperatura powietrza obniżyła się
zauważalnie w ciągu ostatnich trzech godzin. W oddali wciąż można było wyłowić
uchem warkot maszyn tnących las i zrównujących z ziemia wszystko, co spotkały
na swojej drodze.
- Niszczą nam Beskidy -
rzekła filozoficznie Iwonka. Nieznajomy, nie usłyszawszy zapewne nutki smutku w
jej głosie, rzekł z dumą:
- Wielka inwestycja. I to
mój projekt!
Marek zerwał się, jak
oparzony.
- To ty to zaplanowałeś?
- Ja, Emilian Wydynin,
architekt urbanista.
Marek przez moment stał w miejscu, przyglądając
się przybyszowi. Potem szybko uderzył go w twarz, ale widocznie niezbyt mocno,
skoro Wydynin szybko się otrząsnął. Chwycił Marka za sweter i wyrzucił ze
schronu na mokrą ziemię. Marznący deszcz przeszedł już w mokry śnieg, który
zdołał delikatnie pobielić świerki i zeschłe trawy.
- Ty gnoju! - krzyknął
Wydynin, pochylając się nad Markiem. - Jak śmiałeś?!
Uderzył go jeszcze raz.
Marek spojrzał do góry na twarz architekta. I nagle zauważył, jak oczy wyszły
mu z oczodołów, zaczął z trudem łapać powietrze, naprężył się i upadł. Marek
otrzepał się i przewrócił Emiliana na brzuch. Miał w plecach nóż, ten sam,
którym Iwonka przed chwilą pokroiła chleb.
Iwonkę zauważył w wejściu
schronu. Gdy zobaczyła, co się stało, schowała twarz w dłonie i zapłakała.
- Nie chciałam go zabić -
szlochała - a jedynie nastraszyć... To tak wyszło...
Przytulił ją mocno do
siebie, ścierał rękawem jej łzy z twarzy. Na jej włosach niemal natychmiast
pojawiły się płatki śniegu, od razu topniejące, zostawiały jedynie wilgotne
ślady.
- Nie płacz już - uspokajał.
- On nie jest... nie był wart łez takiej kobiety, jak ty...
- Ja wiem, tylko... to takie
straszne... Bo ja - mówiła chaotycznie - jak trudno jest człowiekowi powiedzieć
coś miłego... a jak łatwo... zabić...
- Nie płacz już - mówił
cicho Marek. - Pomóż mi go zanieść w zarośla. Uciekniemy, nie złapią nas.
- A jak pogranicznicy znajdą
ciało? - spytała Iwonka, ocierając delikatnie łzy rękawem bluzy, wyjętym spod
kurtki.
- Pierwsze znajdą je
wilki...
Wzięli się do roboty. Marek
wziął nieboszczyka pod ramiona, Iwonka za nogi. Mimo, że był bardzo szczupły,
ciążył im strasznie tak, ze co chwilę musieli przystawać. Zanieśli go, z
wyraźnym trudem, do lasu i oparli o drzewo. Marek próbował wygrzebać w
zmarzniętej ziemi chociaż płytką jamę, a Wydynin zdawał się patrzeć na jego
wysiłki swym przeszklonym wzrokiem z lekką drwiną, gdyż zastygły grymas na jego
twarzy przypominał ironiczny uśmiech. W końcu ułożyli go płasko na ziemi i
przykryli gałęźmi.
Ruszyli dalej.
- Znajdą nas - rzekł Marek. Padał
śnieg dużymi płatkami, świerki miały już całkiem duże białe czapy. Kilka
płatków osiadło na włosach Iwonki. Ścierała je dłonią. - Znajdą nas, osądzą i
skażą na śmierć... – poczym dodał: - A
boga akurat teraz bolą płuca.
- Nie znajdą ciała... -
odparła pewnie.
- W końcu znajdą. -
stwierdził filozoficznie Marek.
- Pierwsze znajdą je wilki.
- zaprzeczyła Iwonka.
- Wilki nie zjedzą go w
całości. Zostaną odciski... - westchnął.
Szli chwilę w milczeniu.
- Marek? - spytała
niepewnie.
- Tak, najdroższa?
- Miałeś już kiedyś...
kobietę?
- Nie, jeszcze nie...
- Więc ja będę twoja
pierwszą?
- Uhm...
Zrobiło się całkiem ciemno.
Zatrzymali się, aby rozpalić ognisko. Marek nazbierał trochę świerkowych
gałęzi, ułożył z nich niewielki stos i podpalił zapałką. Po chwili w półmroku
widział lekko podświetloną twarz Iwony. Płomienie oświetlały - czasem mocniej,
czasem słabiej, a czasem prawie w ogóle - jej drobną twarz.
- A może po tym...
wszystkim... zamarzniemy? - rzekła cicho.
Nie odpowiedział. Dołożył
trochę gałęzi. W niebo poleciał snop iskier, świeże igły skręcały się
konwulsyjnie. Co jakiś czas wystrzeliła mocno zamknięta szyszka. Duże płatki
śniegu spadały powoli na ziemię. Niektóre topniały nad ogniem, jakby
rozpływając się w cichej przestrzeni. W powietrzu znów panowała cisza, słodka
beskidzka cisza. Marek przyjrzał się uważnie pochylonej sylwetce Iwonki.
Podszedł do niej bliżej, objął ramieniem...
Powietrze kłuło w płuca od
mrozu.
(Ostatnie słowo Marka
Gudora). Wysoki Sądzie! Panie
prokuratorze i panie adwokacie! Szanowni państwo! Cóż mogę powiedzieć w
ostatnim słowie? Oczekujecie, iż powiem, że jestem niewinny. Nie powiem tego,
bo wszyscy państwo wiecie, że to nieprawda. Pan prokurator udowodnił ponad
wszelką wątpliwość, że uczestniczyłem w... tym, i nie ma co udawać, że jest
inaczej. Moralnej oceny tego, co zrobiłem, nie jest w stanie nikt dokonać.
Mógłby to zrobić bóg, ale jego bolą płuca i nogi, nie będzie się zajmował
takimi drobiazgami. Sam mi powiedział, gdy ostatnio go widziałem. Bóg już nic
więcej nie zrobi.
Zaraz przyjdzie jeden smutny facet, posadzi mnie na krześle i włączy
prąd. I tyle zostanie z cudu życia. Wysoki sądzie! Dla mnie cały ten proces, a
także ta egzekucja... Szanowni państwo! Wydajecie mi się teraz podobni do
owadów pożerających zdechłą ryjówkę. Tyle tylko, że wy mówicie: „w imię
sprawiedliwości” i „dla dobra społeczeństwa”. A owady takich bzdur nie
opowiadają. Dziękuję!
(Epilog subiektywny Stefana Burczyka). Może to można było zakończyć inaczej. Może Marek i Iwonka powinni iść
dalej, przejść na słowacką stronę. Może powinni żyć jeszcze długo, górskim
powietrzem i swoją miłością, nie niepokojeni przez świat. Może pan Wydynin nie
powinien zginąć od noża kuchennego rzuconego przez Iwonkę – lecz w jakiś inny
sposób. Może w wypadku. Może jego projekt nie powinien nigdy zostać dokończony.
Może powinien zostać przerwany, a góry ocalone, dla przyszłych pokoleń, nowych
ludzi, nowych Marków Gudorów, żyjących za dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt,
sto lat, bez skutku szukających miejsca
dla siebie na tym bezsensownym świecie. Może Marek i Iwonka powinni żyć
jeszcze długo, gdzieś nie wiadomo gdzie, jak pustelnicy. A może przeciwnie –
powinni zamarznąć tej nocy.
Może ja nie musiałem umierać na zawał serca. Może i musiałem, ale nie w
jednej z sal komputerowych firmy Dżeneral Softłer, której nie cierpiałem od
momentu, gdy znalazłem w niej zatrudnienie...
Może...
Ale dajcie mi już spokój. Gdybym wiedział, jak ta historia ma się
zakończyć, zostałbym pisarzem i sam zakończył ją właściwie. Ale nie wiem – i
dlatego jestem, byłem tylko informatykiem, kierownikiem projektu trzydzieści
sześć be przez dwa tysiące dwadzieścia pięć w firmie Dżeneral Softłer Polska.
Świt. Słońce jeszcze nie wyszło zza gór, ale już rzuciło pierwsze swoje promienie na wschodnie niebo. Wschodnie niebo, zabarwione nieśmiałym, lekko żółtawym karminem, stopniowo wypierało spóźnioną noc. Ranek nie był taki mglisty, jak wczoraj. Czapy na świerkach zmalały trochę, śnieg stopniał. Tu i ówdzie z gałęzi zwisały sople i skapywały na ziemię, tworząc w leżącym śniegu małe, ale głębokie dziurki. Było całkiem bezwietrznie i cicho.
Marek obudził się i wsparł
na łokciu. Iwona leżała obok i lekko, powoli oddychała. Przyglądał się jej jakiś
czas, jak leżała na zaimprowizowanej z ciuchów poduszce. Pomyślał, że być może
ostatni raz ją widzi. Poczuł nagle dziwny, nieuświadomiony do tej pory strach.
Wydarzenia wczorajszego dnia jeszcze przed chwilą zdawały mu się tylko
koszmarnym snem. Teraz, gdy uzmysłowił sobie w całej rozciągłości, co się
stało, doznał właśnie takiego lęku. Delikatnie pozgarniał jej włosy, które
rozsypały się na ziemię. „Więc nie zamarzliśmy” - pomyślał. Podniósł się i
ubrał, a potem cicho, jak najciszej oddalił od rozżarzonych i lekko dymiących
węglików, od Iwonki.
Gdy wyszedł z lasu, słońce
już było widoczne i podświetlało masywy Pilska i Babiej Góry. Marek biegł na
skróty, przez mokry śnieg leżący na polach. Biegł lekko w dół. Było cicho,
nawet wiatr nie wiał.
Nagle ktoś na niego zawołał.
Marek odwrócił się i zobaczył za sobą idącego powoli znajomego pogranicznika.
Stąpał powoli skrajem ścieżki, nie śpiesząc się. W pierwszej chwili chciał
uciec, ale w końcu zawahał się i stanął w miejscu. Żołnierz podszedł.
- Ale mróz - zagadnął. - Wie
pan, co ja dziś znalazłem? W lesie?
- Nie - rzekł cicho Marek. -
Nie wiem - dodał i już wiedział, że tym samym wydał się ostatecznie.
- Ale mróz - rzekł znowu
żołnierz. - A może ma pan ogień? - spytał, wyjmując z kieszeni papierosa i
wkładając do ust.
- Uhm - odparł Marek i wyjął
pudełko zapałek.
Słońce było już wyżej, ale
mróz nadal szczypał w odsłonięte części ciała. Zerwał się lekki wiatr.
Żołnierz zaciągnął się
głęboko i wypuścił w powietrze obłok siwego dymu.
JMG, wrzesień 2002r.
luty 2003r.