Szedłem strumieniami, jarzębinami...

 

Motto:

„Życie jest jeszcze gorsze i jeszcze

bardziej paskudne od wszystkiego,

co można  na ten temat powiedzieć.”

M. Hłasko

 

Nie wiem, jak wy, ale ja, gdy tylko mam wolna chwilę, wsiadam w pociąg osobowy relacji Katowice-Zwardoń, i w półtorej godziny później już jestem w innym świecie. W górach. W mieście żyje się podle i źle. W górach - co innego. Tu powietrze ma inny smak, a życie - ma sens. I czasem, wędrując przez samotne góry wśród mgły lub mżawki, zdarza mi się zapomnieć o całym moim życiu - tak jakby nic nie istniało, poza tą mgłą, mną i drogą, po której wędruję.

Powinienem się może przedstawić. Nazywam się Marek Gudor i jestem studentem informatyki na Katowickiej Akademii Technicznej. Właściwie, to pochodzę z Warszawy, ale z tamtym miastem nic mnie nie łączy. Bo ja chcę być jak najbliżej gór.

 

Niebo było szare i bez wyrazu. Marek siedział na schodach do akademika i patrzył w ziemię. Wokół słychać było jedynie monotonny szum samochodów i kłótnię studentów mieszkających na pierwszym piętrze. Okno mieli otwarte na całą szerokość, dlatego do siedzącego docierały ich wszystkie słowa.

- Ty pierdoło! - krzyczał jeden niskim basem. -Ty niedorajdo! Musiałeś to tu rozlać?!

- No, k...wa, mówiłem ci już, nie zrobiłem tego celowo - bronił się drugi. - Odp...dol się wreszcie ode mnie!

- Zamknij mordę! Lepiej powiedz mi, jak ja tę książkę do biblioteki dzisiaj zaniosę? Nie dość, że mokra, jak gnój, to jeszcze śmierdzi browarem!

- To ją oddaj pojutrze!

- Pojutrze, to k...wa będzie po futrze! Mam dzisiaj termin! Jak mi każą zwracać kasę, to będziesz mi winien!

- O, takiego! - zdenerwował się drugi. - A teraz, daj mi się, do k...wy nędzy, wyspać! Mam cholernego kaca, jutro egzamin z mechaniki, a ja jeszcze nic nie umiem!

Gdy Marek, chcąc czy też nie chcąc, przysłuchiwał się kłótni studentów z pierwszego piętra, podszedł do niego wysoki chudzielec w okularach.

- Się ma - rzekł ponuro i wyciągnął przed siebie dłoń. Marek ją uścisnął. - Już w Katowicach?

- Jutro jadę do Zwardonia - wyjaśnił Marek. - A ty co? Poprawkę masz?

- Niee, kurzy dziób, ja tylko rozmawiałem z dziekanem w sprawie tej praktyki, wiesz...

- I co?

- Powiedział mi, że na egzaminie u niego będę biedny...

Chudzielec rozejrzał się parę razy dookoła, otworzył parę razy usta, jakby chciał coś powiedzieć, po czym wszedł energicznie schodami na górę i zniknął za przeszklonymi drzwiami. Drzwi te jeszcze kilka chwil po jego zniknięciu powoli się domykały, jęcząc żałośnie nienaoliwionymi zawiasami.

Wrzesień się kończył, wolnym krokiem zbliżał się październik. Na szarym niebie (dlaczego szarym? Przecież we wszystkich książeczkach dla dzieci niebo wydaje się niebieskie) powoli kołowało stadko gołębi. Odwracały się w stronę patrzącego, raz spodem, raz wierzchem skrzydeł, to znów wzbijały się w powietrze, wysoko, wysoko. W końcu znikły całkiem z oczu Marka. Drzwi do akademika także przestały skrzypiec i przez jakiś czas wydawało się, że wszelkie życie w okolicy zamarło. „Ciekawe” – pomyślał Marek – „Ciekawe, jak będzie wyglądał koniec świata? Może właśnie jakoś w ten sposób... Po prostu wszystko ucichnie i nic nie zostanie... A może tak właśnie wygląda piekło? To bardzo śmiesznie, wyobrażać sobie , że w piekle jest gorąco, stoją kotły ze smołą, a wokół podskakują diabły z rogami i podrzucają do ognia. Po co diabłom rogi? I dlaczego w piekle ma być gorąco, a nie, na przykład, lodowato zimno. Gdybym był wierzący, na pewno wyobrażałbym sobie piekło jako miejsce ot, takie jak to teraz: ani zimne, ani ciepłe, wilgotne, ani suche. Takie nijakie, bez sensu, bez nadziei...” Jego rozmyślania przerwał dopiero odgłos włączonego gdzieś na trzecim piętrze radia. „Minęła dwunasta, podajemy najważniejsze wiadomości. Jak nieoficjalnie dowiedziało się Radio Minus, prezydent rzeczypospolitej podpisał dziś rano szczegółowy plan udziału niektórych polskich jednostek w wojnie o obalenie...” – popłynęły wysoko pod niebo słowa spikera. Markowi wydawało się przez moment, że widzi je, jak lecą i znikają, w ślad za zdziczałymi gołębiami...

Wieczorem siedzieli znowu we dwóch przy stole i jedli swoją skromną kolację. Pod ścianą, na swoim łóżku, leżał ich trzeci współlokator i głośno chrapał.

Janusz, wysoki i chudy chłopak, którego Marek rano spotkał przed wejściem do akademika, posmarował chleb pasztetem i opowiadał coś z wielkim zaangażowaniem, co ledwo docierało do świadomości Marka.

- Otóż cały problem, który stoi na przeszkodzie konstruowaniu bramek spintronicznych na masową skalę… - mówił, po czym przerwał na chwilę i uniósł ze stołu rozpoczętą puszkę z pasztetem – „Pasztet z jelenia” – odczytał głośno z etykiety i odstawił puszkę. – Od kiedy to się, kurzy dziób, nazywa jeleń? To grube, różowe, co biega po podwórku i pokwikuje? To teraz tak wyglądają jelenie? – dziwił się z wyraźną nutą ironii w głosie. – Widać człowiek uczy się całe życie, kurzy dziób… Ale, na czym skończyłem…?

Tu zamyślił się na moment, ale w chwilę później podjął zgubiony wątek:

- A więc największym problemem jest produkcja odpowiednich materiałów. A nie są to byle jakie materiały! Na przykład mój znajomy profesor z uniwersytetu w Djuserdolfie uważa, że najlepsze wyniki, prawie stuprocentową selektywność dają pewne ceramiki na bazie europu. Wyobrażasz sobie, kurzy dziób! Europ! Ziemia rzadka! – krzyknął z tak ogromnym zaangażowaniem, że siedzący naprzeciwko Marek aż podskoczył.

- Jeśli to ciebie nie interesuje – rzekł – to wystarczy, że mi powiesz. Mogę ci o tym nie opowiadać…

- Nie, mów, mów – odparł obojętnie Marek. Ale zanim jego rozmówca znowu podjął wątek, ktoś zapukał do drzwi, a po chwili, nie czekając na zaproszenie, do ciasnego pokoiku wszedł, czy może raczej wtoczył się, niski i gruby  chłopak, krótko ostrzyżony, z jakąś kartką w ręku.

- Cześć – rzekł przybyły. – Zbieramy tu podpisy studentów pod protestem przeciwko udziałowi naszego kraju w wojnie z Kirgizją.

- Już podpisuję! – krzyknął z werwą Janusz. Odłożył kanapkę na stół i sięgnął do swojego nocnego stolika po długopis.

- A ty? – spytał gruby Marka.

- Mi to obojętne – mruknął niechętnie zagadnięty.

- Chyba nie popierasz bandyckiej polityki pięści – zdziwił się Janusz.

- Nie, mi jest wszystko jedno...

- Jak to – wszystko jedno?! – zdziwił się grubas. – Wszystko jedno – to jest człowiekowi, jak nie żyje... A ty przecież żyjesz!

- Ale co to za życie – odparł filozoficznie Marek.

Grubas wyszedł. W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko od czasu do czasu chrapaniem trzeciego lokatora pokoju.

 

Czasami, gdy nadejdzie jesień, ciepła choć deszczowa, a ja, gdy idę pustą ścieżką wśród lekkiej mżawki, wśród wałęsających się po górach mgieł, zdarza mi się przystanąć, spojrzeć w niebo lub na pobliską, lecz ledwie widoczną ścianę lasu. Zatrzymać się po prostu. Wziąć głęboki oddech i wciągnąć beskidzkie powietrze, tylko tu powietrze ma zapach, swój własny, z niczym nieporównywalny zapach...

W mieście jest podle i źle. Rzuciłbym to wszystko, te miejskie sprawy i poszedł przed siebie w góry - ale nie potrafię. Wiem, że nie można żyć w oderwaniu od świata, zwanego cywilizowanym, gdyż on nie da nam nigdy spokoju.

Mieszkam w akademiku z dwoma innymi studentami. Janusz, elektronik, wysoki i chudy, w okularach, zwany Kurzy Dziób, to człowiek nieszczęśliwy. On wierzy w spintronikę. Ze wszystkimi się w związku z tym kłóci - bo on chce się specjalizować w spintronice, jeździć na konferencje, sprowadzać naukowe opracowania. A władze wydziału chcą mieć święty spokój. Natomiast członkowie koła naukowego, z którymi Janusz chciał nawiązać współpracę, nie chcą niczego.

Drugi, Tomek, też elektronik, nie jest maniakiem. On wierzy tylko w wódkę. I w ogóle rzadko bywa trzeźwy.

Rodziców nie widziałem już od wielu, wielu miesięcy. Ojciec ma do mnie żal, że zamiast studiować w Warszawie i mieszkać u niego - wyemigrowałem. Tłumaczyłem mu wprawdzie, co zadecydowało o moim wyborze - ale chyba nie zrozumiał. Powiedział, że jak porządnie zgłodnieję - na pewno wrócę do niego, i jeszcze będę prosił, żeby mnie przyjął z powrotem. A on się będzie wtedy zastanawiał. Ale ja do Warszawy nie wrócę. A zgłodnieć - nie zgłodnieję. Znajdę sobie pracę, będę zarabiał. Będę samowystarczalny i wolny!

W zeszłym tygodniu trafiła się okazja - firma Dżeneral Softłer Polska ogłosiła konkurs na płatną praktykę. Wystartuję - może się uda...

 

Marek szedł powoli wąskim i ciemnym korytarzem. Gdy doszedł do końca, zapukał do drzwi. Jakiś głos kobiecy z drugiej strony odpowiedział mu „Proszę” i Marek wszedł. Był teraz w małym pomieszczeniu, jaśniejszym niż korytarz, ponieważ znajdowało się w nim, niezbyt duże wprawdzie, okienko. Po prawej stronie od drzwi, którymi wszedł Marek, siedziała przy biurku niemłoda już kobieta - ta, która poprosiła go do środka - a na wprost znajdowały się drugie drzwi.

- Pan Butor? - upewniła się kobieta.

- Gudor - poprawił Marek.

- Ale w każdym razie - praktykant? - podsumowała sekretarka.

- Uhm...

- Szef pana oczekuje - rzekła, wskazując drzwi naprzeciwko tych którymi wszedł Marek. Chłopak delikatnie nacisnął klamkę i już po chwili znalazł się w pomieszczeniu znacznie większym od poprzedniego, choć ustawienie mebli sprawiało, że na pierwszy rzut oka nie wydawał się wcale taki duży. Na wprost drzwi znajdowało się natomiast duże okno. Przez okno to Marek zobaczył szare niebo, po którym przesuwały się małe, lekko poszarpane i także szare chmurki. Pod niebem tym wolno oddychało miasto: bloki mieszkalne, srebrne wieżowce, małe, prostokątne budynki szkół, wstęgi szos koloru ziemistogranatowego, dalej rzeka, która stąd wydawała się na pierwszy rzut oka po prostu szerszą szosą - ze względu na swój kolor, za rzeką jakaś fabryka z dwoma leniwie dymiącymi kominami (co to za zakład? ), potem domy coraz rzadsze, wreszcie monotonne pola, koloru ani żółtego, ani zielonego, może raczej khaki, i na horyzoncie lekko sfałdowane przedgórze Beskidu Małego.

Marek oglądał to wszystko, stojąc cały czas przy drzwiach, gdy nagle z zamyślenia wyrwał go głos dobiegający gdzieś z dołu, jakby spod ziemi:

- I co się pan tak gapi? Inwalidy pan nie widział?!

Autorem tych słów był siedzący przy stole mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, ubrany w jasny, piaskowy garnitur. Gdy Marek wszedł do gabinetu, myślał, ze mężczyzna ten siedzi przy stole na krześle, teraz jednak zauważył wcześniej niewidoczne koła wózka inwalidzkiego.

- Ja patrzyłem na widok z okna - Marek zaczął się nieskładnie tłumaczyć. - Ma pan niezwykły widok...

- Dobra, dobra - przerwał mu mężczyzna. - Już ja widziałem pana ciekawy wzrok... Wy, młodzi wszyscy jesteście tacy sami! - dodał z naciskiem.

Sięgnął ręką do papierów leżących obok na stole, przewertował je, po czym spytał:

- Praktykant?

- Tak - odparł Marek. - Brałem udział w konkursie na...

- Informatyk? - przerwał mu mężczyzna.

- Trzeci rok...

- Dobry pan jest? - inwalida rzucił pytanie i spojrzał stojącemu prosto w oczy.

Marek otworzył niepewnie usta, po czym rzekł:

- Średnia cztery i dziewięć...

- Nie pytam pana o średnią - uściślił rozmówca - tylko o umiejętności. Pana średnia nie jest mi do niczego potrzebna. Będę panu wypłacał pensję, a nie stypendium naukowe.

- Myślę, że umiejętności... posiadam...

Dyrektor przejrzał jeszcze kilka papierów leżących przed nim na biurku - Marek przez moment miał nawet wrażenie, że rozmowa już się zakończyła - po czym spytał:

- A czy poza pana głębokim przekonaniem co do swojej wiedzy i umiejętności, istnieją jeszcze jakieś dowody stwierdzające, że pan tę wiedzę istotnie posiada?

- Nno... nie wiem...  - zaczął student - jeżeli wyniki studiów panu nie wystarczą... w liceum brałem udział w olimpiadzie informatycznej...

- Z jakim rezultatem?

- Piąte miejsce...

- To nie najlepiej - podsumował dyrektor. - Orłem pan, znaczy się, nie jest... A czy istnieje ktoś, kto mógłby wydać opinię o pana umiejętnościach?

Zanim Marek odpowiedział, mężczyzna dodał szybko:

- Oczywiście, nie chodzi mi o jakiegoś profesorka z waszej szkółki. To wszystko kretyni i wtórni analfabeci. Informatycy zakichani, mądrzą się na temat różnych algorytmów, a włączyć komputera nie potrafią...

- Jak tak, to chyba nie... - przyznał Marek.

- Czyli muszę po prostu uwierzyć, że nie jest pan głąbem - stwierdził filozoficznie dyrektor. - No, to zobaczymy... Proszę za mną, pokażę panu pańskie stanowisko pracy.

Po tych słowach dyrektor sprawnie wyjechał zza dużego stołu, objechał go gładko i zbliżył się do drzwi. Marek chciał otworzyć przed nim drzwi gabinetu, ale on powstrzymał go ruchem ręki.

- Nie jestem ostatnim kaleką, który sam nie potrafi wyjść z pokoju bez niczyjej łaski - rzekł. Otworzył drzwi i wyjechał, a za nim wysunął się Marek.

Znajdowali się znowu w tym samym ciemnym korytarzu, którym godzinę wcześniej Marek przyszedł na rozmowę. Idąc, czy może jadąc, dyrektor mówił cały czas:

- U mnie pracują wyłącznie profesjonaliści. Nienawidzę amatorszczyzny! Jak pan nie będzie sobie radził z powierzonymi zadaniami - lepiej niech pan od razu powie, znajdę kogoś lepszego, niż ma pan marnować mój czas i czas całej firmy... Aha, i jeszcze jedno. Żadnego serfowania na rachunek firmy, rozumie pan. W zeszłym roku wywaliłem na łeb jednego studenta, który nic nie robił, tylko oglądał zdjęcia rozebranych panienek.

Po chwili znaleźli się na miejscu.

Był to dosyć obszerny pokój, w kształcie lekko wydłużonego prostokąta. Pierwszą rzeczą, na jaką Marek zwrócił uwagę, były okna, których w całym gmachu firmy Dżeneral Softłer ogólnie brakowało. Pokój, do którego weszli, miał na ścianie końcowej dwa duże okna, jednak dokładnie zasłonięte żaluzjami, tak że w pomieszczeniu tym panował charakterystyczny dla całego budynku mrok. Żaluzja przy jednym z okien była lekko pęknięta u góry, i przez to pęknięcie wchodził do pomieszczenia nieśmiały, lecz doskonale widoczny promień słońca.

Pod obiema ścianami, ciągnącymi się od drzwi do okien, stały rzędem stanowiska komputerowe, przy których pilnie pracowali jacyś ludzie. Byli tak zajęci swoją pracą, że nawet nie zauważyli wejścia dyrektora i Marka. Chłopak zaobserwował, że wszyscy wyglądali prawie tak samo - byli młodzi, dosyć wysocy, ubrani w eleganckie garnitury. Zauważył także, że wśród nich była jedna młoda kobieta. W pokoju panowała cisza, mącona jedynie jednostajnym szumem około dwudziestu wentylatorów chłodzących procesory i pojedynczymi stuknięciami w klawisze klawiatury.

Tymczasem dyrektor podjechał do pracującego przy drugim stanowisku od drzwi mężczyzny i coś mu po cichu powiedział. Tamten podniósł się i podszedł do Marka. Był to wysoki ciemny blondyn w ciemnoszarym garniturze na miarę.

- To jest pan magister inżynier Stefan Burczyk - przedstawił mężczyznę dyrektor. - Kierownik projektu, przy którym będzie pan pracował. On pana zapozna z zadaniem. A potem - niech się pan bierze do pracy.

Powiedziawszy to, otworzył sobie sprawnie drzwi i wyjechał na korytarz.

 

Zwardoń, Dworzec Beskidzki. Gdy pierwszy raz tu trafiłem, było to we wrześniu tego roku, w którym przyjęto mnie na studia, od razu wiedziałem, ze wrócę tu jeszcze. A więc tak: po awanturze w domu - ojciec nigdy nie pogodził się z faktem, że na studia postanowiłem wyjechać z Warszawy - przyjechałem do Katowic, żeby załatwić formalności związane ze studiami i akademikiem. Potem miałem kilka dni wolnego - wsiadłem zatem w pociąg do Zwardonia i po niecałych dwu godzinach byłem na miejscu.

Chciałem wyruszyć jeszcze tego samego dnia na Wielką Raczę, ale po południu zaczęło lać, poza tym było już późnawo, więc zdecydowałem, że pójdę następnego dnia rano, a pierwszą noc spędzę w Dworcu Beskidzkim. Poszedłem tam zatem i zakwaterowałem się. W pokoju dziesięcioosobowym byłem na razie sam. Położyłem plecak w kącie i patrzyłem przez szybę na strugi deszczu, które monotonnie spływały z nieba, aby w końcu rozprysnąć się w błotnistych kałużach, które niemal natychmiast pojawiły się na gliniastej drodze, prowadzącej ze Zwardonia na Oźną. Drzewa stały na stokach Skalanki, bliskie, ale z powodu deszczu przymglone i jakieś takie nierealne...

Ale wczesnym wieczorem deszcz ustał, postanowiłem więc przejść się na krótki spacer po okolicy. Była to połowa września i rosnące tu drzewa liściaste, głównie buki, zaczęły już przebarwiać się na kolor złoty. I wtedy właśnie wśród tej złotej zieleni, spotkałem pierwszy raz Ją.

 

Siedziała na kamieniu, odwrócona tyłem do Marka tak, że widział jedynie jej szczupłą sylwetkę i ciemne włosy opadające na ramiona. Była także zajęta podziwianiem kolorów gór, których o tej porze było najwięcej. Podszedł bliżej.

- Czy będzie pani przeszkadzać - zaczął cicho - jeżeli przyłączę się do pani i wspólnie będziemy się zachwycać tą barwnością gór?

Podniosła głowę i spojrzała na niego. Zauważył, że jest starsza, niż mu się wydawało. Była to kobieta w wieku około czterdziestu lat, lecz zadbana i jeszcze całkiem ładna. Uśmiechnęła się delikatnie.

- Musiał mnie pan z kimś pomylić...

- Nic podobnego - zaprotestował Marek. - Szukałem pani. Długo. Bardzo, bardzo długo...

- Przecież my się w ogóle nie znamy!

- Nieprawda. Ja panią znam. Spotkałem panią wiele razy we śnie. Przychodziła pani do mnie jeszcze tam, w Warszawie. Ale nigdy nic pani nie mówiła. Nawet się pani nie przedstawiła...

Uśmiechnęła się ponownie, po czym wyciągnęła w jego stronę drobną dłoń, mówiąc:

- Iwona...

- Pani Iwono... - szepnął, dotykając jej dłoni.

 

 

 

 

A kiedyś

szedłem strumieniami wodospadami

w cichej zanurzony mgle

ptaki powrotne odlatywały

i czasem w snach spotkałem Cię

 

Katowice, siedziba główna Dżeneral Softłer Polska. A więc zostałem przyjęty na tę praktykę. Tydzień temu przyjął mnie osobiście dyrektor generalny, Mieczysław Kopaczewski (słyszałem o nim często, ale nie sądziłem, że jest inwalidą! sparaliżowany od pasa w dół) i przekazał do zespołu niejakiego Stefana Burczyka. Teraz uczestniczę w pracy nad jego projektem.

Pierwszego dnia Burczyk wprowadził mnie w problematykę projektu, i niemal od razu zacząłem mieć zaległości! Już następnego dnia Burczyk zaczął mi robić wyrzuty, że zalegam z robotą, i zamiast pożytku, będą przeze mnie problemy. Przypomniałem mu, że pracę rozpocząłem zaledwie poprzedniego dnia o osiemnastej. „Więc miał pan sporo czasu” - stwierdził Burczyk - „całą noc”. Odpowiedziałem mu, że w nocy na ogół śpię. Więc on odpowiedział, że profesjonaliści śpią tylko na urlopach. „Komunizm” - rzekł - „dlatego upadł, że ludzie, zamiast wziąć się do pracy, jedynie spali, a jak nie spali, to odpoczywali”. Przyjrzałem się temu człowiekowi, i nagle, niespodziewanie dla samego siebie, poczułem do niego sympatię, czy może raczej coś w rodzaju współczucia. Rzeczywiście, jego twarz zdradzała oznaki niewyspania od wielu dni, a wyłupiaste oczy świadczyły o ciągłym jedzeniu w pośpiechu i niedomiarze...

Pozostali pracownicy nie odróżniali się wyglądem zbytnio od Burczyka. Wszyscy byli ubrani w szare garnitury i mieli blade, lekko poszarzałe twarze, włączając jedyną kobietę w zespole. Siedzę przy stanowisku obok jednego pajaca o litewskim nazwisku, chyba Zabierajłło. On, gdy tylko usiadłem spytał, czy już gdzieś wcześniej pracowałem, ale nim zdążyłem odpowiedzieć, stwierdził, że on też zaczął od tej firmy. Bo wcześniej był poetą. I od razu zawołał do innego pracownika: „Zyga, pamiętasz mój wiersz? Szyba jest przejrzysta?”. „I jak woda czysta!” - dorymował facet z ostatniego rzędu. „Można się w niej przejrzeć...” - zagaił Zabierajłło. „I dokładnie obejrzeć” - dokończył Zyga. „Można się nią skaleczyć”. „I nie wyleczyć”. „Zamknijcie się!” - przerwał Burczyk - „To jest firma informatyczna, a nie wieczór poezji alternatywnej!” Burczyk w ogóle nie lubił, jak ktoś zajmował się czym innym niż pracą, a przy tym wyznawał pogląd, że człowiek powinien pracować od świtu do zmroku.

Na studiach - bez zmian. Janusz - „Kurzy Dziób” znowu poprosił ich prodziekana o możliwość wyjazdu na praktykę w jakimś tam Instytucie Spintroniki gdzieś tam. Janusz wierzy w spintronikę. I wtedy podobno prodziekan powiedział mu, że jak dalej będzie dezorganizował pracę wydziału i zawracał wszystkim głowę głupotami, to on, prodziekan, osobiście da Januszowi w gębę, bo w młodości był bokserem.

 

- Panie Budor!

- Gudor - poprawił Marek.

- Pan dyrektor chce znać postępy naszego projektu - rzekł Burczyk. - Czy zakończył pan wreszcie swoją część?

- No, jeszcze nie... - rzekł niepewnie Marek.

Burczyk westchnął głęboko.

- Mogłem nie pytać - stwierdził. - Pan jest stale w niedoczasie. Więc ma pan czas do jutra, a jutro wieczorem podrzuci pan całość, łącznie ze swoją partią, dyrektorowi do domu. Zna pan adres?

- Znam.

- Okej. A teraz będę zamawiał pizze. Komu duża, komu średnia?

Burczyk pozbierał zamówienia od pracowników, wykręcił znany sobie numer, a po krótkiej rozmowie schował telefon do tylnej kieszeni spodni i usiadł w oczekiwaniu. Także większość pozostałych pracowników przerwała swoje zajęcia i usiedli bokiem do komputerów. Na niektórych włączyły się wygaszacze ekranu - skomplikowane wzory geometryczne, krążące po ciemnych ekranach.

Po chwili wszyscy jedli w milczeniu. Odbywała się „przerwa na lancz”. A następnego dnia, zgodnie z poleceniem, wybrałem się wieczorem do domu Kopaczewskiego. Ale nie zastałem jego, tylko jego żonę (jaka kobieta chciała być z inwalidą?), która jednak przez domofon poprosiła mnie na górę. Jak byłem zdziwiony, gdy okazało się, że żoną tego złośliwego kaleki jest pani Iwona, z którą tyle razy, od pierwszego dnia w Zwardoniu, podziwiałem jesienne mgły w górach.

Chciałem tylko przekazać materiały dla Kopaczewskiego, ale Iwonka (już nie pani Iwona!) poprosiła mnie do środka. Poczęstowała ciastem własnego wypieku. Opowiedziała historię swojego życia i małżeństwa. To bardzo nieszczęśliwa kobieta...

Chyba się zakochałem.

 

- Cześć, stara małpo! – usłyszał, gdy z ogromnym trudem, lewą ręką wsparty na poręczy wózka, prawą zdołał otworzyć wreszcie z klucza drzwi.

- Co to, jeszcze nie poszłaś się gdzieś poszlajać, ty lafiryndo?!

- Czekałam na ciebie z obiadem, małpiszonie. Jak za starych, dobrych czasów... Kiedy byliśmy młodzi... a niektórzy z nas dodatkowo piękni!

Chwycił rękoma za obręcze kół i podjechał kilka metrów w stronę kobiety, która mówiła te słowa. Była to niezbyt już młoda, ale jeszcze całkiem zgrabna brunetka, szczupła i niewysoka. Patrzyła się z wyraźną drwiną na wjeżdżającego.

- Słuchaj – rzekł Kopaczewski. – Jak chcesz odejść, proszę bardzo... Ale jakim prawem znęcasz się nade mną...

- Proszę bardzo?! – powtórzyła drwiąco. – Chciałam odejść! O, tak! Nie pamiętasz już, jaką hecę zrobiłeś wtedy w sądzie?! No, normalnie cyrk, kabaret! Naopowiadałeś temu wypierdkowi sędziemu, że nie wyobrażasz sobie beze mnie życia i inne tym podobne bzdury. Co, już zapomniałeś?

- Chciałem cię utrzymać przy sobie... Kocham cię – rzekł cicho Kopaczewski.

- O, rany! Chyba się zaraz rozpłaczę – westchnęła kobieta.

Kopaczewski podjechał jeszcze bliżej i chwycił ja za rękę. Chciała się wyrwać, ale jej nie pozwolił.

- Możesz robić, co ci się podoba – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Ale nie drwij z moich uczuć!

- Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś śmieszny? – spytał jego żona, próbując oswobodzić swoją dłoń z jego dłoni. – Sentymentalny kaleka... Dlaczego musisz mnie ciągle prześladować? Znęcasz się nade mną...

- Choćbym nawet chciał...

- Nie fizycznie! Gorzej – psychicznie! Kontrolujesz mnie. Sprawdzasz, z kim się spotykam. Obrażasz moich znajomych.

- Kochanków – poprawił Kopaczewski.

- Tak – potwierdziła. – Kochanków też. A co, chciałbyś, żebym żyła tu, u twego boku, jak zakonnica... Opiekująca się mężem-inwalidą? Tak byś chciał?

Wyrwała mu się i uciekła do drugiego pokoju. Tam usiadła na łóżku, schowała głowę w dłonie. Pierwsza łza wyciekła z jej oka i popłynęła wzdłuż ręki prawie do łokcia.

- Słuchaj – rzekł Kopaczewski, wjeżdżając tu za nią.

- Nie! – krzyknęła rozwścieczona. – Nie będę ciebie słuchać!

- Iwonko!

- Zamknij się!

Wstała, podeszła do radia. Machinalnie włączyła guzik.

„Minęła dwudziesta trzecia, podajemy najważniejsze wiadomości. Dziś rano...” – w ciszę pokoju wdarł się szorstki głos spikera radiowego.

- Wyłącz to radio i porozmawiajmy – krzyknął Kopaczewski. Przekręciła gałkę jednym ruchem ręki do oporu. „...trzeci korpus marines armii stanów zjednoczonych oraz działająca w jego składzie polska dwudziesta pierwsza dywizja pancerna i jednostka specjalna GRZMOT zadały wojskom kirgiskim, zgrupowanym w rejonie wąwozu Bara-Bara olbrzymie straty. Sekretarz obrony stanów zjednoczonych Donald Ramcwel podziękował Polakom za tak wielki wkład w walkę o obalenie reżimu dyktatora Zelimhana Dżohoszwiradze w Kirgizji. Jutro...” Kopaczewski po cichu wysunął się z pokoju, w którym ryczał włączony na cały regulator radioodbiornik. Iwonka została sam. Znowu usiadła na łóżku. „... generał Klempiński w wywiadzie dla Radia Minus przyznał, że czuje się dumny z uznania, jakim obdarzył go sekretarz...” Wyłączyła radio, wyszarpując energicznie wtyczkę z gniazdka. Upadła na ziemię. Płakała.

Przesiedziała tak dobrych kilkanaście minut, na swoim łóżku, z głową schowaną w swoich dłoniach, po czym wstała i podeszła do okna. Teraz patrzyła załzawionymi oczyma na świat za oknem, świat nieprzyjazny, obcy, wrogi, gdyż taki jej się w tym momencie wydał. Widziała gdzieś w oddali słabe światła w budynkach, zakładach czy fabrykach – zresztą, jakie to ma znaczenie, gdzie? – a bliżej, tuz za szybą, swoje przeźroczyste prawie odbicie, odbicie kobiety ani młodej, ani starej, nie szczęśliwej, ale nie przegranej jeszcze do końca, kobiety zwyciężającej i zwyciężonej. A dalej – miasto...

To samo miasto widział w tym samym czasie inny człowiek, Stefan Burczyk, kierownik projektu trzydzieści sześć be, gdy po pracowitym ciężkim dniu zajechał wreszcie przed swój dom, kamienicę, w której mieszkał i wysiadł energicznym krokiem z samochodu. Zanim wszedł na klatkę schodową, odwrócił się jeszcze na pięcie, żeby przy pomocy automatycznego pilota zablokować okna i drzwi swego samochodu – tak to sobie w każdym razie tłumaczył, gdyż w rzeczywistości obrócił się wyłącznie po to, aby jeszcze raz spojrzeć na miasto, które teraz leżało niemal u jego stóp. Istotnie, osiedle, na którym mieszkał niemal od urodzenia, znajdowało się na lekkim wzniesieniu, i przy ładnej pogodzie oraz niezbyt gęstym smogu mógł Burczyk ze swojego okna, a nawet i sprzed domu oglądać pełną panoramę miasta. Ale tym razem, gdy obejrzał się, chwytając lewą ręką za klamkę od drzwi, a prawą naciskając guzik na automatycznym pilocie, nie spostrzegł nic. Miasto spało w niemal absolutnych ciemnościach, tylko tu i ówdzie błąkały się blade światła – może w prywatnych mieszkaniach, stróżówkach, kto wie?

W windzie spotkał Burczyk swojego sąsiada, który także wracał często później z pracy. Burczyk właściwie nie wiedział, gdzie jego sąsiad pracuje, ani nawet, jak się nazywa. W myślach nazywał go Apostołem, gdyż człowiek ten, niewiele starszy od Burczyka, miał długie, przedwcześnie posiwiałe od trosk włosy, sterczące we wszystkie strony, co upodabniało go trochę do świętego Piotra, a ponadto w każdym niemal zdaniu odwoływał się do boga.

- Dzień dobry – rzekł Burczyk.

- Dobry wieczór, sąsiedzie – odparł Apostoł. –Cieszę się, że sąsiada widzę, bo mam sprawę...

- Słucham sąsiada.

- Niechże sąsiad zrobi cos ze swoim ojcem – zaczął Apostoł, a zanim Burczyk zdołał mu przerwać, mówił dalej – bo, ja rozumiem sąsiada, tragedia, i w ogóle, ale, jak mi bóg miły, ludzie chcą w nocy spać...

Winda zatrzymała się na piętrze Burczyka. Apostoł jechał wyżej. Burczyk obrócił się w stronę drzwi i wysiadł bez pożegnania.

Już po chwili starał się nie pamiętać rozmowy z sąsiadem. Przy cicho włączonym radiu kończył sprawozdanie z wykonania projektu. W radiu najpierw leciała muzyka, którą następnie przerwał wściekły trzask i szorstki głos spikera: „Minęła druga nad ranem, podajemy najważniejsze wiadomości. Wojska amerykańskie w Kirgizji kontynuują ofensywę w kierunku twierdzy Bagh-Dath, w której, według informacji zebranych przez amerykański wywiad, ukrywa się dyktator. Tymczasem połączona komisja nasa, siajej i efbiaj podała oficjalnie do wiadomości publicznej, że przyczyna katastrofy amerykańskiego promu kosmicznego Dżordż Łoszington była nie awaria zbiornika paliwowego, jak poprzednio sądzono, lecz atak islamskich fundamentalistów, prawdopodobnie związanych z rządzącym w Kirgizji ugrupowaniem dyktatora Zelimhana Dżohoszwiradze. W związku z tym w specjalnym przemówieniu w kongresie prezydent stanów zjednoczonych zapowiedział, że...”

- Ratunku!! Ratunku!! – przerwał Burczykowi pracę głos z sąsiedniego pokoju. Był to głos jego ojca, osiemdziesięcioletniego starca.

- Co się stało, tato? – spytał Burczyk, wbiegając do pokoju.

- Ratunku!! Uwięzili mnie!! Ratunku!!! – krzyczał ojciec, miotając się przy tym od ściany do ściany i waląc w nie z całej siły.

- Uspokój się, tato – mówił cicho Burczyk. – Poznajesz mnie?

- Bandyci!! Oprawcy!! –krzyczał tymczasem stary Burczyk, uderzając raz po raz pięścią w ścianę.

W pewnym momencie z drugiej strony ściany odpowiedziało mu także walenie, lecz szybsze i bardziej rytmiczne.

- Burczyk, do jasnej cholery! – krzyczał gruby, męski głos. – Zrób wreszcie ze swoim starym porządek, jest druga nad ranem!

Po chwili z góry odezwał się znany Burczykowi głos, głos Apostoła:

- Sąsiedzie, na litość boską, jak sąsiad nie uciszy zaraz swojego ojca, to, jak boga jedynego kocham, wezmę cegłówkę, i powybijam sąsiadowi wszystkie szyby w samochodzie!

- Bandyci!! – wrzeszczał tymczasem ojciec. – Cały dzień mnie torturowali!! Ale nic nie wydałem i nikogo!! Ale ja już nie mogę!!

- Burczyk!! – wrzasnął głos zza ściany. – To ostatnie ostrzeżenie! Jak tam za chwilę nie będzie cicho, zawołam policję!

- To jest – zawodziła jakaś kobieta z dołu – porządna kamienica, czy melina?!

Burczyk podszedł do swojego ojca i odciągnął go od ściany.

- Idź spać, tato – rzekł spokojnie. – Jest już późno...

- A gdzie ja jestem? – spytał staruszek, jakby wyrwany ze snu.

- Już dobrze, dobrze... – uspokajał go Burczyk.

- Bo miałem taki sen... Śniło mi się, że jestem znowu w Kampinosie, że przedzieramy się i ściga nas eses i my... A to dlatego, ze oni w tym radiu i telewizji tylko o wojnie! Wojna i wojna! – rzekł znowu głośniej.

- Spokojnie, tato – rzekł Burczyk. – Nie ma już wojny. I nie będzie....

- Obiecujesz? – spytał ojciec z nadzieją w głosie.

- Obiecuję... Przysięgam... A teraz, tato, połóż się do łóżka i śpij...

 Staruszek wstał i poczłapał wolno w stronę stojącego pod ścianą łóżka. Już po kilku minutach Burczyk słyszał jego równy, spokojny oddech. Za ścianą chrapał głośno sąsiad, ten, który chciał wezwać policję. w drugim pokoju szemrało radio, nie wyłączone uprzednio przez Burczyka. Poza tym było cicho. Burczyk podszedł do okna. Dochodziła już trzecia. W czerwcu mógł o tej porze zauważyć, że niebo od wschodu jakby bieleje, gwiazdy bledną, idzie ranek. Teraz do wschodu słońca było jeszcze daleko – mimo to Burczyk patrzył w tamtą stronę z nadzieją, że zobaczy coś, sam nie wiedział co zresztą. Stał tak jakieś dwadzieścia minut, po czym poczuł silny ból po lewej stronie klatki piersiowej. Usiadł, chwytając się za serce, przez moment pełen obaw. Po chwili jednak przeszło, więc wstał znów. Poszedł do kuchni i nalał sobie szklankę wody niegazowanej. Usiadł na ławie, podparł głowę łokciem. Nie ma co już iść spać – pomyślał. Za dwie godziny i tak trzeba będzie wstawać. Łyknął wodę ze szklanki. Z ojcem jest coraz gorzej. Lekarz miał racje, to się pogłębia. Ale nie odda ojca do zakładu. Widział, w jakich warunkach mieszkają tam pensjonariusze. Gdy tylko awansuje, zarobi więcej, wyprowadzi się stąd. Kupi sobie dom z dużym ogrodem. Tam ojciec na pewno poczuje się lepiej. Łyknął jeszcze raz. Zobaczył przed sobą JĄ. Stała, jakby nigdy nic, taka, jaką znał, spotykał ją codziennie – w modnie skrojonym garniturze, trochę smutna, trochę nieobecna... Wyciągnął do niej dłoń, którą przed chwila podpierał głowę. Ciężka głowa stoczyła się na stół jak dynia. Szklanka przewróciła się, woda rozlała. Na szczęście szklanka nie spadła ze stołu – potoczyła się kawałek i zatrzymała.

Zasnął...

Wydawać by się mogło, że zasnął już cały świat. Ale nie, wielu ludzi wciąż jeszcze nie mogło zmrużyć oka. Gdzieś na drugiej półkuli, za dalekim oceanem, Dżordż Dżefrej Kołelsky czytał w ciszy swego gabinetu list od Iwonki, list napisany w języku, który niegdyś znał dobrze, a teraz jakby nie rozumiał, kilka słów : „Grzesiu, tęsknię za dotykiem Twoich dłoni. Iwonka”. A jeszcze dalej, za jeszcze jednym oceanem, wśród skalistych gór, pociętych głębokimi dolinami, pułkownik Zapukalski patrzył na krwistoczerwone, wschodzące słońce i zastanawiał się, co przyniesie mu ten nowy dzień – zwycięstwo, czy klęskę, jakiej nie widział  świat, chwałę czy hańbę...  A jeszcze dalej Iwonka, słuchając regularnego, spokojnego oddechu człowieka, z którym spędzała całe swe życie, lecz z którym nie miała już nic wspólnego, podeszła, cicho, najciszej jak potrafiła, do lustra. Ujrzała tam twarz, twarz bladą, oczy podkrążone po przepłakanej nocy... lekkie zmarszczki schodzące z kącików oczu nie dały się już wygładzić kolistymi ruchami opuszków palców.

Co to znaczy – tęsknię za dotykiem Twoich dłoni?

- Proszę powiedzieć wiceprezydentowi – rzekł szorstko Dżordż Dżefrej Kołelsky do słuchawki telefonu – że akceptuję jego warunki. Będzie miał te transportery. Uzbrojenie też...

I przykrył drobną kartkę, na której ktoś z bardzo daleka napisał kilka niezrozumiałych dla niego słów, egzemplarzem zamówienia rządowego.

- Panie generale – rzekł oficjalnie wiceprezydent do kogoś po drugiej stronie linii telefonicznej. – Będą transportery. Uzbrojenie też. Dogadaliśmy się z Kołelsky’m...

- Panie pułkowniku – usłyszał pułkownik Zapukalski, gdy adiutant poprosił go do telefonu, odrywając od obserwacji wschodu słońca na kirgiskim niebie. – Wytrzymajcie tam jeszcze kilka dni. Transportery już do was jadą. I uzbrojenie też...

Na wschodzie katowickiego nieba gwiazdy zaczęły blednąć...

 

From: Dżordż Dżefrej Kołelsky (kołelsky@amerikan.łipon.com)

Tu: Iwona Kopaczewska (iwonka@poczta.serwer.pl)                   

Sabdżekt: List

Iwonko moja Najdroższa!

Dostałem list, który do mnie napisałaś. Wiesz, gdy go przeczytałem, nie byłem w stanie tego dnia kontynuować pracy. Cały czas myślałem o Tobie. Przypomniały mi się studenckie czasy, gdy razem chodziliśmy w Beskidy. To niesamowite, że to jeszcze pamiętasz...

Wtedy, pod rozgwieżdżonym niebem, leżeliśmy na górskiej łące, i patrzyliśmy na dalekie światła cywilizacji gdzieś w dolinach. Ty mówiłaś, że na zawsze zostaniesz ze mną i że będziemy wracać w góry, ilekroć codzienne życie wyda nam się szare i bezbarwne. Mówiłem, że zawsze będę Cię kochał... Widzisz, Iwonko, wygląda na to, że z nas dwojga to ja dotrzymałem słowa...

Ale jednak jesteś! Gdzieś daleko ode mnie – ale jesteś. I chyba nie jest Ci dobrze z tym starym knurem, skoro odnalazłaś adres starego przyjaciela i napisałaś ten list, te kilka słów...

Jak żyjesz, Iwonko? Czy bywasz czasem w Beskidach? Czy są równie piękne jak wtedy, gdy w sierpniu tamtego roku liczyliśmy spadające gwiazdy nad Wielką Rycerzową? Tęsknię bardzo do gór i chętnie bym tam wrócił... Ale teraz mam odpowiedzialne zajęcie. Morduję ludzi. Kieruję firmą, zatrudniającą kilka setek inżynierów, którzy całe dnie i całe noce nie myślą o niczym innym, jak możliwie małym wysiłkiem wysłać możliwie wielu ludzi do piachu. Taki zawód, jak każdy inny. Taki jest świat – jedni kradną, a inni mordują. Ale ja chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Taki jestem nieżyciowy...

Iwonko, chcę żebyś wiedziała, że co by się nie zdarzyło, podtrzymuje to, co wtedy powiedziałem, bo w takich chwilach mówi się prawdę. Zawsze będziesz dla mnie ważna. Zawsze będę myślami przy Tobie

Twój Grzesio

 

Schronisko PTTK na Przegibku. To tam spotykaliśmy się w ciągu kilku następnych tygodni. Miesięcy, lat, wieków, tysiącleci – bo tyle, zdawało mi się, czasu upływa pomiędzy naszymi kolejnymi spotkaniami. Ale nie, to były tylko tygodnie, pięć dni, długich i szarych dni katowickich, od niedzielnego wieczoru, gdyż żegnaliśmy się gdzieś na stacji, już w Żywcu lub Bielsku (żeby nie wzbudzać podejrzeń), do piątkowego, z kolei popołudnia, gdy jak na skrzydłach biegłem na dworzec, by po chwili, na innym dworcu, móc już Ją tulić w ramionach. A przez ten tydzień – nic. Na uczelni – po staremu. Nawet nie pamiętam, co za mądrości przekazywali mi w te nieznośnie długie dni różni mędrcy w trakcie rozmaitych zajęć – których jednak nie opuszczałem przecież... Kurzy Dziób, czyli Janusz, mój współlokator, też ciągle mówi tylko i wyłącznie o spintronice – jakby obchodziło to kogokolwiek na świecie poza nim. Biedny człowiek – jedyne, co osiągnął, to wrogość wszystkich ludzi, którzy mogliby ewentualnie w czymś mu pomóc. W firmie – także po staremu. Może tylko to, że zaległości coraz to nowe – mimo, ze nadrabiam je całymi nocami, często nie śpiąc z tego powodu przez kilka dni, wydają się mnożyć, jak wściekłe króliki! Poznaje już niektórych spośród pracowników zespołu, w którym przyszło mi odbywać praktykę (przedtem myślałem, że są nierozróżnialni, jak zdegenerowane elektrony). Jest więc ten błazen, który ma stanowisko tuż obok mnie, i z tego powodu często zabawia mnie swoimi opowieściami dziwnej treści oraz świńskimi dowcipami, których główną bohaterką jest Iwonka (skąd on Ją zna?). Nazywa się Joachim, Zabierajłło przez dwa eł, co podkreśla przy każdej osobności; jego dziadek podobno był Wilniukiem. Dalej jest jego bliższy chyba kolega, Zygmunt Kołtun, z którym często prowadzą błazeńskie dyskusje, uprzykrzając przy tym pracę wszystkim, którzy nie mają ochoty ich słuchać, czyli wszystkim bez wyjątku. Jest jeszcze chudy i wiecznie smutny młody chłopaczek, którego Zabierajłło nazywa Tomkiem Dziakiczem i ciągle mu dokucza twierdząc, że tamten nie ma matury (a on nie ma chyba jedynie piątej klepki). Poza tym Dorota, jedyna kobieta w zespole, całkiem ładna, ale strasznie wyniosła. Często mam wrażenie, jakby całą swoją osobą pragnęła potwierdzić teorię o wyższości kobiet nad mężczyznami – i dlatego stara się robić więcej i lepiej, niż wszyscy pozostali członkowie zespołu. Wydaje się (a wymyślił to Zabierajłło), że Dorota przyszła do zespołu tylko po to, żeby pokazać wszystkim jego członkom, a Burczykowi zwłaszcza, że jest od nich wszystkich lepsza, i że to ona powinna nimi kierować. Generalnie, rozmowy w sali komputerowej, w której pracujemy, ograniczają się do polemik, kto tu powinien rządzić i dlaczego, i kto ostatnio z kim spał (ten cymbał Zabierajłło zawsze przy tego rodzaju dyskusjach wywleka Iwonkę – czego on od Niej chce?).

Gdyby nie perspektywa weekendu w górach, nie przeżyłbym ani jednego dnia w mieście. Ale na szczęście już w piątek po południu, często urywając się z niektórych zajęć wsiadam w pociąg do Zwardonia i jadę na ogół do końca. Ona już tam jest i jeszcze tego samego dnia idziemy, już razem, w góry, na wielką Raczę, a nazajutrz rano – na Przegibek.

Staram się poznać kobietę, z którą tak nagle i niespodziewanie złączył mnie los. Uczę się Jej całymi weekendami, a i tak wydaje mi się, że prawie Jej nie znam. Sam otworzyłem się przed Nią już podczas pierwszego spotkania, całkowicie i bezwarunkowo, rzuciłem Jej do stóp cały mój świat – nie dostając nic w zamian, ale, czy to ważne? I tak nie potrafiłbym wyobrazić sobie bez Niej życia. Nie znam Jej prawie – a już stała się częścią mego świata, częścią, bez której cały mechanizm stanąłby od razu w miejscu, częścią mnie...

A Ona – jest obok, teraz, i nie wiem, jak długo jeszcze, ale jest -  i to mi wystarcza...

 

 

Szedłem bukami klonami

jesionami

wiatrem i deszczem

złoto

od października brunatne

pokrzykiwały cietrzewie

byłem sam chciałem Cię mieć

przy sobie

 

Katowice, akademik KAT. Tego dnia wróciłem później. Od kiedy dostałem pracę, wracałem generalnie dosyć późno – Burczyk lubił dużo i ciężko pracować i denerwował się, gdy ktoś nie podzielał jego pasji. Gdy Marek wszedł do obdrapanego gmachu akademika i, starając się nikogo nie obudzić, wspiął się po cichu na trzecie piętro, usłyszał dobiegający ze świetlicy jednostajny szum. Skierował się zatem nie do swojego pokoju, jak pierwotnie planował, lecz do tego niewielkiego pomieszczenia.

Naprzeciwko niedużego telewizora stały trzy fotele, na których czas odcisnął wyraźnie swoje piętno. Dwa z nich były zajęte przez studentów wydziału mechanicznego, którzy siedzieli z głowami zwieszonymi na pierś i głośno chrapali. Trzeci fotel był pusty. Pomiędzy fotelami zajętymi przez studentów stał mały stolik, na blacie którego ktoś kiedyś wydrapał krzywo tępym nożem kwiat swoich myśli: „j..bać policję”. Na stole tym stały cztery puszki po piwie oraz pusta butelka po winie „Szalony Dżonny”. Telewizor grał niezmordowanie, chociaż od dłuższego czasu nikt go już nie oglądał ani nie słuchał. Spiker krzyczał: „...stą rocznicę wybuchu Stanu Wyjątkowego prezydent rzeczypospolitej powiedział w uroczystym przemówieniem, że wprowadzenie Stanu Wyjątkowego było złem. Wyraził także nadzieję, że nigdy więcej czołgi nie staną naprzeciwko bezbronnych obywateli. W dalszej części swego przemówienia prezydent, odpowiadając na spekulacje pojawiające się ostatnio w prasie odpowiedział, że, istotnie, w wojnie w Kirgizji biorą udział wyłącznie ochotnicy, jednak potrzebna jest także wykwalifikowana kadra. Jeżeli zabraknie ochotników – mówił dalej prezydent – będziemy musieli wysłać obywateli, którzy nie koniecznie wyrażają na to zgodę, choć zdaniem prezydenta, brak zgody na udział w wojnie o przywrócenie demokracji jest niemądry i krótkowzroczny...”

- Nie ruszaj się – usłyszał za sobą Marek stłumiony krzyk i w tym momencie został popchnięty mocno w plecy. Nie spodziewając się tego, przewrócił się, zawadzając po drodze jednego ze śpiących studentów.

- Giekaes! Giekaes! – wrzasnął obudzony, budząc przy okazji swego towarzysza. Marek zdołał ochronić się przed upadkiem na ziemie, podpierając się rękoma.

- Dajcie na tefał pięć – krzyknął drugi mechanik, także wyrwany z głębokiego snu. – Zaraz będzie Albert Dużysz skakał! Dajcie na tefał pięć!

- Człowieku – rzekł Marek, odwracając się na czworakach. – Jest połowa października, jak ma skakać? Śniegu nawet nie ma...

- Która godzina? – spytał przytomniej, choć równie bełkotliwie kibic skoków narciarskich, i jakby chcąc samemu sobie udzielić odpowiedzi zerknął na swój zegarek.

- Marek?! – zdziwił się człowiek, który przed chwilą wepchnął go do świetlicy.

- Janusz?! – odpowiedział Marek, także zdziwionym głosem, podnosząc się z trudem.

- O, kurzy dziób! – zaklął Janusz. – Nic ci nie jest?

- Ale mnie znokautowałeś – rzekł z pewnym podziwem Marek.

- Nie wiedziałem, że to ty, kurzy dziób! Myślałem, że to ten złodziej, który mi co noc wyżera majonez z lodówki!

- Giekaes mistrzem świata! – wrzeszczał jeden z siedzących na fotelu mechaników. Na jego krzyk przybiegł do świetlicy jeszcze jeden student, gruby i wysoki Roman z inżynierii środowiska.

- Przestańcie drzeć mordy po nocy – krzyknął. – Spać nie można. A jutro mam bardzo ważne kolokwium!

- Skoro jesteśmy już wszyscy – zagaił Janusz „Kurzy Dziób”, nie zrażając się niezadowoleniem grubasa. – ustalmy jedną rzecz. niech każdy pokój zacznie przestrzegać uzgodnionego grafiku sprzątania. Koledzy z mechanicznego już drugi raz nie sprzątali w swoim terminie. A ja za nich, kurzy dziób, roboty wykonywać nie będę!

- To nie – odparł zgodnie kibic skoków narciarskich i czknął.

- W kuchni śmierdzi jak w chlewie, kurzy dziób – rozgorączkował się Janusz. – Na twojej kaszy – zwrócił się do Romana – urosła już pleśń na dwa centymetry.

- To nie jest moja kasza – sprostował grubas. – Poza tym ona mi nie przeszkadza. Możesz sobie ją zjeść!

I poszedł do swojego pokoju.

- Jak dla mnie – zaczął zwolennik giekaesu – to może być syf i smród. Też mi to w niczym nie przeszkadza.

Janusz machnął z rezygnacją ręką. Dochodziła trzecia nad ranem.

 

Droga z Wielkiej Raczy na Przegibek. Było jeszcze całkiem wcześnie, gdy wyruszyłem. Po wczorajszej ulewie wszystkie zarośla były jeszcze mokre, lecz powietrze nagrzewało się już powoli i niezauważalnie, a jednak intensywnie od wschodzącego lekko ukośnie wrześniowo-październikowego słońca. Nad łąką unosił się intensywny, przyjemny zapach ziół, zapach rześki, a nie duszący, jak latem. Przeszedłem brzegiem błotnistej ścieżki, na której stały jeszcze całkiem spore kałuże, wzdłuż polany szczytowej Małej Raczy, po czym zagłębiłem się w świerkowy las, porastający przełęcz Śrubita.

W lesie było jeszcze całkiem chłodno, gdyż promienie słoneczne nie docierały tu tak intensywnie, jak do polany grzbietowej Małej Raczy. Pomiędzy drzewami widziałem mgły, stojące i nieruchome, nie osiadające, ani też nie unoszące się. Pod stopami czułem grząskość nasiąkniętego wodą igliwia. Co jakiś czas moich nogawek czepiała się ledwie żywa krzewina maliny leśnej.

Wtedy usłyszałem za sobą głos:

- Stój! Kto idzie?

Marek odwrócił się. Kilka kroków za nim stał niezbyt wysoki, lecz gruby podoficer, prawdopodobnie wojsk ochrony pogranicza. Marek zupełnie nie słyszał, jak tamten go zaszedł.

- Turysta – odpowiedział.

- Dokumenty poproszę – rzekł pewnym głosem pogranicznik, podchodząc powoli bliżej.

Marek zdjął plecak i postawił go na wystającym korzeniu świerka pilnując, aby nie zjechał mu i nie upadł na mokre podłoże. Sięgnął do jednej z bocznych kieszeni.

- Dlaczego pan chce widzieć moje dokumenty? – spytał.

- Sprawdzamy wszystkich – rzekł żołnierz, ale nie do pytającego, lecz jakby trochę w bok, do pochylonego w stronę zbocza drzewa. – Pan nawet nie ma pojęcia, co tu się teraz dzieje... Student?

- Tak – potwierdził cicho Marek. Wyjął z kieszeni, w której grzebał, stary bilet kolejowy, schował go do kieszeni spodni i szukał dalej.

- Skoro student – mówił tymczasem pogranicznik swoim zwykłym bezbarwnym głosem – to sprawdzimy i puścimy dalej... Ale sam pan wie... teraz tak każdy może mówić... Sporo nam zwiało przez tę granicę...

Mówiąc to, podniósł rękę i pokazał znajdującą się za zakrętem przełęcz, przez którą przechodził ten największy dobroczyńca żywieckich górali – granica państwowa. Marek tymczasem wyjął wreszcie legitymację studencką i dowód osobisty, a teraz przeglądał, czy wszystko jest.

- Zdaje się, że nie rozumiem – rzekł, podając pogranicznikowi dokumenty. Żołnierz otworzył, przejrzał.

- Gazety pan chyba czyta – bąknął pod nosem – to pan wie... wojna...

Następnie wyjął z dużej kieszeni w okolicy pasa krótkofalówkę i nacisnął guzik. Następnie nadał komunikat do kogoś po drugiej stronie i poprosił o sprawdzenie. Tamten sprawdził i potwierdził, wtedy żołnierz z powrotem schował krótkofalówkę i oddał Markowi dokumenty.

- Życzę przyjemnej wycieczki – rzekł salutując.

- Zdaje się, że dalej nie rozumiem – kontynuował Marek przerwany wątek. – Przecież to wojna nato, a nie nasza... Idą tylko ochotnicy...

- Tak pan myśli? – spytał pogranicznik tonem wyrażającym irytację naiwnością rozmówcy.

- Tak mówią w telewizji... w gazetach...

- W gazetach... – zamyślił się pogranicznik. Po chwili dodał pewniejszym tonem: – Niech pan dobrze się na tych studiach sprawuje. I nie narobi sobie zaległości. Bo inaczej...

Marek chciał go zapytać, co to znaczy, ale nie zdążył. Żołnierz, który do tej pory zachowywał się raczej ślamazarnie, teraz energicznym krokiem szedł w stronę polany szczytowej Małej Raczy. Chłopak zauważył tylko, jak wyjął z kieszeni papierosa i zapalił, praktycznie nie zwalniając kroku, po czym zniknął za jednym z zakrętów ścieżki wiodącej przez ten niesamowity, niezwykły o tej porze dnia las. W dole, w głębokim wąwozie leniwie szemrał strumień, strumyk, strużka, którą ściekał nadmiar wody, wody nie wchłoniętej przez spragnione igliwie ściółki. Po niebie przeleciał ptak i cos tam krzyknął, w sobie tylko zrozumiałym języku.

Marek znów ubrał plecak i ruszyłem dalej w stronę Przegibka. Przed południem chciałem zająć miejsce noclegowe, zanim zjadą tam całe Katowice, a potem iść jeszcze – może na Bendoszkę, a może na Rycerzową – sam nie wiem.

Około dwóch godzin później, w samym środku wczesnojesiennego dnia byłem na miejscu. Wbrew moim obawom, w schronisku nie było wcale tłoku, a przed schroniskiem kręciło się tylko kilku turystów których widziałem tu już wiele razy wcześniej, oraz kilku miejscowych. Gruba portierka, ta co zawsze, skierowała mnie do pokoju pięcioosobowego na pierwszym piętrze uprzedzając, że jest tam jeszcze jedna turystka, czyli w sumie dwie osoby. Rzeczywiście, na łóżku pod oknem leżał jakiś plecak, zająłem więc łóżko pod przeciwległą ścianą, wyjąłem z plecaka bluzę z polaru i poszedłem na popołudniowy spacer. Gdy wróciłem, było już praktycznie ciemno i słońce dawno zaszło za wzgórki pasma granicznego, nie wszedłem jednak od razu do pokoju, lecz posiedziałem chwilę na jadalni, zjadłem dwie kromki chleba z konserwą. Towarzystwo, które rano stało pod schroniskiem, teraz siedziało także w jadalni i biesiadowało. Jeden z nich, miejscowy ponad wszelką wątpliwość, opowiadał tak głośno, że nawet do mnie dochodziły strzępy opowieści, którą snuł.

- Spytałem go, ile jest mi w stanie dać? Z początku chciał dać dwa tysiące, ale wytargowałem trzy... Powiedziałem mu, że teraz pograniczniacy chodzą wszędzie i trzeba, panie dobrze znać...

- Waluś, ciszej – mitygował go drugi, nie miejscowy chyba, ale będący z nim w dobrej komitywie.

- Racja, ciszej – zreflektował się opowiadacz. Przez pewien czas rzeczywiście mówił ciszej, przewieszony niemal przez stół szeptał prosto do ucha zaciekawionym rozmówcą, lecz po chwili znów mogłem niemal wziąć udział w dyskusji.

- Więc ja go pytam: „Panie wojskowy, nie znasz mnie pan?” – mówił ten Waluś. – A on odpowiada, że mnie, to k..wa, cała wieś zna, ale on o tego o! pyta, i wskazał paluchem na tego faceta. A ja mu na to – to mój krześniak jest, pan go przeca u mnie już widział. A on, ten pograniczniak, mówi krześniak, nie krześniak, ale coś mnie się tak widzi, że on to ku chwale ojczyzny do Kirgistanu musi... A ja mu mówię, panie, daj pan żyć! Ale to był ten, wicie który, ten taki o! I on do mnie tak: jak twój krześniak ma czyste sumienie, no to niech pokaże dokumenty, że niby studiuje, i pudziecie sobie dalej. A ja wtedy: a ile by trzeba dać, co by tych dokumentów nie musiał po kieszeniach szukać? No bo kieszenie wielkie, mugby szukać i do jutra. A ten pograniczniak mi mówi:...

- Ale Waluś, ciszej, bo może nie wszyscy chcą słuchać tego – uciszał opowiadającego znowu jego kumpel od kufla z piwem.

I wtedy poczułem na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłem się, trochę nerwowo, i zauważyłem za sobą Iwonkę. Stała za mną i trzymała mi na ramieniu dłoń. Lekko odchyliłem się od stołu i oparłem o jej brzuch. Spojrzałem na drewniany sufit, wsparty na nieoszlifowanych krokwiach.

- Wiedziałam, że tu będziesz – powiedziała cicho. - Wiedziałam, że cię tu spotkam...

- Niesamowite... – powiedziałem tylko, a może powiedziałem coś innego, nie wiem, nie pamiętam. Sufit, na który patrzył teraz lekko pod kątem z dołu, zaczął wolno kołysać się i nawet poczułem, jak się lekko unoszę ponad ziemią. Przytuliłem głowę do ramienia Iwonki, lekko zmrużyłem oczy... I nagle poczułem na policzku Jej oddech. Jak chcesz zobaczyć – szepnęła cicho, najciszej jak się da – jeśli chcesz zobaczyć, jaka dziś jest niezwykła noc, a zapewniam cię, takiej nocy jeszcze nie widziałeś, bądź za pięć minut koło kapliczki. Tam na zakręcie, wiesz gdzie...

Zamknąłem na moment oczy, lecz gdy je otworzyłem, jej już nie było. Przy stole w drugim końcu sali, pod narysowaną ręcznie panoramą Beskidu, ręki Edwarda Moskali, nadal siedziało rozbawione towarzystwo, a góral Waluś wciąż opowiadał, z takim samym zapałem, jak poprzednio, choć z powodu nadmiaru wypitego piwa pewnie, składanie słów szło mu coraz ciężej... Przyszło mi nawet przez moment do głowy, że wymyśliłem sobie to spotkanie, ale mimo to dokończyłem szybko kolację i wyszedłem w umówione miejsce.

Od strony gór wiał lekki, chłodny, lecz nie zimny wiatr. Na niebie świeciły już niektóre gwiazdy. W dole zauważyłem światełka najwyżej położonych domostw Rycerki Koloni – też gwiazdy – zaiste, niezwykła noc! – lecz byłem sam. I wtedy poczułem, jak ktoś przytula się do moich pleców i kładzie mi dłonie na oczach.

 - Zgadnij kto? – usłyszałem znajomy głos.

- Wiem, oczywiście... Moja miłość, wielka miłość mojego życia, na którą czekałem... Boże – westchnąłem, odwracając się do Niej – gdzie byłaś te wszystkie samotne dni i bezsenne noce, gdy Cię szukałem?

- Czekałam, aż mnie znajdziesz – odparła.

- I teraz jesteśmy razem...

- Złap mnie! – zawołała i rzuciła się do ucieczki w poprzek trawiastego zbocza, łagodnie opadającego w stronę połyskujących spadłych gwiazd, domostw Rycerki Koloni. Pobiegłem za Nią i już po chwili miałem Ją w ramionach. Przewróciła się, ja upadłem także. Wtedy Ona obróciła mnie na plecy. Trzymała swoje dłonie na moich ramionach, a ja, leżąc pośród wysokiej trawy, widziałem nad sobą, wysoko, wysoko, coraz więcej bladych, ciekawych gwiazd, a nieco niżej drobną twarz Iwonki, i Jej włosy, włosy lekko muskane przez delikatny wiatr od gór...

Tak, niezwykła to była noc...

 

Nadszedł wieczór i znowu

gwiazdy nade mną gwiazdy

w oddali

szedłem wąską ścieżką

szedłem cicho by wspomnienie

ocalić

byłem sam i jedno pragnienie

być z Tobą

Razem

 

From: Iwona Kopaczewska (iwonka@poczta.serwer.pl)

Tu: Dżordż Dżefrej Kołelsky (kołelsky@amerikan.łipon.com)

Sabdżekt: Re: List

Grzesiu mój Najdroższy...

Przeczytałam Twój list. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że otrzymam odpowiedź. Że jeszcze pamiętasz... Wiesz... Masz rację, nie jestem szczęśliwa. Chciałabym cofnąć czas. Często w nocy siadam po turecku na łóżku, koncentruję swoje myśli – i próbuję. Wiem, że to głupie... Pewien profesor fizyki powiedział mi, że jesteśmy w stanie podróżować w czasie, ale tylko do przodu – do tyłu nie. Dobre i to – pomyślałam. Budzę się rano, a tu cały ten świat znikł rozp..rzył się zupełnie. Zostałam tylko ja i góry. Można by zacząć od nowa. Od nowa ulepić człowieka z gliny, od nowa nauczyć go kochać. Mogłabym się tym zająć, czemu nie. więc próbuję pchnąć czas – do przodu, do tyłu, obojętne...

Mam takie dziwne przeczucie, że mi się to jednak nie uda. Ale przynajmniej próbuję...

Ale, nie dokończyłam Ci.

Gdybym jednak zdołała cofnąć czas do dnia, w którym poinformowałam Cię o tym, że wychodzę za mąż... Młoda, głupia byłam. Mogłam zostać z Tobą, ale wydawało mi się, że znalazłam sposób na uproszczenie tego i tak skomplikowanego życia. Taką drogę na skróty. Ale znalazłam tylko cierpienie bezsens i samotność...

Natura wyrządziła człowiekowi wielką krzywdę, nie dając mu władzy nad czasem.

Pamiętaj o mnie, Grzesiu. Potrzebuję tego

Iwonka

 

 

Świerki płaczą...

Było dosyć ciepłe wrześniowe popołudnie. Marek leżał na łące opadającej spod szczytu Wielkiej Raczy i przez lekko usychające kłosy traw patrzył na nisko już stojące o tej porze słońce. Było cicho, tylko co jakiś czas zrywał się drobny wietrzyk.

Iwonka leżała obok, wsparta na prawej ręce. Lewą dłonią gładziła delikatnie włosy Marka.

- Jak tu przyjemnie – rzekł po pewnej chwili chłopak.

Iwona cofnęła dłoń, jakby porażona prądem. Podniósł się energicznie i przysunął do niej. Schyliła lekko głowę. Marek objął ją ramieniem i pociągnął parę razy swoją dłonią po jej włosach.

- Co się stało?

- Słyszałeś? – odpowiedziała pytaniem.

- Co miałem słyszeć, Iwonko? – spytał zdziwiony. – Jest przecież cicho... Cicho, jak rzadko kiedy.

- Tu jest cicho – rzekła, odwracając się lekko od niego. – Ale tam...

Wskazała ręką odległy masyw Lipowskiej. Spojrzał w tamtą stronę, ale nic nie zauważył.

- Oni tam umierają... – rzekła szeptem tak, że z trudem mógł ją usłyszeć.

- Gdzie?

- W Kirgizji...

Wstał i przeszedł na jej drugą stronę. Teraz mógł jej spojrzeć prosto w oczy. Płakała.

- Skąd ci to nagle przyszło do głowy? – spytał zaskoczony.

- Tak jest – rzekła, ocierając wierzchem dłoni łzę. – Mój bratanek tam pojechał...

- Na ochotnika?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Szukał pracy i wzięli go do wojska. Z początku nawet mu się podobało. Pisał, ze jest w porządku, żadnej fali... Aż pewnego razu załadowali ich do samolotów i mówią: lecimy do Kirgizji...

Nie mogła mówić dalej. Pochyliła głowę i rozpłakała się.

- A ja myślałem, że tylko ochotnicy...

- Ja też – rzekła, powstrzymując z trudem płacz. Słońce czerwieniało. Zawiał wiatr i lekko poszarpał jej włosy.

- Nie martw się – pocieszał ją. – Na pewno wróci...

- Wróci – potwierdziła. – W trumnie...

Przytulił ją mocno.

- Nie myśl teraz o tym –szeptał.

- Oni tam umierają – odparła. – Nieraz, jak ten cham, mój stary zaśnie, w mieście robi się na chwilę cicho. I wtedy słyszę – rozpryskujące się bomby, strzały z karabinów...

- Nie myśl o tym, proszę...

- Nic to cię nie obchodzi? – krzyknęła z wyrzutem, podnosząc nagle głowę, aż musiał się odsunąć. – Że oni tam umierają za kirgiską ropę? Że Kopaczewski targuje się z władzami miejskimi, że chcą od Dżeneral Softłer Polska kupić cztery place? Wiesz, na co im te place?

Przerwała na chwilę.

- Może pod jakieś inwestycje? – spytał niepewnie.

- Na cmentarz! – uściśliła. – Na cmentarz dla bohaterów wojny kirgiskiej. Zwożą ich już tylu, że nie ma gdzie chować!

- Niemożliwe – pokręcił głową. – Wiedzielibyśmy cos o tym. Prasa, telewizja...

- Kłamią – krzyknęła wstając. – Kłamią – zawołała, uciekając w stronę rosnącego kilkaset metrów dalej lasu. Wstał także, aby ją dogonić. Dobiegł do lasu, ale ona schowała się gdzieś. W lesie panował półmrok, więc chwilę musiał przyzwyczajać wzrok, zanim zaczął dokładnie rozpoznawać kształty. Poczuł się tak samotnie, jak dawno już się nie czuł. Podszedł do najbliższego świerka i oparł się o niego całym ciężarem ciała. Po chwili cofnął rękę. Była cała w żywicy.

- Ty też płaczesz? – spytał cicho. – Dlaczego? Skąd tu tyle łez?

Przykucnął i lekko pogładził pień drzewa. Nawet nie zauważył, jak stanęła za nim Iwona.

- Masz rację – rzekła, chociaż o nic nie pytał. – On uciekł przede mną...

- Kto? – spytał, odwracając się.

- Mój bratanek... nie chciał, abyśmy się dłużej spotykali. Poszedł na ochotnika... Nie wiedział, że będzie wojna... Gdyby nie ja, żyłby jeszcze...

- Wróci... – rzekł wstając, ale rzekł bez przekonania, trochę mechanicznie.

- Czy po tym wszystkim zechcesz jeszcze być ze mną? – spytała nieśmiało.

- Jasne – odparł zdecydowanie. Objął ją ramieniem, ona poddała się temu gestowi.

- Chodź – rzekł cicho. – Chodź szybko, bo nie obejrzymy zachodu słońca...

Niezwykły był tego dnia zachód słońca... Wielka, karminowa kula tonęła stopniowo we mgłach, którymi pozasnuwały się doliny, nie chowała się za widnokrąg, lecz jakby rozpływała w tych mgłach, rzeczywistych, a jakby nierzeczywistych, aż znikła całkiem, nie wiadomo kiedy, w jakiejś niekonkretnej sekundzie...

Tak umarł kolejny dzień.

A gdzieś na środkowym wschodzie pułkownik Zapukalski patrzył w nieprzepatrzoną noc i słuchał raportów od przybiegających z linii frontu co kilkanaście minut podoficerów. Na zewnątrz było ciemno niesamowicie, słońce zaszło dawno, kilka stref czasowych wcześniej, gwiazd nie było, nie świeciły Zapukalskiemu, który sam znalazł się nagle w obcym kraju, nie wiedząc, po co i nie znał języka, jakim kirgiscy pastuchowie rozmawiali z księżycem, przekonując go, by wyszedł z długiego cienia Pamiru.

- Panie pułkowniku – trajkotał niski gruby kapral, salutując. – Melduję posłusznie, że dajemy d..py na całej linii... O, przepraszam najmocniej pana pułkownika za grube słowo – poprawił się szybko.

- Idą transportery – odparł Zapukalski, zapalając papierosa.

- Na prawym skrzydle to istna jatka! – panikował kapral. -  Jak się nie wycofamy...

- Wytrzymać! – rzekł twardo Zapukalski.

- ...posiekają nas jak kapustę. Nikt żywy nie ujdzie!

- Wytrzymać... – powtórzył Zapukalski, ale bardziej mechanicznie i z ogromnym wysiłkiem woli. Gdyby miał to słowo powtórzyć jeszcze raz, nie starczyłoby mu siły. Spojrzał w okno.

W ciemnej nocy, od strony linii frontu, padł samotny strzał. „Może ktoś właśnie umarł?” – pomyślał Zapukalski, zaciągając się papierosem.

- Tak jest! – zawołał kapral. Pułkownik odwrócił się nerwowo, gdyż zapomniał już o obecności podoficera. – Tak jest, panie pułkowniku! Wytrzymać!

I szybko wybiegł w tę ciemną, nieprzyjazną noc. Zapukalski znowu wyjrzał przez okno, ale nic nie widział. Było przeraźliwie ciemno, nawet papieros, który wciąż tlił się w ustach Zapukalskiego, nie rozświetlał tych ciemności, nawet latarka polowa, która monotonnie kolebała się pod sufitem zaimprowizowanego naprędce sztabu nie dawała odrobiny światła poza wąskim kręgiem... Zapukalski zaciągnął się i wyjął papierosa z ust. Ileż jeszcze dni na tej nieprzyjaznej ziemi, na ziemi, na której wszystko, co żyje: trawy, skały, jaszczurki, kruki – sprzyjały komu innemu. A Zapukalski wiedział, po co tu przyjechał... Starał się o tym nie myśleć – ale myślał ciągle, te myśli stale włóczyły się tuż za nim, może o dwa kroki z tyłu – i dopadały, jak wściekłe psy, gdy choć na chwilę zatrzymywał się w biegu. Jak żywe stawały mu wtedy przed oczyma oczy innych ludzi, młodych chłopców o egzotycznej urodzie z karabinami nad głową. Krótka komenda w języku angielskim, jednakowo obcym temu, co ją wydawał, jak i tym, którzy jej musieli słuchać – i karabiny lądują u ich nóg. Jeszcze jedna komenda – kilkunastu strzelców składa się do strzału. A naprzeciw nich, pod ścianą stoją tamci. Zapukalski, z perspektywy kilku metrów obserwuje także. Zapala papierosa. Krzesiwo w zapalniczce nie chce dać ognia. Nawet głupi kamyk jest dziś przeciw niemu! Przeraźliwie gorąco. Gdzieś nad widnokręgiem krąży para górskich kruków. „Ciekawe” – myśli Zapukalski, nerwowo potrząsając zapalniczką – „czy te kruki, tak jak nasze tatrzańskie są monogamistami doskonałymi... Czy zawsze są ze sobą do śmierci? A gdy jedno umrze, drugie nie wiąże się po raz drugi... Jak wrócę, będę musiał koniecznie sprawdzić...” Wreszcie zapalniczka daje płomyk. Kropla żaru dodana do tego żaru, który od rana leje się z prawie bezchmurnego nieba. Tylko tamci stoją w cieniu jakiejś budowli, pamiętającej jeszcze czasy Imperium. Obok przechadza się sierżant Ułesarmi. Nic nie mówi, tylko patrzy. Zapukalski pali papierosa. Patrzy na twarz sierżanta. Jest tłusta, nalana, ledwo rysują się na niej dwa małe oczka. Potem na jednego z tych chłopców pod ścianą gmachu. Ileż może mieć lat? Dziewiętnaście? Osiemnaście? Mniej, na pewno mniej. A kilka metrów przed nim ten rząd strzelców złożonych do strzału. Po policzku chłopca cieknie mała łza i spływa aż do szyi. Zapukalski podnosi rękę. Wydaje krótką komendę. Zamyka oczy i słyszy przeraźliwy huk. Gdy otwiera oczy, nie widzi już głowy chłopca na tle muru, tylko sam mur. Strzepuje popiół z papierosa... „Czy do końca życia będzie mnie prześladował ten widok?” – pomyślał oficer kilka dni później, wpatrując się w tę ciemną górską noc.

W tym momencie zadzwonił telefon.

- Panie pułkowniku – rozpoznał głos generała. – Nie będzie transporterów.

- Przecież dogadaliście się z Kołelsky’m...

- Właśnie sobie palnął w łeb! – objaśnił generał. – Zostawił jakiś list, i teraz go odcyfrowują, co tam jest napisane...

„Zginęliśmy” – pomyślał Zapukalski, zaciągając się jeszcze papierosem. A tymczasem gdzieś w Nowym Jorku wiceprezydent, wysoki brunet, szef siajej, nieco niższy od wiceprezydenta i sekretarz obrony, wzrostu szefa siajej, ale szpakowaty, stali przy biurku Dżordża Dżefreja Kołelsky’ego ze spuszczonymi rękoma i patrzyli bezradnie na białą kartkę, która leżała na tymże biurku, o kilka centymetrów od głowy dyrektora. Głowa ta leżała na biurku jakby jakaś dynia albo arbuz, przypadkowo rzucony pomiędzy papiery, teczki, kontrakty... Jakby zupełnie tu nie potrzebna. Kołelsky zdawał się patrzeć na przeciwległą ścianę, lekko bokiem, szeroko otwartymi oczyma, których nie zdołał zamknąć ruchem dłoni wiceprezydent – i oto teraz ten człowiek zza oceanu, ale i stąd, patrzył gdzieś w przestrzeń, wzbudzając przerażenie każdego, kto usiłował zajrzeć mu w oczy. Na jego twarzy zamarł drwiący uśmiech, a z lewej skroni coraz wolniej ciekła krzepnąca strużka ciemnej krwi.

„Tak pragnąłbym być z Tobą teraz w górach, moja kochana...” – głosił napis na kartce.

- Po jakiemu to może być? – spytał wiceprezydent pozostałych mężczyzn, wskazując kartkę.

- Może po kirgisku... – rzekł niepewnie sekretarz obrony, biorąc białą kartkę do ręki. wyślizgnęła mu się z rąk na podłogę, więc musiał schylić się, żeby ją podnieść. – To by oznaczało, że to wcale nie było samobójstwo...

W tym momencie weszło dwóch lekarzy i sprzątacz-imigrant. Ten ostatni, nie przejmując się powagą chwili, którą zastał, podszedł do stojącej w rogu pokoju szafki, wyciągnął stamtąd wiadro, wyszedł z nim do przedsionka, gdzie napełnił je wodą, a po chwili wrócił i ustawił wiadro koło okna. Potem otworzył okno i zaczął je pocierać brudną szmatą.

- A ty tu po co? – spytał go wiceprezydent.

- Mam posprzątać. Kazali mi... – rzekł imigrant i uśmiechnął się głupkowato, odwracając na chwilę głowę w stronę stojących wokół biurka. Jednak zaraz wrócił do swej roboty. Jeden z lekarzy próbował na siłę wyczuć puls u zmarłego, drugi stał obok i nie bardzo wiedział, co ma teraz zrobić.

- No dobra – rzekł wiceprezydent – Wy dwaj, weźcie go do kostnicy – rzekł jeszcze do lekarzy. – Panie sekretarzu, proszę za mną...

Po chwili wyszli wszyscy, został tylko szef siajej i imigrant, pracowicie myjący okno. Ten pierwszy trzymał cały czas w ręku kartkę, którą dał mu, wychodząc sekretarz obrony. Szef siajej wpatrywał się w nią intensywnie, lecz nic nie rozumiał, ani jednaego znaku.

- Palnął sobie pan dyrektor w łeb – rzekł sprzątacz od niechcenia. – A ponoć list zostawił jakiś...

- Tak – rzekł szef siajej mimo, że z niższym personelem właściwie nie rozmawiał. – Ale to chyba po bułgarsku. Bo pan Kołelsky pochodził z Bułgarii. Muszę dać do ekspertyzy.

- A mógłbym rzucić okiem? – spytał sprzątacz. – Może będę znał...

- A co? Jesteś Bułgarem? – zdziwił się mężczyzna.

- Nie, Polakiem...

Szef siajej cofnął się dwa kroki i przyjrzał sprzątaczowi. Potem znów podszedł do niego na bardzo bliską odległość, mógł mu niemal spojrzeć w oczy.

- Przecież nie jesteś czarny!

- A dlaczego miałbym być? – zdziwił się imigrant.

- Bo Polska leży w Afryce! – odparł błyskotliwie Amerykanin.

- Nie, w Europie – sprostował sprzątacz. – I nawet należy do nato...

Szef siajej otworzył usta w wyrazie zdumienia, ale podał imigrantowi kartkę.

- Tu jest napisane, że chciałby być teraz w górach z jakąś kobietą – wyjaśnił sprzątacz. – To do niej jest adresowane...

- A ty skąd wiesz?

- Bo to po polsku!

- Nie, to jest po macedońsku! Kłamiesz!

Szef siajej chwycił za słuchawkę i szybko wykręcił numer.

- Ochrona? Mam tu podejrzanego o udział w zabójstwie Dżordża Dżefreja Kołelsky’ego, chodźcie go zaraz aresztować, bo ucieknie...

Sprzątacz stał jednak bez ruchu i spokojnie poczekał, aż kilku mężczyzn w mundurach ochrony weszło i skuło go w kajdanki.

W środkowej Azji, w górach Pamiru wschodziło już słońce. Dochodziło już południe, zanim wygramoliło się ponad wysokie masywy tych potężnych gór i zajrzało do strażnicy wojsk sprzymierzonych przez rozbite okno.

Najpierw jego promienie napotkały na podłodze roztrzaskaną donicę, którą jakiś gigantyczny przeciąg, a może nie przeciąg wcale, strącił z parapetu. Dalej przewrócone krzesło, powywracane szafy, walające się po podłodze papiery, czymś poplamione. Wreszcie stół, a na nim leżał spokojnie pułkownik Zapukalski, wyciągnąwszy ręce przed siebie.

W plecy miał wbity długi kindżał.

 

 

(Straszny sen pułkownika Zapukalskiego)

Nad miastem powietrze stało. Nie był to letni zaduch, lecz upał wrześniowy, niosący zapach babiego lata i dojrzałych śliwek, jednak idącemu ulicą mężczyźnie wydawał się on równie trudny, jak nie trudniejszy do zniesienia, niż gorący sierpniowy dzień.

Był to wojskowy, dość wysoki mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, lekko szpakowaty. Szedł spokojnie, nie śpiesząc się zanadto, ale i nie ociągając, rozglądał się wokół siebie co jakiś czas, patrzył na ludzi leniwie snujących się ulicami miasta, aż wreszcie doszedł do celu swojej drogi, jaki stanowił budynek gimnazjum numer trzy, przejęty na czas interwencji przez Sztab Korpusu Czwartej Armii Państwa.

W budynku panował miły chłód, lecz jednocześnie dość intensywny mrok, więc wchodzący musiał zatrzymać się przy wejściu na parę chwil, zanim ruszył długim korytarzem dalej. Mijał teraz sale, które jeszcze przed wakacjami służyły dzieciom do zdobywania wiedzy, a teraz stanowiły siedziby licznych komisji, werbujących ochotników do interwencji pokojowej w Kirgizji, ewidencjonujących wyjeżdżających, odznaczonych i skazanych przez sądy wojskowe oraz tych, którzy już nigdy nie wrócą.

Mijał te wszystkie pokoje wojskowy, który właśnie przyszedł, aż znalazł ten właściwy. Zapukał i wszedł.

Była to typowa sala lekcyjna, z ławki i krzesłami których nawet nie wyniesiono. Za biurkiem nauczycielskim siedział tu ubrany w szary garnitur mężczyzna sporo starszy od wchodzącego, całkiem już siwy, niezbyt wysoki, natomiast dość potężnej budowy ciała. Gdy zobaczył przybyłego, wstał i zasalutował zamaszyście prawą ręką, podczas gdy lewa, bezwładna, zwisała wzdłuż ciała, jak niepotrzebny balast. Mężczyzna w mundurze zasalutował także i podszedł do biurka.

- Pułkownik Radomir Zapukalski – przedstawił się gość. – Poinformowano pana, że przyjdę...

- Tak – odparł siedzący za biurkiem mężczyzna. – Henryk fon Blok, major rezerwy. Witam pana.

Sięgnął zdrową ręką do teczki leżącej na parapecie, położył ją przed sobą i rozwiązał, używając ciągle prawej ręki.

- Mam tu pana dokumenty – zamruczał jakby do siebie i zaczął wertować papiery znajdujące się w teczce, przyciskając do piersi. – Promocja oficerska, przydział... ładnie, ładnie... Srebrny krzyż zasługi dwa lata temu... – mruczał ciągle pod nosem. – I co? – zwrócił się do siedzącego naprzeciwko pułkownika. – Jeszcze pan nie był na wojnie i chciałby pan pojechać? – spytał z wyraźną nutką szyderstwa w głosie.

- Panie majorze – odparł pułkownik skonfundowany. – Przy całym szacunku, pan ma za zadanie zachęcać ochotników, a w każdym razie na pewno ich nie zniechęcać...

- Zadanie – powtórzył niechętnie fon Blok. – Ale ciekawi mnie... Mnie, jako człowieka, co też pana skłoniło do podjęcia tej decyzji...

Zapukalski otworzył usta, lecz zanim coś powiedział, major dodał prędko:

- Bo chyba pan nie wierzy w te dyrdymały o przywracaniu pokoju bagnetem? Wygląda pan na całkiem inteligentnego...

- Mam pensję oficerską – mówił Zapukalski takim tonem, jakby odczytywał własny wyrok. – Trójkę dzieci i żonę bez pracy i bez szans na pracę... Jestem... Mam obowiązek zapewnić mojej rodzinie godną egzystencję...

- I w tym celu chce pan pojechać mordować Kirgizów? – spytał zaczepnie fon Blok.

- Kto mówi o mordowaniu? Przecież to misja pokojowa...

- Z karabinami najnowszej generacji? Pociskami samonaprowadzającymi? Nocnymi bombowcami?

- Panie majorze...

- Niech pan posłucha, pułkowniku – przerwał mu major. – gdy miałem tak ze trzydzieści lat, bo był i taki okres w moim życiu, choć być może nic na to nie wskazuje, otóż kiedy miałem te trzydzieści lat i byłem niestarym jeszcze porucznikiem, zgłosił się do mnie jakiś reżyserek i powiedział, niech pan uważa, że chce zrobić film o drugiej wojnie światowej, i chciał... Teraz niech pan uważa! – krzyknął podnosząc palec wskazujący. – Zaproponował, aby nasza kompania przebrała się w niemieckie mundury z czasów wojny i zagrała oddział Wehrmachtu. Wyobraża pan sobie?! I wie pan, co wtedy, co ja powiedziałem?!

W tym momencie major z rozmachem chwycił swoją bezwładną lewą rękę w zgięcie łokcia prawej ręki i wykrzyknął:

- O takiego wała!! Tak mu powiedziałem! Taka była kiedyś armia! Kiedy honor nie był pustym słowem!

- Przy całym szacunku – rzekł nieśmiało pułkownik. – Honorem rodziny nie nakarmię...

- Przed wojną u nas w poznańskiem panowała straszna nędza. I wie pan, co myśmy  bratem robili, żeby wyżywić rodzinę? Otóż rano szliśmy na rynek. Z torbami. Po rynku chodziły gołębie. Mój brat miał siłę w nodze, to podchodził i energicznie zasadzał takiemu gołąbkowi kopa. A ja, wtedy mały szkrab, biegłem za tym gołębiem, który nie miał siły lecieć – i buch go do torby! Potem brat brał go przez torbę i ukręcał łeb. O tak! A gdy mieliśmy już tak z dziesięć, niosło się do domu, skubało – i był obiad!

Tu przerwał, po czym dodał, już spokojniej:

- Ale pana brzydzi zabijanie gołąbków, nie? No, to będzie pan zabijał ludzi. Trudno...

Po czym wstał zamaszyście i zasalutował, a następnie wyciągnął rękę w stronę pułkownika, który wstał także.

- Gratuluję! Został pan mianowany dowódcą polskiego kontyngentu sił pokojowych w Kirgizji – rzekł fon Blok, potrząsając ręką pułkownika.

Rozmawiał wieczorem ze swoją kobietą, drobną i szczupłą żoną, Anną-Marią, w której zakochał się w wieku dwudziestu lat, i której wierny pozostał aż do tej chwili. Patrzył na jej puszyste, dłuższe włosy, a ona siedziała po turecku na fotelu, ręce skrzyżowawszy na piersiach.

- Zrobiłem to – powiedział cicho. – Poszedłem tam i...przyjęli mnie.

- Więc jedziesz? – rzekła równie cicho Anna-Maria.

- Zdecydowałem się. Rafał za rok zda maturę.

 

Tydzień później olbrzymi transportowiec podchodził do lądowania na pasie lotniska polowego we wschodniej Kirgizji. Pułkownik patrzył przez okienko na góry, olbrzymie góry na horyzoncie, rdzawej barwy, zaczerwienione przez zachodzące słońce. Samolot zatrzymał się wreszcie, rozwinął schodki. Pułkownik wyszedł niepewnie. „Co za dziwna pogoda jest dziś” – pomyślał – „a może w tym kraju to normalny stan...?”. Nie było ani zimno, ani ciepło. Lekki wiatr niósł ze sobą zapach piachu i był nieco cieplejszy od otaczającego powietrza. Lotnisko znajdowało się na dość wysoko wzniesionym grzbiecie, czego w pierwszej chwili pułkownik nie zauważył, gdyż był to dodatkowo grzbiet bardzo rozległy. Dopiero teraz, gdy wysiadł z samolotu, widział wyraźnie, zarówno po prawej, jak i po lewej stronie w oddali głębokie doliny, a za nimi rude, wydłużone masywy górskie. „Pamir” – pomyślał i przypomniał sobie, że kiedyś bardzo chciał zobaczyć te dzikie góry środkowej Azji – „a więc moje marzenie spełniło się... A to dopiero...”  Na przeciwko szedł generał armii amerykańskiej. Spotkali się w połowie drogi między samolotem a wejściem na lotnisko. Podali sobie ręce.

- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu.

- Generał Tomas Lukas, koordynator misji pokojowej. Tak się cieszę z przybycia sił polskich! – rzekł szczerze. – Po kolacji osobiście zapoznam pana z sytuacją na froncie walki o światowy pokój...

Spotkali się w budynku, który kiedyś pełnił być może jakąś inną funkcję, ale już od bardzo dawna nie pełnił funkcji żadnej. Generał Lukas przestawiał kolorowe chorągiewki na wielkiej mapie ściennej, formował z nich front o różnym kształcie i opowiadał o postępach wojsk koalicji, które bez większych przeszkód poruszały się w głąb kraju. Ale pułkownik go nie słuchał, tylko patrzył przez okno na te odległe, tajemnicze masywy górskie, w miarę zapadającego zmierzchu coraz bardziej tajemnicze. Momentami odnosił wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, że jego tu wcale nie ma, że śpi we własnym łóżku u boku ukochanej żony Anny-Marii, i że zaraz obudzi się z westchnieniem ulgi, że to jednak nieprawda. Nie działo się przecież nic złego, nic, co by mogło wzbudzać lęk w pułkowniku Zapukalskim – a jednak bał się on czegoś, choć sam nie wiedział czego...

A wieczorem, gdy było już całkiem ciemno i  Zapukalski wracał z narady wojskowej na swoją kwaterę, którą stanowił szpital przejęty przez siły pokojowe i zaadaptowany na potrzeby wojska, skręcił z drogi i wyszedł przez bramę poza teren koszarów. Wiał lekki ciepły wiatr. Już po chwili wzrok Zapukalskiego przyzwyczaił się do ciemności, i zaczął nawet rozpoznawać w tych ciemnościach kontury odległych i bliższych grzbietów pasma Pamir. Gdzieś w dolinie krzyknęło jakieś nieznane Zapukalskiemu zwierzę. I wtedy poczuł nagłe uderzenie. Ktoś z tyłu chwycił go mocno za szyję i usiłował obezwładnić. Momentalnie sięgnął po pistolet, skierował lufę za swoje lewe ramię i wystrzelił, lecz napastnik był szybszy i w ostatniej chwili potrącił rękę pułkownika trzymającą pistolet. Strzał nie sięgnął celu, odbił się dudniącym echem od odległych potężnych gór.  Napastnik puścił Zapukalskiego i przyjrzał mu się bliżej.

- Oficer sił pokojowych – rzekł ze zdziwieniem. – Czyż nie? (Yznt yt?)

Był to człowiek średniego wzrostu, dość przysadzisty, o twarzy, która u jednych mogła wzbudzać sympatię, u innych zaś, jak u Zapukalskiego, obrzydzenie. Wyglądał na człowieka niezbyt inteligentnego, prawdopodobnie na skutek nieproporcjonalnie wysokiego czoła. Miał na sobie mundur podoficera armii amerykańskiej.

- Człowieku, mogłem cię zabić! – krzyknął pułkownik (Aj kud kiliu, meen!)

- Co pan robi o tej porze poza koszarami? – spytał podoficer.

- Oddycham świeżym powietrzem. Chyba wolno...

- Kirgiskie noce bywają niebezpieczne – odparł rozmówca pułkownika. (Kirgiżjan najc mej bi dandżerus) Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował Zapukalskiego, a następnie podał mu ogień. Sam zapalił również. – Starszy sierżant Brus Łyllis, dowódca kompanii wartowniczej. – rzekł wypuszczając lekko do góry kłęby dymu.

- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu. Ja bym jeszcze kawałek poszedł, mogę? (Mejaj?)

- Może pan... Ma pan niezły refleks, ale... po co? (Łotfor?)

- Posłuchać ciszy i szumu wiatru. Pooddychać górami... Uwielbiam góry, panie sierżancie.

- Nie rozumiem, ale... może pan iść, skoro tak – odparł sierżant. (Aj dont andestęd, bat... jumej goł, dzen...)

Teraz szedł kamienistą ścieżką lekko w dół w stronę rozległej doliny którejś z rzek, Amu-Darii lub Syr-Darii, nie wiedział. W pewnym momencie znów usłyszał szelest. Wyjął pistolet z kabury i odbezpieczył, celując w stronę czegoś, czego nie widział dokładnie w ciemnościach. Jednocześnie cofnął się kilka kroków. Szelest powtórzył się. Pułkownik zamknął oczy, zacisnął powieki, a następnie otworzył je znowu. Teraz zauważył w ciemności ruchomy kontur człowieka.

Przed nim stał młodzieniec, chłopak właściwie, chudy i niewysoki, z karabinem jeszcze radzieckiej produkcji. Gdy zobaczył Zapukalskiego, cisnął karabin na ziemię. Teraz pułkownik widział go wyraźnie – chłopak miał pociągłą twarz i ogromne, wystraszone oczy.

- Nie strielac’ – krzyknął. – My druzja! Frendz!

- Ruki wwierch! – krzyknął Zapukalski. Chłopak natychmiast podniósł ręce do góry.

- Chcę żyć! – jęknął łamaną angielszczyzną chłopak. – Nie zabijajcie mnie! Chcę żyć!

- Chodź ze mną – rzekł pułkownik. – Nic ci się nie stanie. Chodź, a ocalisz życie.

Chłopak posłusznie skinął głową i rozejrzał się. Pułkownik wskazał mu znajdujące się nieco w górze światła budynków zajętych przez kontyngent.

– Paszli! – rzekł krótko.

Szli teraz we dwóch – chłopak z lekko podniesionymi rękoma, a za nim Zapukalski z odbezpieczoną bronią. Znowu zawiał lekki, ciepły wiatr.

- Kto idzie? – usłyszeli głos w ciemnościach (Chuzdzer?). Zapukalski poznał znajomy głos sierżanta Łyllisa.

- To ja – odparł (Ic mi). – Wracam do obozu. (Ajem gołing bek tude kemp.)

- A on? – spytał Łyllis. Teraz pułkownik widział wyraźnie jego krępą sylwetkę w ciemności.

- Jeniec. Spotkałem go nieco niżej...

Łyllis podszedł bliżej. Był tego samego wzrostu, co Kirgiz. Chwycił go ręką za głowę i uważnie przyjrzał się jego twarzy.

- Szpieg – rzekł szybko. (E spaj!)

- Czego tu szukałeś? – krzyknął do jeńca. (Łot aju łer serczing for?) – Mów!

- Panie sierżancie – rzekł Zapukalski. – Pragnę panu przypomnieć, że to mój jeniec. Ja go wziąłem do niewoli. (Aj hew kapczerd him.)

- Pomódl się do swojego boga – krzyczał coraz głośniej Łyllis, jakby nie słysząc pułkownika. Jeniec stał w bezruchu, nie rozumiejąc.

- Ogłuchłeś?! – krzyczał Łyllis (Aju def?!) – Pomódl się, bo może czynisz to po raz ostatni w życiu!

- Panie sierżancie! – krzyknął Zapukalski widząc, co się dzieje. Nie zdążył jednak. Sierżant Łyllis energicznie wyjął broń i wystrzelił. Zapukalski stał jak wryty. Później zrozumiał, że w takiej sytuacji powinien choć zamknąć oczy. Huknął strzał. Jeniec stał przez pewien czas w miejscu, jakby sierżant chybił, lecz nie mógł przecież chybić, gdyż stał o dwa metry od niego. Dopiero po kilku sekundach zachwiał się i upadł ciężko na ziemię.

- Dlaczego pan go zabił?! – krzyknął Zapukalski do sierżanta.

- To był szpieg! Mógł przekazać informacje o rozmieszczeniu naszych wojsk! – odparł zdecydowanie Łyllis.

- Oddał broń! Był zatem jeńcem! Nie wolno zabijać jeńców!

- Walczył po stronie zła, pułkowniku! – odpowiedział bez wahania sierżant.

- Obiecałem temu człowiekowi życie, jeśli złoży broń!

- Więc ma pan coś w rodzaju moralnego niepokoju – rzekł spokojnie Łyllis i uśmiechnął się głupkowato. – Ale to już tylko pana problem... (Bat ic onli jors prablm...)

Zapukalski stanął teraz naprzeciwko Łyllisa. Podniósł prawą rękę. Wzbierała w nim wściekłość. Pułkownik był spokojnym człowiekiem, ale teraz najchętniej rozszarpałby sierżanta na strzępy. Już przygotował dłoń do ciosu na odlew, gdy poczuł odpływ wszelkich sił. Stał przez moment nieruchomo w tej dziwnej pozie, próbując jeszcze zebrać choć trochę sił do uczynienia tego, co wydało mu się najbardziej słuszne. Sierżant stał również, z półotwartymi ustami, nie rozumiejąc. Zawiał lekki wiatr. „Nie ma księżyca” – zauważył Zapukalski. – „Dlaczego nie ma? Powinien teraz wyjść zza gór...” – i opuścił rękę z wyrazem rezygnacji.

- Papieroska? – spytał Łyllis, jakby nigdy nic.

- Wsadź sobie swojego papierosa w d...! – krzyknął Zapukalski. Wyminął stojącego bez ruchu sierżanta i ruszył pewnym krokiem, choć ze spuszczoną głową w stronę bramy głównej koszar.

Niebawem dotarł do pawilonu, w którym niegdyś leczono ciężko chorych, a po którym teraz ganiali się podchmieleni żołnierze obcej armii, wykrzykując przekleństwa w obcym, nigdy na tej ziemii nie słyszanym języku.

Tego dnia Zapukalski długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku szpitalnym, które przydzielono mu do spania. Na dole hałasowali pijani oficerowie amerykańscy. Poza tym było cicho. Wręcz przeraźliwie cicho.

Wreszcie Zapukalski wstał. zapalił nocną lampkę i usiadł przy biurku. Położył przed sobą kartkę, wziął do ręki długopis. I miał wrażenie, że ręka sama zaczyna biec po papierze, kreśląc słowa nawet nie do końca uświadomione.

Anno-Mario, Najjaśniejsza Plamko moich źrenic!

Nie wiem czy mówiłem Ci dostatecznie często, jak bardzo Cię kocham. Jak bardzo jesteś mi bliska. Teraz tu, daleko od domu, od naszych miejsc, czuję to jeszcze bardziej. I pragnę podziękować Ci za te chwile trzydzieści lat temu, gdy szliśmy razem w jesiennej mżawce Doliną Kościeliską, trzymając się za ręce. I gdy pierwszy raz powiedziałaś mi to, co zawsze chciałem od Ciebie usłyszeć. Dziękuję, że wtedy, w naszych górach, pomogłaś uwierzyć mi, że ludzie mają serca, bo dziś w górach znacznie wyższych i dużo bardziej odległych musiałbym w to zwątpić.

Odłożył długopis. Pogniótł kartkę i rzucił w kąt pokoju, będącego niegdyś salą szpitalną. Wziął następną.

Anno-Mario, Jedyna Moja!

Widziałem dziś, jak zabito człowieka. Przepraszam, że Ci o tym piszę, ale muszę to komuś powiedzieć. Chciałbym krzyczeć o tym na cały głos, tak by cały świat usłyszał. Że ten tępy żołdak podszedł do niego, do chłopaka, który był może w wieku naszego Rafała, a może nawet młodszy. Że ten chłopak miał może matkę, która teraz siedzi gdzieś w odludnej wiosce pośród tych ogromnych gór i z niepokojem serca czeka, aż jej syn wróci. Może miał dziewczynę, która siedzi teraz z matką, trzyma ją za rękę i mówi: niech pani się nie martwi, wróci na pewno. Że ten facet po prostu wyjął pistolet i strzelił do bezbronnego człowieka, który nic, absolutnie nic nie zrobił i nie powiedział w chwili nieuchronnej śmierci. Że kilkanaście minut wcześniej, gdy brałem go do niewoli, obiecałem mu, że jak złoży broń, będzie żył...

Nie wiem, po co ci to piszę ale

Znów pogniótł kartkę i rzucił ją w ślad za pierwszą. Nie wziął jednak następnej, lecz oparł łokcie o biurko, wsparł głowę na łokciach i zamknął oczy. Otworzył je jednak zaraz. Wydawało mu się, że tuż za jasnym kręgiem światła z lampki stoi sierżant Łyllis naprzeciwko jeńca i krzyczy: „Pomódl się do swojego boga, bo może czynisz to ostatni raz w życiu!”. Ale to złudzenie, w pokoju nie było nikogo poza Zapukalskim. Na dole pijani amerykańscy oficerowie poszli już spać. Było cicho.

Jeno wyjmij mi z tych oczu

   szkło bolesne, obraz dni,

   który czaszki białe toczy

   przez płonące łąki krwi.*)

„Skąd ja to znam?” – pomyślał Zapukalski. Lecz zaraz gdzieś w głębi mózgu usłyszał dalszy ciąg:

Jeno odmień czas kaleki,

przykryj groby płaszczem rzeki,

zetrzyj z włosów pył bitewny,

tych lat gniewnych, czarny pył.*)

Wziął teraz zupełnie nową kartkę, długopis i napisał:

Anno-Mario, Moja Jedyna!

Więc dotarłem na miejsce. Jak tu jest? No cóż, musiałem przekroczyć kiedyś smugę cienia, oddzielającą świat dobry od złego. I zrobiłem to dziś wieczorem. co dalej? Niebo bezgwiezdne nade mną, a co we mnie – wolę nie myśleć.

Twój, na zawsze Radek

 

 

 

Katowice. Dni mijały powoli i monotonnie. Te dni... Żyłem jak w transie – oby do weekendu, oby już był piątek.

Na studiach – bez większych zmian. W akademiku – także po staremu. Tylko bałagan coraz większy. Nasi sąsiedzi z mechanicznego nie przestrzegają grafiku sprzątania. A Janusz – Kurzy Dziób, powiedział, ze za nich roboty odwalał nie będzie. W sumie brud koło ścian w kuchni zbiera się coraz większy. A w garnku z kaszą, którą ktoś sobie kiedyś gotował (ale teraz nikt się nie przyznaje) urosła już pleśń na dwa centymetry. Ciekawe, kiedy wreszcie zacznie komuś przeszkadzać...

W firmie – także nic nowego. Burczyk powtarza mi bez przerwy, że jestem do niczego i nie umiem pracować w zespole. Prawdziwą awanturę zrobił mi kilka dni temu, gdy się trochę spóźniłem. To nie była moja wina – na mieście, przed Urzędem Wojewódzkim kilka osób protestowało przeciwko wojnie w Kirgizji. Policja obstawiła całe centrum, musiałem iść dookoła. Gdy opowiedziałem to Burczykowi, to ten błazen Zabierajłło odparł głupkowato, że on się mało nie spóźnił, bo na jego drodze ufoludki zrobiły blokadę; na szczęście szybko znalazł objazd. Kilka osób parsknęło śmiechem, a wtedy Zabierajłło obrócił się i spytał: „A co, Zyga? Może nie wierzysz w ufo?”. „Wierzę” – odparł jego kumpel –„Wczoraj mnie złapali i robili na mnie eksperymenty medyczne. A potem wszczepili mi do mózgu mikroprocesor. i powiedzieli, ze z początku będę miał problemy z utrzymaniem równowagi, potem będzie mnie trochę głowa bolała, ale jak będę pił dużo kefirku, to przejdzie.” . „Koniec gadania” – przerwał im wtedy Burczyk – „Opowieści sajensfikszyn mogą poczekać do fajrantu.”

- A przepraszam bardzo, panie kierowniku – rzekł nieśmiało jeden z pracowników, wątły i chudy, z nadzwyczaj smutną miną.

- Co? – spytał Burczyk ze zniecierpliwieniem w głosie.

- A, bo ja mam taki pomysł na ulepszenie projektu...

- Panie Tomaszu, niech pan nic nie ulepsza, tylko się pan bierze do roboty – poradził mu Burczyk.

- Tomuś Dziakicz matury nie ma – mruknął Zabierajłło.

- Nieprawda – zaprzeczył Tomuś smutnym głosem.

- A co? – spytał ironicznie Zabierajłło. – Już kupiłeś od Ruskich? I słusznie, Tomuś – rzekł niemal uroczyście, odwracając się od komputera. – Bardzo słusznie! We własną edukację warto inwestować!

Dziakicz chciał cos odpowiedzieć, ale ubiegł go stojący kilka kroków za nim Zyga Kołtun:

- A kto napisał „Jądro ciemności”?

- Nie wygłupiajcie się – rzekł ze zniecierpliwieniem w głosie Dziakicz.

- No, powiedz kto? – podchwycił Zabierajłło.

- No, wiem – odparł Tomuś, podnosząc prawą rękę do ust. – No... Żeromski...

Kilka osób uśmiechnęło się, ktoś wypowiedział półgłosem jakiś komentarz.

- Conrad – poprawił go Zyga.

- No... ten... – plątał się Dziakicz – Ale nazwisko panieńskie... to znaczy, pierwsze nazwisko Conrada, to było Żeromski...

- Korzeniowski – sprostował Zabierajłło.

- No, ale... pamiętałem, że na żet... to znaczy: na ka... to jest...

- ...na i się kończy – podpowiedział mu Kołtun i obaj z Zabierajłłą zaczęli się śmiać. Dziakicz zwiesił smętnie głowę i zrobił taka minę, jakby za chwile miał się rozpłakać. Zauważył to Zabierajłło i rzekł:

- No, nie płacz już, Tomuś – i dodał z naciskiem w głosie: -  Przynajmniej byłeś kreatywny...

Kołtun śmiał się do rozpuku, co chwile przytrzymując za brzuch. Marek również, mimo iż próbował zachować, powagę, uśmiechnął się. Widząc tę sytuację Burczyk stwierdził, ze prawdopodobnie jest to objaw zmęczenia i trzeba przewietrzyć pomieszczenie, a sam zarządził przerwę na papierosa. Wszyscy pracownicy powoli wstawali od swoich stanowisk i wychodzili. Marek wyszedł również.

Zabierajłło podszedł do okna, odsunął żaluzje i otworzył jedno z okien na oścież. Z najbliższego stanowiska pracy sfrunęła na podłogę kartka i zatrzymała się przy sąsiednim krześle.

- Joachim – rzekł Dziakicz podchodząc do Zabierajłły, który otwierał kolejne okno. – Dlaczego ty rozpowiadasz, ze ja nie mam matury?

- Bo nie masz – odparł krótko Zabierajłło, mocując się z klamką, która prawdopodobnie się zaklinowała. – Chodziliśmy razem do liceum, pamiętam, że cię wywalili po drugiej klasie – dodał, odwracając się do rozmówcy. Prawie wszyscy wyszli na korytarz, w pomieszczeniu zrobiło się pusto. Wiatraczki, niestrudzenie chłodzące procesory komputerów, szumiały monotonnie.

- Zrobiłem maturę w liceum dla pracujących – drążył temat Dziakicz. – A wiesz dobrze, ze z naszego liceum wyrzucił mnie dyrektor z wilczym biletem, bo nie podzielał moich poglądów politycznych...

- No, tak – podchwycił Zabierajłło. – Ty paliłeś zioło, a on nie. To chyba o tę różnicę światopoglądową poszło, czy nie?

Szarpnął jeszcze raz za klamkę, lecz okna i tak nie zdołał otworzyć. Podszedł do swojego stanowiska, sięgnął do teczki i wyjął z niej zawiniętą w papier kanapkę, którą szybko rozpakował i nadgryzł.

- Ale, Joachim – marudził dalej Tomuś. – Nie mów wszystkim, że ja nie mam matury. I że mnie wylali ze szkoły... To mnie obraża...

Zabierajłło chciał cos powiedzieć, ale ponieważ miał pełne usta, machnął tylko ręką, jakby oganiał się od Dziakicza, jak od natrętnej muchy.

Na korytarzu wszyscy pracownicy – jacy wydawali się teraz podobni do siebie nawzajem, w półmroku pozbawionego okien korytarza – jedli swoje drugie śniadanie, palili papierosy lub rozmawiali. Burczyk usiłował coś powiedzieć Dorocie, która stała w pobliżu, lecz ona najwyraźniej nie chciała go słuchać. Po kilku minutach pracownicy z wolna wracali do sali komputerowej. Porządkowali coś przy monitorach i rozpoczynali na nowo pracę. Zabierajłło podszedł do Doroty.

- Przepraszam panią bardzo – rzekł, gdyż nawet on nie był z nią na ty. – Chciałbym zapoznać się z procedurami w bibliotece deelel, którą pani teraz pisze, gdyż muszę uwzględnić...

- Przepraszam bardzo – przerwała mu Dorota. – Niech pan nie patrzy się na mój biust!

- Co? – zdziwił się Zabierajłło. – Ja się patrzę na pani biust?!

- Tak, od dłuższego czasu – rzekła Dorota, coraz bardziej zdenerwowana. – I jak pan natychmiast nie przestanie, oskarżę pana o molestowanie seksualne w miejscu pracy!

Zabierajłło otworzył usta, chciał coś powiedzieć, ale bąknął tylko „przepraszam”, spuścił głowę i zaczął od nowa:

- Chciałem zapoznać się...

- Niech pan, z łaski swojej nie patrzy się tak na moje nogi – przerwała mu Dorota. – A w ogóle, to nie mam przyjemności z panem rozmawiać – i usiadła do swojego stanowiska. Joachim odwrócił się na pięcie i usiadł także przy swoim komputerze.

Mijały długie godziny pracy zespołu magistra Burczyka. Nieruchomą ciszę jesiennego popołudnia, złapaną w klatkę zbyt ciasnych murów, raz po raz druzgotał stukot klawiszy klawiatury i monotonny szum wiatraków. Zegar wolno, wolniutko posuwał wskazówki do przodu...

Mijał kolejny dzień życia Marka Gudora...

Dochodziła jedenasta wieczorem. Część osób z zespołu zakończyła już pracę na dziś, ale wielu jeszcze pracowało. Przerwała im dopiero gruba sprzątaczka, która wjechała właśnie o jedenastej z równie pękatym odkurzaczem na salę.

- No, kończyć to programowanie, kończyć! - krzyknęła silnym basem. Na te słowa Burczyk wstał, poprawił lekko krawat, po czym rzekł:

- Koledzy, myślę, że na dziś możemy już zakończyć pracę. Jak ktoś ma pilne zajęcie, może ewentualnie jeszcze skończyć w domu.

Powstał ruch. Pracownicy wstawali, otwierali teczki, coś do nich wkładali... Blade niewyspane cienie - mógłby powiedzieć ktoś, kto widział tę grupę przy słabym migającym oświetleniu, pochodzącym od jarzeniówek podwieszonych pod wysokim sufitem. Sprzątaczka stała po prawej stronie drzwi, trzymając w ręku rurę od odkurzacza jak strażniczka. Marek skierował się w stronę drzwi.

- Panie Budor - zawołał Burczyk.

- Gudor - poprawił Marek zatrzymując się.

- Będę jechał koło pańskiego akademika, więc mogę pana podrzucić. Nie będzie musiał się pan włóczyć po nocy - zaproponował kierownik projektu.

- W porządku, dziękuję bardzo.

Po chwili schodzili już razem schodami w dół, do podziemnych garaży firmy. Gdy znaleźli się w jasno oświetlonym garażu, Marek przyjrzał się uważnie Burczykowi. Zauważył, że tamten był przeraźliwie blady, a oczy miał jakby zapadnięte w głąb czaszki. „Może jest chory?” - pomyślał. Tymczasem Stefan wytrenowanym ruchem otworzył drzwi swojego samochodu za pomocą pilota i obaj wsiedli. Burczyk sprawnie wycofał go tyłem ze stanowiska, zanim przejechawszy pajęczą sieć podjazdów i estakad znalazł się na ulicy. Dłuższą chwilę mężczyźni nic do siebie nie mówili. Dopiero Marek przerwał milczenie:

- Panie magistrze!

- Słucham - rzekł Burczyk, nie odrywając wzroku od szosy przed maską samochodu.

- Chciałbym pana o coś zapytać... To jest takie... no, trochę osobiste...

- Niech pan pyta - odparł Burczyk, prawie przyjaźnie.

- Czy nie miałby pan ochoty... czasami... zwolnić?

- Tu jest ograniczenie do osiemdziesięciu, bo to trasa przelotowa. Wcale nie jedziemy za szybko.

- Ale ja nie o tym, tylko o... życiu... No, przestać tak poświęcać się pracy i...

- Profesjonalizm oznacza poświęcenie się temu, co się robi - wyjaśnił Stefan. Zdanie to w jego ustach zabrzmiało prawie jak sentencja.

Przez chwilę milczeli, po czym Marek spytał znowu:

- Ma pan rodzinę?

- Nie, nie mam. Mama umarła dwa lata temu. Na serce. A ojciec...

- Miałem na myśli żonę, dzieci...

- Na to jest czas. Jestem jeszcze młody... Powiedziałem sobie, że najpierw zdobędę odpowiednie do swoich kwalifikacji stanowisko, a potem zwrócę się do tej, która jest panią mego serca, i jeżeli wtedy mnie zechce...

Nie dokończył. „Pani mego serca” - powtórzył w myślach Marek słowa, które jakoś nie pasowały mu do bladego technokraty w szarym garniturze. Jechali równo pustą trasą przelotową. Przed sobą widzieli snop świateł samochodu, po bokach nie było widać nic, jedynie od czasu do czasu pojawiały się migające na żółto sygnalizatory.

- Ma pan panią swojego serca, magistrze? - spytał znowu Marek.

- Uhm. Jest nią Dorota, pan wie, ta kobieta w naszym zespole. Ale... niech to zostanie między nami, dobrze?

Gudor poczuł nagle dziwną więź z tym człowiekiem, który co rano wypominał mu, czego to on jeszcze nie zrobił. Poczuł nawet coś w rodzaju zdziwienia, że Burczyk kocha, i to kobietę z krwi i kości.

- Kiedy jej pan to powie?

- Mówiłem panu, gdy dojdę do odpowiedniego stanowiska i będę gotów, aby założyć rodzinę...

- A jakie stanowisko jest dla pana odpowiednie?

- Dyrektor generalny Dżeneral Softłer Polska - wyrecytował Burczyk.

Nie jechali już trasą przelotową, tylko zwykłą miejską uliczką, wśród zapyziałych kamienic. Zaraz byli też w pobliżu akademików Katowickiej Akademii Technicznej.

Minęła północ.

 

Wstawał dzień...

Iwonka obudziła się, przetarła oczy wierzchem dłoni i wsparła na łokciu. Obok niej leżał Kopaczewski na wznak i lekko sapał. spał jeszcze głęboko. Nie chcąc go budzić, Iwonka cicho wstała z łóżka i udała się do łazienki. Tam spojrzała w lustro. Znów zobaczyła tę twarz, bladą, ze zmarszczkami wokół oczu, twarz starej kobiety. Jednym ruchem ręki zrzuciła z siebie nocną koszulę. Stała teraz całkiem naga przed lustrem i uważnie patrzyła na swoje odbicie. Dawniej widok własnego ciała napełniał ją specyficzną radością, lecz dziś czuła jedynie obrzydzenie, patrząc na zbyt wystający brzuch i obwisłe, jej zdaniem piersi. Podniosła lewą dłoń na wysokość serca i lekko podtrzymała lewą pierś, lecz puszczona znów opadła.

Po chwili Iwonka była już ubrana pod samą szyję w czarną sukienkę i ciemnoszary żakiet. Wyszła z łazienki do sypialni, aby wziąć swoją torebkę. Kopaczewski powoli budził się i usiłował przewrócić się na bok, co nie było dla niego proste.

- Gdzie idziesz tak rano? – spytał zaspanym głosem usłyszawszy, ze ktoś wszedł.

- G..no cię to obchodzi! – odparła opryskliwie.

Chwilę później, gdy trzasnęła drzwiami i zbiegła na dół, znalazła się już na sennej o tej porze miejskiej ulicy. Szła tą ulicą, dumna, wyprostowana, lecz smutna wyraźnie, coraz smutniejsza w miarę, jak dochodziła do budynku dawnego gimnazjum numer trzy, którego tabliczkę ktoś zasłonił krzywo przyklejoną kartkę z dużym napisem: „Podsekretariat stanu ds. wojny. Oddział wojewódzki w Katowicach.”

Pod budynkiem kłębiło się już sporo ludzi, głównie starszych, lecz trafiali się także sporadycznie młodsi, głównie kobiety.

- Kiedy wywiesicie listy?! – dopytywał się pewien starszy mężczyzna urzędnika, który na chwilę wyszedł przed budynek. Urzędnik był szczupły, dosyć wysoki, ubrany w nienagannie skrojony garnitur.

- Niech pan nie popędza, bo pani Zosia znowu zawiesi komputer, jak w zeszłym tygodniu... – uspokajał.

- Ale ja chcę tylko wiedzieć, czy mój syn jeszcze żyje. Gdyby pan mógł szybciutko sprawdzić. Nazwisko  - Grudziński – nalegał mężczyzna.

- A gdzie się panu tak spieszy? – spytał ironicznie mężczyzna.

- To w końcu mój syn... chcę wiedzieć, czy zginął, czy już go wiozą w trumnie...

- Za moment wywiesimy listy – mówił urzędnik jednostajnym spokojnym głosem – i każdy będzie mógł tam każdego odnaleźć...

Mężczyzna uznał, że nic nie wskóra i odwrócił się demonstracyjnie do urzędnika plecami. Wtedy jego wzrok napotkał Iwonkę.

- Ma dwadzieścia lat – rzekł do niej, gdyż odczuwał potrzebę wygadania się komuś. – I mógłby jeszcze długo żyć, gdyby go te cholery nie wcieliły – pokazał ręką stojącego urzędnika.

- Na wojnę jadą tylko ochotnicy – sprostował urzędnik, dosłyszawszy.

- D..pa! – odparł dosadnie mężczyzna. – Sam byś pojechał, ty buraku!

W tym czasie jakaś kobieta krzyknęła: „Wywieszają!” i cała ciżba rzuciła się do tablicy ogłoszeń, na której jeszcze kilka miesięcy temu wisiał plan lekcji, a do której teraz wysoka i chuda pani Zosia przypinała pinezkami inne tabele, zawierające cztery kolumny: liczba porządkowa, nazwisko i imię, numer nieśmiertelnika, wiek... Wszyscy ludzie starali się jak najbliżej podejść aby odnaleźć, bądź nie odnaleźć nazwisko kogoś bliskiego. Iwonka patrzyła z dystansu. Litera P... Dużo, dużo nazwisk na P. Piotrowski Lech, lat dwadzieścia jeden. Pluta Radomir, dwadzieścia dwa. Płochociński Sergiusz, dwadzieścia. Pragacz...? Nie ma. Czyli żyje. Zamknęła oczy, po czym otworzyła je i jeszcze raz spojrzała na tablicę. Mogła już odejść. Tłum także powoli rozchodził się. Jedna kobieta, starsza już, rzuciła się z płaczem w stronę urzędnika, który cały czas stał w progu, jakby na warcie wywieszonego właśnie spisu nazwisk.

- Bandyto jeden! – krzyczała. – Zabrałeś mi syna!

- Pani syn umarł w słusznej sprawie – tłumaczył spokojnie urzędnik. – Zginął w walce z terroryzmem. Umarł za bezpieczeństwo świata...

- Dlaczego ty nie pojechałeś, debilu cholerny! – krzyczała opętana szałem kobieta. – W d..pie mam bezpieczeństwo świata! Mój syn nie wróci do domu!

Iwonka szła w stronę swojego domu. Szła powoli, spokojnie, z nadzieją, że człowiek, na którego powrót tak czekała – żyje jeszcze gdzieś tam daleko i że być może dane jej będzie jeszcze go zobaczyć.

Odruchowo spojrzała w niebo. Rano było pogodne, tak jej się przynajmniej wydawało. Teraz jednak zaciągnęło się chmurami i przybrało zwykłą szarą, miejską barwę.

Poprawiła włosy.

 

- Wciąż pani patrzy przez to okno... – rzekł po długiej chwili milczenia. – To dlatego, że wychodzi na wschód, prawda?

Powiedział to mężczyzna, wsparty o framugę drzwi, do drobnej, niewysokiej kobiety w średnim wieku, o nieco dłuższych puszystych włosach. Ubrana w lekko wyciągnięty sweter, stare spodnie dresowe i bosa, rzeczywiście cały czas stała w oknie, zwrócona plecami do gościa.

- Boże, żeby tak na mnie ktoś kiedyś czekał... – westchnął mężczyzna.

- Chyba już panu odpowiedziałam – mruknęła niechętnie kobieta. – Nic z tego. Nie wezmę w tym programie udziału...

- Słyszałem – rzekł mężczyzna i spuścił głowę.

- Więc może pan już sobie iść...

- Więc mogę iść – potwierdził. Stał jednak wciąż w tym samym miejscu, nie ruszając się. – On nie wróci – rzekł wreszcie.

Odwróciła się częściowo do niego. Teraz mógł zobaczyć jej twarz – niezbyt wyraźnie, gdyż rozproszone zachodzące słońce przykrywało ją długimi cieniami – zauważył jednak, że ma bardzo ładne oczy, i nawet chciał jej to powiedzieć, ale ona odezwała się pierwsza:

- Skąd pan wie?

- Oni nigdy nie wracają. Chyba, że w trumnach...

- W waszych programach mówicie co innego...

- Taki mam zawód. Kłamca...

- I chciał pan – rzekła, odwracając się już całkiem do niego – żebym wystąpiła w pańskim programie i uwiarygadniała wasze kłamstwa?! Kłamcie sobie, jak chcecie, ale mi dajcie spokój!

Znów odwróciła się plecami.

- Niech pan już wyjdzie – rzekła.

- Pani Anno-Mario! Ja... ja nie chcę...

- Więc czemu pan jest dziennikarzem? – spytała, znowu odwracając się do niego lekko.

- Chyba z tego samego powodu, z którego pani mąż wyjechał do Kirgizji...

Przyjrzała mu się uważniej.

- Niech pan usiądzie – zaproponowała, wskazując stojący przy stole fotel. Nie usiadł jednak, lecz podszedł do niej bliżej.

- Pani Anno-Mario! Nie jest pani jeszcze starą kobietą, nie może pani reszty życia stać przy oknie wychodzącym na wschód!

Był już całkiem blisko.

- Pani Anno-Mario...

Nie opierała się, gdy przyciągnął ją ramieniem i objął. Uległa temu gestowi, podeszła bliżej, zostawiając z tyłu okno, za którym gdzieś daleko, daleko został jej mąż.

- On już nie wróci – szepnął jeszcze dziennikarz. – On już może nie żyje, ale my żyjemy...

Delikatnie położył dłoń na jej głowie i ostrożnie przeciągnął ręką po jej włosach.

A gdzieś daleko, na drugim końcu świata, w innym kraju, zastępca prokuratora rejonowego, człowiek niespotykanie gruby siedział rozparty w swoim fotelu i jedząc chrupki czyli cipsy o smaku mocarella-japko-papaja, rozmawiał z siedzącym naprzeciwko wyraźnie wystraszonym mężczyzną.

- I jak? – wybełkotał, mając pełne usta cipsów. – Przyznajesz się do udziału w zabójstwie Kołelsky’ego?

- Nie! – zaprzeczył zatrzymany. – Nie zabiłem go! Jak boga kocham!

Zastępca prokuratora sięgnął ręką do torebki po kolejną garść cipsów.

- To posiedzisz do jutra... – rzekł, gdy już je przełknął.

- Przecież to wolny kraj! – bronił się zatrzymany. – nie możecie mnie więzić dłużej, niż dwadzieścia cztery godziny...

- ...bez nakazu prokuratora – dokończył jego rozmówca. – To ja zaraz taki nakaz wystawię! O!

I mówiąc to, sięgnął do stojaka po serwetkę, coś na niej nabazgrał długopisem, który wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki – skuwkę w tym czasie trzymał w zębach.

- ...do dyspozycji prokuratury... – mruczał pod nosem - ...na następne dwadzieścia cztery godziny... Jeszcze podpis, pieczątka...

Wziął ze stołu pieczątkę, namoczył w tuszu i przybił ją do serwetki.

- I bęc! Jest nakaz prokuratora...

- Jak długo tak będziecie mnie trzymać – jęknął aresztant.

- Dopóki się nie przyznasz – odparł zastępca prokuratora i znowu sięgnął po garść cipsów. – Ja chcę zakończyć tę sprawę. A ty mi to uniemożliwiasz! Dlaczego jesteś dla mnie taki niedobry?

- Nie mam z tym nic wspólnego! – powtórzył dobitnie zatrzymany.

- To skąd wiesz, co było napisane na kartce?

- To było po polsku. A ja jestem Polakiem...

- D...pa! – przerwał mu zastępca prokuratora. – Nad tym karteluszkiem biedzą się profesorowie wszystkich filologii świata uniwersytetu w Mysigen! I wiesz co? Doszli do wniosku, że w żadnym języku świata nie ma takich słów! To musiał być jakiś szyfr!

Po chwili dodał:

- A może uważasz, że jesteś mądrzejszy od całego sztabu amerykańskich naukowców, ee?!

Nacisnął domofon i rzekł:

- No, zabierzcie go...! Znowu nic...

 

 

 

 

Zabłąkane spojrzenia

pośród nijakiego tłumu

dwa słowa na stacji

metra

wymienione pospiesznie i ukradkiem

zapach Twych włosów

zostawiony dla mnie

w wysokich zimnych hallach

to wszystko co od Ciebie

mam

to tak mało...

 

Zwardoń. Więc zgodnie z umową, spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Szczerze mówiąc, do końca nie wierzyłem, że Ona się zjawi - bo czym innym jest dać komuś przyrzeczenie, a czym innym je wypełnić. A jednak zjawiła się. Wyglądała tu inaczej, niż w mieście, młodziej radośniej. Tego samego dnia ruszyliśmy na Wielką Raczę i zdecydowaliśmy zostać tam do niedzieli. Pogoda była całkiem dobra, lecz po południu pojawiły się mgły i w powietrzu zapanowała wszechobecna wilgoć, która osiadała na bluzie z polaru i na włosach. Po pewnym czasie mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Nie było widać koron mijanych w lesie drzew, a jedynie samotne pnie i rozmiękniętą drogę kawałek przed nami. Doszliśmy już późnym wieczorem.

Następnego dnia z rana było trochę zimno i chyba nawet spadła mżawka, chociaż nie jestem pewien. Po południu mgły opadły i ukazały się widoki, poszliśmy więc na łąkę, popatrzeć na odległe Tatry. Były rzeczywiście widoczne, przede wszystkim szczyty, gdyż w dolinach jeszcze zalegały mgły. Było cos niepokojącego w tych odległych lecz potężnych górach, wyłaniających się z morza mgieł. Usiedliśmy na konarze powalonego drzewa i patrzyliśmy w zachwycie przed siebie, daleko - tak jak pierwszego dnia, gdy Ją poznałem. W pewnym momencie Ona położyła mi głowę na ramieniu i spytała szeptem, czy chciałbym z Nią zostać na całe życie, i pójść z Nią wszędzie, nawet na koniec świata. Zdziwiłem się, miała przecież męża. Odpowiedziała, że planuje wystąpić o rozwód. Nie kocha go, on także Jej nie kocha, nie ma co dalej tego ciągnąć. Powiedziałem, że byłbym szczęśliwy mając u swojego boku taką kobietę, jak Ona, więc gdyby tylko zechciała... Wstaliśmy. Ukląkłem przed Nią na kolana i zapytałem (wiem, to beznadziejnie sentymentalne; ale moje przeżycia są moją własnością, a nie krytyków sztuki, więc nie martwiłem się wtedy o to), czy zechce za mnie wyjść. Uśmiechnęła się, pochyliła, odparła cicho, ledwie dosłyszalnie „tak” i pocałowała mnie w policzek.

Kocham Iwonkę Kopaczewską - Marek Gudor.

 

Przyśniło mi się

że wiał wiatr a ja

leciałem nad miastem

 

Twoje Ciało

to był spektakl

w półsekundowej odsłonie

 

Nawet nie wiesz jak łatwo

wpadłem w klatkę

Twoich dłoni

 

Wróciła do domu około jedenastej wieczorem i była przekonana, że jej mąż już od dawna śpi. Cicho weszła zatem z korytarza do mieszkania, delikatnie zasunęła zasuwę. Przeszła po omacku do głównego pokoju i zapaliła światło. Zdziwiona zauważyła, że nie spał - siedział na swoim wózku koło okna i teraz patrzył lekko przymrużonymi oczyma na nią. Chwilę po jej wejściu milczał jednak. To milczenie zaniepokoiło ją trochę. Odruchowo poprawiła włosy.

- Gdzie się szlajałaś, lafiryndo? - spytał wrogo.

- Wyczuwam w twoim głosie, że musiałeś się za mną bardzo stęsknić - rzekła ironicznie Iwona.

Nie zareagował. Podjechał trochę w kierunku środka pokoju i spytał:

- Gdzie byłaś?

- W górach, wiesz o tym dobrze. Jadę tam, kiedy tylko mogę...

- Sama? - zapytał podejrzliwie.

Odetchnęła głęboko. Ciągle stojąc w drzwiach, przestąpiła z nogi na nogę.

- A jeżeli nie sama, to co? - spytała zaczepnie. - I w ogóle, co ci do tego? Nie jestem twoją niewolnicą!

- Ale jesteś moją żoną - odparł niespodziewanie spokojnie Kopaczewski.

- Przecież z tobą nie pójdę w góry - zauważyła. - Wiesz o tym...

Podjechał jeszcze bliżej. Był może o dwa, trzy metry od niej.

- Ślubowałaś mi wierność... - rzekł, ale nie do niej, lecz jakby do siebie, może w powietrze.

- Twoja matka prosiła, żebym za ciebie wyszła. Podobno szantażowałeś ją, mówiąc o samobójstwie. Już zapomniałeś?

- Nie kochałaś mnie? Ani chwili przez te dwadzieścia lat? Nigdy?

Pytania te zadał tonem nie znanym Iwonie wcześniej. Przez moment poczuła się winna i chciała się wytłumaczyć.

- To... nie tak - zaczęła siadając na brzegu fotela. - Jestem z tobą... przecież... Mimo wszystko, ale...

- Nie kochasz mnie. Nie kochałaś mnie nigdy - mówił spokojnie.

- Słuchaj... to...

- A przecież to wszystko dla ciebie - zawołał patetycznie Kopaczewski. - Dlatego zostałem dyrektorem tej firmy. Duże mieszkanie, samochód, ranczo... Po co byłoby tyle pieniędzy staremu inwalidzie?

- Doceniam to, co dla mnie robisz - zaczęła dyplomatycznie Iwona - ale nie możesz oczekiwać, że cały czas będę spędzała z tobą. Takiego poświęcenia nie wymagaj ode mnie. Jestem jeszcze młodą kobietą...

- Tak? - przerwał jej Kopaczewski. - Młodą kobietą? Jesteś starą, zużytą babą! Gdybyś nie miała moich... naszych pieniędzy, żaden mężczyzna by się tobą nie zainteresował!

- Akurat! - krzyknęła. - To spytaj swojego pracownika!

Kopaczewski pobladł.

- Którego pracownika?

- Każdego, który mnie zna! Niech ci powie, czy jestem starą babą?!

Kopaczewski wykonał obrót w miejscu i odjechał do swojego pokoju.

- Chciałam rozwodu - krzyknęła za nim - ale sąd nie dał mi go! Ze względu na ciebie, pamiętasz! Że kaleka, te sprawy, a tu do śmierci, wierność...

Nie odpowiedział nic. W domu zaległa martwa cisza...

 

Zwardoń. Najbardziej lubię w górach pierwszą połowę października. Buki są wtedy całkiem złote, jarzębiny brązowo-czerwone, a do tego mnóstwo uroczych mgieł snuje się po dolinach. Lubię chodzić tymi mgłami, to pozwała zapomnieć o tym, co zostawiłem. A teraz, gdy już nie jestem sam... Mam przy sobie drugą osobę, kobietę, której mogę pokazać to wszystko. Mogę Ją obsypać złotem buczyn, albo przytulić mocno i ucałować. Tak. Rzuciłem jej do stóp całe moje życie, a Ona padła mi w ramiona - nie sądziłem, że to się zdarza na prawdę.

Poznaję Ją, choć wiem, że nigdy do końca Jej nie poznam. Czerpię z Niej całymi garściami, choć wiem, że nigdy nie będzie całkowicie moja...

Chodzimy razem górskimi ścieżkami, prze purpurowe lasy i  dzikie łąki, przez góry, ten mały obszar na ziemi, zostawiony ludziom takim, jak my. Wdychamy pełną piersią powietrze, pełne zapachu ziół i żywicy świerkowej. Przeżywamy razem tę ciszę niesamowitą, jak spektakl, grany dla nas i z myślą tylko o nas.

W schroniskach coraz mniej ludzi. Ostatni weekend byliśmy na Przegibku. Przeszliśmy przez Będoszkę i Praszywki, do Soli. Już wiem na pewno - ma to swój urok, taka miłość niebanalna. Świadomość, że na cały tydzień musimy się rozstać, nie patrzeć na siebie, by potem...

W niedzielę drzwi otworzył mi Janusz - „Kurzy Dziób”, z podbitym okiem. W końcu prodziekan spełnił swoją groźbę. Ale oficjalnie mówi się, że Janusz poślizgnął się i upadł. Do późnego wieczora dyskutowaliśmy w pokoju na temat, dajmy na to, sensie życia.

 Po południu jestem w Dżeneral Softłer Polska. Ledwie przyszedłem, wchodzi do nas (wjeżdża?) dyrektor Kopaczewski i mówi:

- Panie Burczyk, ten ostatni projekt, który od pana dostałem jest do... do kitu!

- To jest pierwsza wersja - bronił się Burczyk. -Będzie poprawiana...

- No, przecież - denerwował się Kopaczewski - wiem, że w tej wersji nie trafi to na rynek! Przecież to knot nad knoty!

Podniósł obie ręce do góry, nad głowę, aby lepiej oddać sens słów „knot nad knoty”. Następnie ruchem ręki poprosił Burczyka bliżej. Kierownik nachylił się i wtedy Kopaczewski spytał go cicho:

- Panie Burczyk, co panu przeszkadza w stworzeniu porządnego kawałka programu?

Ponieważ Burczyk nie odpowiedział od razu, dyrektor drążył dalej:

- Praktykant?

 Marek odwrócił się lekko na krześle.

- Uhm... - mruknął niepewnie Burczyk. - On jest... trochę...

- Okej. Ale podpisaliśmy umowę na półroczną praktykę dla niego. Musi tu zostać...

Po chwili dodał jeszcze:

- Zastanawiałem się, czy nie dać go gdzie indziej... ale pan rozumie, nikt nie chce takiego problemu...

Zmrużył oko, wykonał sprawny zwrot wózkiem, choć niezupełnie w miejscu i wyjechał. Gdy tylko zniknął, Burczyk podszedł do Marka.

- Słyszał pan rozmowę z szefem? - zaczął. - Pan rozumie...

Powiedziawszy to, usiadł do swojego stanowiska. Wszyscy pracowali w milczeniu, aż do przerwy na lancz. Tradycyjnie, Burczyk zamówił pizze u tego samego dostawcy, co zawsze. I tradycyjnie, pracownicy jedli w milczeniu. Ten i ów odkładał co jakiś czas swój posiłek, żeby szybko dopisać jedną czy dwie linie kodu. Jeżeli ktoś coś powiedział, był to wulgarny dowcip lub jakaś złośliwa docinka pod adresem innego współpracownika.

Marek jadł w milczeniu. W pewnym momencie odłożył na bok swoją porcję, na papierową tacę i wstał.

- Będzie pan to kończył? - spytał siedzący obok mężczyzna.

- Nie...

- A ja mogę?

- Proszę bardzo, nie jestem głodny

 

Zwardoń. Góry nie tylko są piękne. One pozwalają człowiekowi zrozumieć samego siebie. Ostatnio, gdy padał drobny deszczyk, a ja czekałem pod rozłożystym klonem na Iwonkę, podszedł do mnie starszy, łysawy mężczyzna w brązowej kurtce, o lekko szpiczastych uszach. Stanął również pod drzewem. Z początku nic nie mówił, tylko, tak jak ja, wpatrywał się w kręgi na kałużach, wytwarzane przez spadające krople deszczu. Kręgi te rozchodziły się promieniście, łączyły ze sobą i nakładały, tworząc fantastyczne obrazy interferencyjne. Co jakiś czas odkaszlnął. Potem zaczęliśmy rozmowę. Przedstawił się jako bóg. Myślałem, że to wariat. Ale nie, przyznał się do stworzenia świata, więc musiał mówić prawdę. Potwierdził, że świat stworzył źle i byle jak, i dziś by się za to w ogóle nie brał. Mówiąc to odkaszlnął, gdyż miał chore płuca. Potem zniknął gdzieś w mgłach, które stale już snuły się po lasach. Słyszałem jeszcze z daleka, jak odkaszlnął głośno.

Byłem sam.

Tego samego dnia poszedłem na Przegibek. Myślałem, że Ją spotkam – ale nie przyjechała...

Gdy jadłem kolacje, znany mi już góral Waluś znowu snuł swoje osobliwe opowieści, rozmawiając z tym samym towarzystwem, co poprzednio. I wtedy siedzący obok drzwi młody blondyn z nieco dłuższymi włosami, wstał i podszedł do tego górala, a następnie powiedział cicho:

- Zdaje się, że pan tu zna wszystkie ścieżki, mam rację?

- Panie kochany, lepiej niż ktokolwiek! – odparł pewnie Waluś.

- Niż pogranicznicy?

- Nawet niż sarny i zające... A co?

- Chodź pan na zewnątrz – rzekł młody. – Przewietrzymy się...

Gdy byli już na zewnątrz i stanęli obok drewnianej werandy wprowadzającej na jadalnie tak, aby być poza zasięgiem okien jadalni, turysta poczęstował górala papierosem, sam zapalił również. Zaciągnął się głęboko dymem z papierosa, po czym powoli wypuścił go w powietrze, lekko do góry. Rozejrzał się dookoła, spojrzał na zalesione stoki Bani i Abramowa, odszukał miejsce, gdzie z lasu wychodzi szlak i przewędrował wzrokiem wzdłuż tej polnej ścieżki, pomiędzy pojedynczymi zabudowaniami osady Przegibek aż do schroniska PTTK, przed którym stali.

- Mam sprawę – rzekł.

- A ja chyba wiem, jaką – odparł wesoło Waluś. – Wojsko panu chce bilet w jedną stronę do Kirgistanu kupić, co?

- Pudło! – zawołał młody. – Wojsko, to mi akurat nic nie może, bo za mną korporacja stoi. Mam inną sprawę...

- No, to wal pan!

- Ale to co pan usłyszy – zostaje między nami !

- Choćby nie wiem co!

- Chcę pana wynająć na przewodnika, żeby mi pan wszystko tu w okolicy pokazał i objaśnił. Bo są plany – tu ściszył głos. – Są plany, żeby tu zbudować lotnisko. I autostradę transeuropejską. I normalnie, nowy jork cały!

Waluś aż zaniemówił z wrażenia.

- Ale to wszystko prywatne...

- Wykupi się, niech pan się o to nie martwi...

- A lasy?

- Wytniemy!

- To przecież parku krajobrazowego!

- Wystąpimy ze sprawą do sądu przeciw parkowi – rzekł spokojnie rozmówca. – Oni tę sprawę przegrają.

- Do sądu? A o co?

- Czy to ważne, o co? Nasi prawnicy, najlepsi z najlepszych, całymi dniami szukają powodu. I w końcu znajdą....

- Ale... las żywi...

- A pan – pracuje w lesie?

- No, ja to nie, bo mam chory kręgosłup. No, nie mogę.

- A gdzieś pan w ogóle pracuje?

- No, nigdzie.

- To będzie tak – za oprowadzenie mnie po okolicy dam panu, hmmm... Tysiąc sześćset złotych?

- Chryste panie – westchnął Waluś.

- A to na początek. Bo gdy już to wszystko, co panu mówiłem, powstanie, będzie pan dyrektorem.

- Ja? Dyrektor? Przeca to trzeba szkoły mieć... i te... studia! A ja mam pięć klas podstawówki!

- Panie kochany! Jakie szkoły? Jakie studia? Musi pan być kreatywny! Przedsiębiorczy! No, słowem nadawać się! W żadnej szkole pana tego nie nauczą!

- A ja się nadaję? – spytał nieśmiało Waluś.

- Nikt lepiej, niż pan... To co – jutro o piątej rano?

- Będę!

- Emilian Wydynin – rzekł blondyn, wyciągając rękę w stronę górala. – Architekt urbanista.

- Walenty Ćmok – odparł góral. – Ale we wsi wszyscy mnie „Waluś” wołają.

Emilian uścisnął dłoń górala i odwrócił się w stronę zalesionych stoków Bani. Walusia już nie było – biegł jak na skrzydłach drogą jezdną do Rycerki Kolonii. Wydynin poprawił ręką włosy i sięgnął po drugiego papierosa. Przed nim szumiał leniwie las, szemrały strumienie – a on widział już dziesiątki kilometrów szos, autostrad, lotnisko, stacje benzynowe, hipermarkety. „Ale burak!” – pomyślał jeszcze o Walusiu i uśmiechnął się lekko – „prędzej papież syfilisu dostanie niż on posadę kierowniczą”. Zaciągnął się jeszcze raz i wszedł do schroniska.

Te gwiaździste, beskidzkie noce... Jednego razu, pamiętam, szliśmy kolejny raz szlakiem granicznym na Przegibek, ale ponieważ był piękny słoneczny dzień, więc zatrzymaliśmy się nieco dłużej na zboczach Abramowa, przy starym wiatrołomie. Drzewa, pozwalane przez silny wicher na stos, jak zapałki, dawno już zdążyły porosnąć mchem. Zatrzymaliśmy się, zdjęliśmy plecaki i spoglądaliśmy na dolinę Vychylovki po słowackiej stronie. Cały dzień nam zszedł na wygrzewaniu się w późnowrześniowym słońcu.

Lasem do samej przełęczy szliśmy już po ciemku. Z nieba docierał do górnych partii drzew odblask dawno zaszłego słońca, jednak gdy spoglądaliśmy pod nogi, nie widzieliśmy wyraźnie wystających korzeni i kamieni. Szliśmy powoli, wsłuchując się w odgłosy śpiącego lasu. Od czasu do czasu nad naszymi głowami przeleciał niemal bezszelestnie puszczyk. Gdzieś w oddali zaryczał jeleń... W pewnej chwili wyciągnąłem rękę w bok i trafiłem na Jej dłoń. Chwyciłem ją delikatnie i dalej szliśmy już razem, blisko siebie. Znowu zaryczał jeleń. Poza tym było cicho.

Gdy dotarliśmy do skraju lasu, zatrzymałem się na moment. Tak dobrze tu było, tak bezpiecznie... W pobliskich chałupach okna świeciły ku nam bladym światłem zapalonych lampek, rozproszonym przez zasłonięte firanki. Zaorane pole, rozciągające się aż do niewielkiego zagajnika, takie gładkie w ciągu dnia, teraz pokryte było setkami dłuższych i krótszych cieni, rzucanych przez pojedyncze źdźbła traw, większe grudki ziemi czy kamienie. Spojrzałem na zachód, skąd cienie te brały swój początek. Słońce nie zaszło jeszcze całkiem, jak mi się wydawało w lesie, lecz rozpalało trawiaste wzgórza Beskidów, bliższych polskich i dalszych słowackich. Spojrzałem Jej w oczy. Próbowałem odczytać, znaleźć odpowiedź na pytanie, na które odpowiedź chciałem znać od dawna. Nie znalazłem. Utonąłem w Jej oczach po raz kolejny, bez nadziei bez ratunku...

Ten sam zachód słońca podziwiał inny młody człowiek, stojący na tym samym wiatrołomie, na którym cały prawie dzień spędzili Marek i Iwonka. Słońce schowało się już całkiem, gdzieś w dolinach Spisza, można by powiedzieć, ale jego promienie docierały jeszcze do ziemi, dając tym, którzy mieli okazję go obserwować niezwykły spektakl, jedyny i niepowtarzalny. Mężczyzna ten stał spokojnie, oparty prawą nogą o omszony pień zwalonego drzewa, lekko zmrużonymi oczyma patrzył ponad dolinę gdzieś daleko, daleko, może w masyw Wielkiego Rozsudźca w Małej Fatrze, zwalistą górę piętrzącą się okazale, której wszystkie skałki, niewidoczne w ciągu dnia, można było dostrzec dzięki cieniom, które rzucały na zbocza masywu. A może jeszcze dalej...

Gdy poczuł za sobą czyjś oddech, nie poruszył się. Nie zareagował, nie odwrócił się. Nie rzucił się do ucieczki, chociaż jeszcze kilka minut wcześniej zrobiłby to niewątpliwie. Odwrócił się dopiero, gdy przybysz, stojąc kilka metrów za nim, kazał mu podnieść ręce do góry i odwrócić się. Spojrzał jeszcze raz w stronę fantastycznie podświetlonej Małej Fatry i powoli odwrócił się, zgodnie z rzuconą krótko i niedbale komendą. wiedział, kim jest jego rozmówca, spodziewał się go, jednak w skutek zachodu słońca, i magicznego zauroczenia, jakiego doznać można tylko w górach i tylko jesienią – nie zrobił nic, aby uniknąć tego spotkania. Teraz przyjrzał się mu dokładnie. Stał przed nim sierżant wojsk ochrony pogranicza i lekko mrużył oczy, gdyż teraz to jego oślepiało karminowe, płonące beskidzkie niebo. Twarz jego także wydawała się być pokryta tą samą materią, co niebo i dalsze masywy gór.

Zawiał delikatny wiatr i zmącił spokój wyższych gałęzi drzew, stojących na skraju lasu. Znowu gdzieś zaryczał jeleń.

- Dezerter?

Nie bronił się. Skinął głową.

- Dostałem powołanie tydzień temu. Do analizy skażeń...

Pogranicznik podszedł bliżej. Był niższy prawie o głowę.

- Chemik?

- Tak... Z Politechniki Śląskiej – odparł cicho.

Pogranicznik stanął tuż obok niego i spojrzał w tym samym kierunku, w którym młodzieniec patrzył jeszcze przed chwilą. Niebo powoli gasło. Młody mężczyzna odwrócił się także.

- Po co to panu było? – spytał spokojnie pogranicznik. – Siedziałby pan teraz na tyłach frontu, obliczał dopuszczalne skażenie terenu i dni do powrotu... Po co pan uciekał?

Otworzył usta, ale nie odpowiedział. Patrzyli razem, jak Wielki Rozsudziec powoli zamienia się z karminowego olbrzyma, w granatowy, posępny cień, nierealny i nieprawdziwy.

- Dostane czapę – stwierdził raczej po chwili, niż zapytał chłopak.

- Chodźmy – rzekł żołnierz, zachęcając go zamaszystym ruchem ramienia. – Spektakl skończony...

Masyw Rozsudźca zrównał się barwą z jesiennym beskidzkim niebem. Nad doliną Vychylovki rozbłysła nieśmiało pierwsza gwiazda.

 

Pociąg jechał powoli, wlekł się nawet, więc na każdej stacji spóźnienie było coraz większe i większe. Był prawie pusty. Marek siedział sam w przedziale, rozparty wygodnie w fotelu i wodził nieprzytomnym wzrokiem za mijającymi polami i lasami. Dojechał wreszcie - do innego miasta. Nie był w nim od kilku miesięcy, jednak bez trudu trafił na właściwy przystanek, a potem jechał tym rozklekotanym autobusem do domu, w którym spędził tyle czasu... Na górę wszedł pieszo, żeby mieć czas przemyśleć to, co chce powiedzieć, a potem z lekkim drżeniem rąk nacisnął dzwonek, który przerwał ponurą ciszę brudnego, szarego korytarza.

- Marek? - zdziwił się siwy, wąsaty mężczyzna, otwierając drzwi.

- Cześć, tato!

Mówiąc to, Marek wszedł do środka.

- Zośka! - krzyknął ojciec w stronę kuchni. - Zośka, nasz syn wrócił!

Z kuchni wybiegła niemłoda kobieta, ubrana w wyciągniętą bluzę, na którą narzucony był fartuch kuchenny. Mokre ręce wytarła w spodnie. Po długich powitaniach wszyscy troje usiedli w salonie przy stole.

- Mów, synu - zaczął ojciec - źle ci w tych Katowicach i wróciłeś do poczciwych staruszków?

- Nie - zaprzeczył Marek. - Tylko mam zamiar się ożenić, i chciałem was o tym pierwszych poinformować.

- No, brawo - ojciec był zachwycony. - Brawo! A ta twoja... wybranka? W porządku?

- Mam tu zdjęcia - rzekł Marek. - Jakby tata chciał obejrzeć...

- Pokaż synu, koniecznie...

Marek sięgnął do torby i wyjął plik fotografii, które przekazał ojcu. Starszy mężczyzna założył okulary, przyjrzał się uważnie pierwszemu zdjęciu i uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Zobacz, Zośka, jaką synową będziemy mieli - rzekł cicho do matki.

- O, Boże! - syknęła matka ze zgrozą. Ojciec przełożył oglądaną fotografię na spód.

- Ale stara - rzekł. - Musi mieć chyba po czterdziestce...

- Wygląda jak czarownica - dodała matka.

Ojciec znowu przełożył fotografię na spód.

- Zobacz, Zośka - szturchnął matkę. - Portret. Zobacz, jaka pomarszczona...

I uśmiechnął się szyderczo. Marek siedział bez ruchu i obserwował, jak rodzice oglądają fotografie. Matka - z rosnącym przerażeniem w oczach, a ojciec - w coraz lepszym humorze.

- Zobacz tu - mówił do matki. - To w dwuczęściowym kostiumie... Żebyś ty tak, Zośka, wyglądała, to bym cię chyba zostawił!

- Daj ty mi spokój, stary - rzekła matka ze zniecierpliwieniem. - Trzeba ratować naszego syna, bo nam go ta stara wiedźma zmarnuje.

Ojciec podniósł wzrok znad zdjęć i zdjął okulary. Matka także spojrzała na syna.

- Syneczku - rzekła czule. - Czy ta baba pożyczyła ci pieniędzy, a ty nie masz oddać?

- Jak synu masz długi - podjął ojciec - to ja ci dam! A co? Spłacimy staruchę, niech idzie do diabła!

- Tato - przerwał Marek. - Nie mam żadnych długów...

- Więc po co się z nią żenisz?

- Bo ją kocham...

Matka złapała się za głowę. „Boże” - szepnęła ze zgrozą. A ojciec dalej wertował fotografie.

- O, tu - rzekł do matki. - Tu wygląda jak słoneczko... Nie można na nią patrzeć!

I zaśmiał się ze swojego dowcipu. Matka rzuciła ostro:

- Daj mi spokój, stary! - i wybiegła do kuchni.

Ojciec oglądał dalej, komentując.

- Niech mi tata odda te zdjęcia - zażądał Marek.

Ojciec zdawał się tego nie słyszeć. Nadal przekładał fotografie na spód i uśmiechał się.

- Niech tata odda zdjęcia - powtórzył z naciskiem Marek. Podniósł się z krzesła i wyrwał ojcu plik fotografii. Wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

Gdy czekał na windę, słyszał jak matka krzyczała:

- Trzeba było go zatrzymać! Ratować!

- Daj spokój, Zośka - uspokajał ojciec. - Do tego ślubu nie dojdzie.

- Dlaczego? - pytał matka z nadzieją w głosie.

- A jaka kobieta chciałaby mieć męża, który, jak nasz syn, nie potrafi prosto wbić gwoździa w ścianę?

Nadjechała winda...

 

 

Miłość przyszła nagle

gdy nikt jej się już nie spodziewał

weszła cicho

uchylając drzwi

straszna jak śmierć

moja pierwsza miłość...

 

 

Katowice. Trzy dni temu byłem w domu u rodziców. Powiedziałem im, że chcę się ożenić z Iwonką. Nie spodobało im się.

A przedwczoraj znów byłem w firmie. Pan Burczyk ochrzanił mnie, że zalegam z pracą i że Kopaczewski robi mu z tego powodu wymówki, a potem, gdy usiadłem przy swoim stanowisku...

Gdy Marek przystąpił do pracy, Burczyk stał chwilę w tym samym miejscu bez ruchu, potem lekko rozluźnił krawat, a potem chwycił się za serce i syknął z bólu. Marek rozejrzał się. Nikt nie zareagował, wszyscy tak, jak do tej pory, leniwie stukali w klawisze.

- Ratunku - wydusił Burczyk, osuwając się powoli na krzesło. Jego twarz, blada z natury, pobladła jeszcze.

Marek zerwał się ze swojego krzesła i podbiegł do kierownika.

- Proszę się nie ruszać - rzekł. - Ma pan zawał...

Podszedł do najbliżej siedzącego mężczyzny.

- Niech pan pożyczy komórki - poprosił. - Pan Burczyk źle się czuje.

- Widzisz, że jestem zajęty - rzekł tamten opryskliwie, nie odrywając wzroku od monitora.

- Ale pan Burczyk ma...

- Odp...dol się! - krzyknął tamten.

Znów zapadła cisza. Marek rozglądał się bezradnie. W pewnym momencie siedzący na krześle Burczyk krzyknął:

- Ja nie chcę umierać! Jestem jeszcze młody! Ratujcie mnie!

Trzasnęły drzwi. Słychać było jeszcze, jak Burczyk wołał:

- Nie pozwólcie mi umrzeć! Ja jeszcze nigdy nie miałem kobiety...!

Marek biegł przez szary, wąski korytarz w stronę gabinetu dyrektora. Było cicho, tylko echo powielało jego szybkie kroki, jakby biegł nie sam, lecz w tłumie ludzi. Wpadł do pokoju, w którym siedziała sekretarka. Przeciąg zatrzasnął drzwi.

- Tu się puka! - upomniała go kobieta.

- Muszę skorzystać szybko z telefonu - rzucił Marek zdyszany.

- Musi - to na Rusi - odparła elokwentnie sekretarka i  dodała: - A w Polsce - jak kto chce!

- Pan Burczyk ma zawał - tłumaczył pospiesznie Marek. - Trzeba wezwać karetkę.

Sekretarka przesunęła lekko telefon w jego stronę.

- Trzy złote się należy...

- Niech pani weźmie pięć - Marek położył na stole monetę. Wykręcił numer i wezwał pogotowie.

Gdy wrócił na salę, na której pracował, wszystko wydawało się być w porządku. Panowała cisza, pracownicy uderzali nierytmicznie w klawisze. Wiatraczki szumiały. Zauważył, że w kącie pod sufitem nieco na prawo od drzwi pająk pracowicie wił sieć.

Na krześle obok drzwi siedział rozwalony Burczyk i szklistym nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w przeciwległą ścianę gdzieś w połowie jej wysokości. Nawet nie drgnął, gdy Marek wszedł...

Pogotowie przyjechało nadzwyczaj szybko. Lekarz, który wszedł na salę najpierw podrapał się po łysinie, a następnie pochylił nad Burczykiem i natychmiast stwierdził zgon. Wtedy do sali weszli dwaj sanitariusze w średnim wieku, rozejrzeli się po sali, a następnie położyli Burczyka na nosze i znieśli na dół. Za nimi wyszedł lekarz i zamknął z trzaskiem drzwi - w czym pewnie dopomógł mu przeciąg. Przez moment w pokoju panowała cisza. Marek siedział na swoim krześle i z lekkim zdziwieniem stwierdził, że nikt poza nim nie przerwał pracy. Wydawało mu się nawet, że nikt nie zauważył takiego drobiazgu, jak śmierć Burczyka.

Po chwili do sali wjechał na swym wózku dyrektor Kopaczewski.

- Zarządzam zebranie zespołu! - krzyknął. Dopiero wtedy wszyscy oderwali się od swych zajęć. Niektórzy nawet wstali z krzeseł.

- W związku z tym - zaczął uroczyście Kopaczewski - że pan Burczyk właśnie zmarł, stoimy przed obowiązkiem wyboru nowego kierownika projektu. Kto z was pracuje tu najdłużej?

- Ja pracuję dwa lata i miesiąc - rzekł jeden z mężczyzn.

- Za tydzień będą trzy lata - przebił go siedzący na trzecim krześle od drzwi.

- Pana godność? - spytał go dyrektor.

- Załupa - odparł tamten.

- Pan Załupa jest od dziś kierownikiem projektu trzydzieści sześć be - ogłosił Kopaczewski uroczyście, po czym mówił dalej. - Trzeba jeszcze się zrzucić na wieniec, żeby nie było, że firma nie troszczy się o swoich pracowników. Pan, który pracuje dwa lata i miesiąc, jak pana godność?

- Kołtun. Zygmunt Kołtun...

- Pan Kołtun zbiera pieniądze na wieniec. Pan - zwrócił się do Marka - pracuje tu najkrócej i właściwie nie znał pan pana Burczyka, więc na wieniec może się pan nie zrzucać.

- A jednak chcę także się zrzucić - odparł Marek.

- A więc pan Kołtun zbiera na wieniec. Następna rzecz...

- Przepraszam pana, panie dyrektorze - przerwał nieśmiało Kołtun, podnosząc lekko dwa palce do góry, jak w szkole.

- No?

- A... po ile na ten wieniec?

- Niech pan weźmie cenę wieńca - wyjaśniał Kopaczewski ze zniecierpliwieniem - i podzieli przez liczbę osób pracujących w zespole...

- A ile kosztuje wieniec?

- Chryste Panie - zdenerwował się dyrektor i chwycił obiema rękoma za głowę. - A co to ja jestem? Przedsiębiorca pogrzebowy? Niech pan pójdzie i się dowie.

- Najtaniej jest w firmie „Złote niebo” - podpowiedział ktoś z ostatnich rzędów. - Ulica Partaczy sześć przez osiem...

- Więc to z głowy - podsumował dyrektor. - Teraz tak. Pan Burczyk nie miał, jak wszyscy wiemy, żadnej rodziny, z wyjątkiem ojca, z którym mieszkał. Więc ktoś musi się do niego wybrać, złożyć kondolencje i zaoferować ewentualną pomoc przy zorganizowaniu pogrzebu...

- Ja mogę iść - zaoferował się Marek.

- Pan się lepiej weźmie za robotę - skarcił go dyrektor. - Pan magister Burczyk, znaczy... świętej pamięci, ciągle się na pana skarżył... Najlepiej, żeby poszła kobieta, bo to tak... elegancko... Pani godność? - zwrócił się do Doroty.

- Wykluczone - zaprotestowała Dorota. - Ja mam huk roboty. Nie mam czasu!

- Pani godność? - powtórzył z naciskiem Kopaczewski.

- Jurkowska.

- Więc tak: jutro pani Jurkowska się elegancko ubierze w coś czarnego i pójdzie... - zawahał się chwilę. - A, pan praktykant jak chce, może iść z panią Jurkowską. Nawet to ładniej będzie wyglądać, para.

Powiedziawszy to, dyrektor zrobił wózkiem zwrot prawie w miejscu. Przed wyjściem rzekł jeszcze:

- A teraz wszyscy wracają do pracy!

I już go nie było. Pracownicy powoli wracali do swoich stanowisk.

- W niebie nasz kolega Burczyk już jest - rzekł filozoficznie jeden z nich, ten który siedział po prawej stronie stanowiska Marka. Mężczyzna, który to rzekł, Joachim Zabierajłło, uderzał w klawisze tak sprawnie, jakby nic się nie wydarzyło, co całkowicie utrudniało Markowi koncentrację.

- A w niebie... - kontynuował Kołtun. Tych dwóch miało taki zwyczaj, że gdy jeden skończył mówić, drugi natychmiast podchwytywał temat.

- W niebie przyjął go sam Pambóg - podjął Zabierajłło. - I właśnie ochrzaniał świętego Piotra:...

- Do cholery, znowu zalegasz z terminem! - krzyknął realistycznie Kołtun.

- Ale nie martw się - mówił dalej Zabierajłło. - Przyszedł tu do ciebie praktykant, młody ambitny, on da radę. I bierze święty Piotr Burczyka i prowadzi go do sali takiej jak ta. A tam...

- ...anioły siedzą przy komputerach i stukają w klawisze. Więc siada i Burczyk. A po kilku latach idę i ja do nieba. I co? Kto mnie przyjmuje?

- Pambóg? - spytał Zabierajłło.

- Nie! - zaprotestował Kołtun. - Sam Pamburczyk, młody, ambitny, to i awansował...

Marek wstał.

- Dokąd pan idzie? - spytał Załupa, odwracając się połową twarzy od monitora. Ten korpulentny brunet już zdążył poczuć się kierownikiem projektu.

- Do łazienki. Chyba mi trochę niedobrze.

Nazajutrz przyszedłem do pracy nie w sweterku, jak zawsze, lecz w garniturze. Również Dorota ubrała się bardziej elegancko, niż zwykle. Zakończyliśmy pracę wcześniej, czyli zaledwie o wpół do dziewiętnastej, potem ona zaprosiła mnie do swojego samochodu i pojechaliśmy jej samochodem pod adres znany z bazy danych pracowników Dżeneral Softłer Polska.

Jadąc, przyglądałem się tej kobiecie, która była nieuświadomioną miłością Burczyka. Z początku chciałem jej nawet powiedzieć, ale w końcu doszedłem do wniosku, że skoro obiecałem milczenie, obietnicy dotrzymać muszę.

Idziemy po schodach do góry. Ona naciska dzwonek. Otwiera nam niewysoki staruszek - na pewno ojciec. Ona zaczyna, bo tak się umówiliśmy: „Szanowny panie Burczyk, w imieniu firmy Dżene...”. Ale staruszek przerywa i woła coś jak „Sio, mucha, sio!”. Więc Dorota znowu, od początku: „ Pragniemy w imieniu firmy Dżeneral Soft...”. A on znowu „sio, muchy”. Dorota zaczyna po raz trzeci, a wtedy staruszek naprężył się i splunął siarczyście, ledwie zdążyła uskoczyć. I wtedy staruszek rzekł: „niech tylko wróci Stefan, on mnie zawsze słucha i mi nie przerywa.” Wtedy ona rzekła: „Stefan nie żyje”. I na te słowa staruszek rozpłakał się jak dziecko! Miał kompletną demencję. Co robić? Mam pomysł - zadzwonić po Opiekę Społeczną. Dorota ma na pewno komórkę. Mówi mi, będzie kosztowało. Ile? Dwanaście złotych. Daję jej piętnaście, dzwonię. Czekamy na ich przyjazd. Są wreszcie. Dwóch facetów. Jeden pyta, który to? Dorota pokazuje ręką starego Burczyka, więc oni wkładają go w kaftan i sprowadzają po schodach na dół (już wiem, dlaczego Burczyk mimo nawału pracy wolał sam zająć się ojcem). My schodzimy na dół także. No masz, ktoś wyrył na samochodzie Doroty gwoździem napis „Dupa”. Ona nie pocieszona. Pyta mnie, czy wrócę sam do akademika, bo ona musi czym prędzej do lakiernika, bo „widzi pan, co mi zrobili”. Nie ma sprawy, idę pieszo.

Następnego dnia znów jestem w firmie.

- Na wieniec, należy się... Zaraz, tu mam... - niewysoki okularnik, Zygmunt Kołtun pokazał Markowi jakiś karteluszek. Marek sięgnął do kieszeni i wyjął kilka drobnych. Tymczasem do Kołtuna podszedł Zabierajłło.

- Masz tu ode mnie - rzekł. - Tylko zapisz, bo nie będę dwa razy płacił na twój zapluty wieniec!

- Nie mój, tylko Burczyka, świętej pamięci - sprostował Kołtun.

- Pamiętasz, jak się nazywam? - spytał drugi.

- Joachim Zabieralski.

- Zabierajłło - poprawił wpłacający. - Dwa eł. Mój dziadek pochodził z Wileńszczyzny.

Znowu usiedli do swoich stanowisk. Pracowali w milczeniu. Markowi szło ciężko, nie mógł napisać nawet kilku linijek kodu. Siedzący obok Zabierajłło pisał natomiast z dużym zaangażowaniem i pewnie.

 - Ciekawe, jak tam nasz praktykant się czuje? - spytał nagle. Ale, ponieważ nikt mu nie odpowiedział, mówił dalej, nie przerywając pisania: - Bo gdy ja tu przyszedłem rok temu jako praktykant, czułem się trochę jak w powieści Kafki...

- Czyjej? -spytał mężczyzna w drugim rzędzie.

- Nie słyszałeś o Franzu Kafce? - zdziwił się Kołtun.

- Tomuś Dziakicz nie ma matury - wyjaśnił radośnie Zabierajłło.

- Nieprawda - zaprotestował infantylnie Dziakicz. -Mam.

- Tak? A gdzie kupiłeś?

- Chodziłem do liceum, do klasy o profilu...

- Haszyszowo-alkoholowym - dokończył Zabierajłło i poprawił się na krześle. - Wyleciałeś w trzeciej klasie. A potem poszedłeś do policealnego studium informatyki i ekonometrii...

- ...bez uprawnień szkoły publicznej - uzupełnił Kołtun, jak to miał w zwyczaju.

- I twój fart - kontynuował Zabierajłło. - Bo akurat wojna z Kirgizją się zaczęła. Pojechałbyś, jak amen w pacierzu, jako, dajmy na to, saper. Idziesz sobie po kirgiskiej pustyni i widzisz - co?

- Bombę! - zawołał Kołtun.

- Podchodzisz bliżej, i wtedy...

- Bach! Babach! - krzyknął ze swego stanowiska Kołtun, odchylając się gwałtownie od swojego komputera, jakby rzeczywiście targnęła nim potężna eksplozja. - Bababach!!

- ...i idziesz w podskokach do nieba. A tam...

-  ...archanioł Burczyk czeka!

- Zamknijcie japy! - krzyknął nowy kierownik projektu. - I skończcie te teologiczne dyskusje, a weźcie się do roboty, cholera! Musimy nadrobić zaległości.

- A panu Załupie chyba zależy na tym, żeby były zaległości - rzekł chytrze Zabierajłło - bo wtedy pan Załupa osobiście się pofatyguje do pani Kopaczewskiej...

- Zamknij się - przerwał Załupa, wstając.

- A co? Wszyscy wiedzą, że z nią sypiasz.

- A ty nie? - spytał ironicznie Załupa.

- O, przepraszam! Tylko raz. Znaczy, dwa razy, ale ten drugi był nieudany, więc się nie liczy...

Załupa oparł się ręką o pulpit.

- Ale raz, to każdy pracownik, wcześniej czy później...

- A pan praktykant dokąd - spytał Załupa widząc, że Marek kieruje się do wyjścia. Chłopak jednak nie zatrzymał się. Wiedział, że więcej progu tej sali nie przekroczy...

 

- Witam pana – rzekł, pochylając lekko głowę. Dłuższe włosy opadły mu na ramiona i częściowo przesłoniły twarz.

Znajdował się teraz w niezbyt obszernej, raczej niskiej  drewnianej izbie. Sufit wsparty był na wielkich, krzywych krokwiach, które dodatkowo jeszcze obniżały izbę, zarówno optycznie, jak i fizycznie – tak, że przybysz musiał uważać, aby przechodząc pod krokwiami nie nabić sobie guza. Poza tym w izbie zwracały uwagę małe, nieszczelne i nieproporcjonalnie nisko umieszczone na ścianach okna, wpuszczające nieco światła do mrocznego raczej pomieszczenia, oraz niski stół, przy którym siedział, trzymając kolana prawie pod samą brodą, gospodarz.

- Dzień dobry – rzekł stary góral, przełykając w pośpiechu ostatni kęs kanapki z boczkiem. Ubrany był w gruby, wełniany lecz trochę podarty sweter i dżinsowe spodnie.

- Nie wiem, czy pan Walenty uprzedził pana, że przyjdę...? – zaczął niepewnie gość.

- Pan architekt? – upewnił się góral. Wyjął z kieszeni brudną chustkę i dwa razy głośno wytarł nos, po czym wyprostował lewą nogę, aby łatwiej było mu schować chustkę z powrotem.

- Emilian Wydynin, architekt urbanista – przedstawił się młodszy mężczyzna, wyciągając rękę.

- Czesław Zbuk – odparł góral i uścisnął jego rękę. – Sołtys Rycerki Górnej.

Emilian potrząsnął mocno jego rękę, po czym wytarł swoją w spodnie i spytał:

- Pan wie, w jakim celu przychodzę?

- Waluś coś mówił – odparł sołtys i wytarł rękawem nos.

- No, właśnie – kontynuował architekt. – Czy chce pan zobaczyć plany?

- Chętnie, chętnie – bąknął sołtys. – A może wódeczki?

- Nie mogę – pokręcił głową Wydynin. – Są przeciwwskazania... natury medycznej – dodał i uśmiechnął się.

- Ale ja mogę? – upewnił się Czesław, wyjmując z szafy na ścianie flaszkę. Emilian układał na niedużym, brudnym stole duże płachty.

- Tu, widzi pan – objaśniał – mam plan zagospodarowania zachodniej części Worka Raczańskiego... Po wykupieniu od Parku, ma się rozumieć...

- A tu? Co? – dociekał sołtys, pokazując paluchem cos na mapie, po czym pociągnął z butelki głębszy łyk.

- No właśnie. To będzie terminal główny międzynarodowego lotniska Zwardoń-Cadca. A tędy pójdzie autostrada i dalej tak... o, tu mam dalszy ciąg – mówił, kładąc na stole drugą płachtę papieru. – I tędy do dotychczasowej drogi... o, tu! A tu – rzekł, wyjmując z tuby kolejny papier – mam kosztorys. Znaczy się, napisane jest, ilu mieszkańców gminy znajdzie zatrudnienie przy inwestycjach...

- Na tym się nie znam – rzekł niechętnie sołtys i znowu popił z butelki.

- To jak? – spytał Emilian, odsuwając się od stołu. – Podoba się panu mój plan zagospodarowania przestrzeni.

- Rewelacja – odparł Czesław z niekłamanym zachwytem.

- Pomoże mi pan przekonać ludzi?

- Pewnie, że tak...

- Panie sołtysie – rzekł uroczyście Wydynin. – Właśnie przeszedł pan do historii urbanistyki!

 

Mgła jak chwila zawieszenia

tyle przyszłych chwil obiecująca

lecz nie ujrzałem Twej twarzy

szłaś cicho i zniknęłaś

we mgle jak znikają marzenia

w kłębach dymu pasterskich ognisk

odleciałaś odbiegłaś

 

 

Miasto rozrastało się. Z roku na rok coraz większą powierzchnię zajmował szary, betonowo-asfaltowy potwór, coraz więcej przestrzeni życiowej musiał mieć. Nadeszła potrzeba przesunięcia lotniska dalej od centrum, żeby nie krępować tego rozwoju, rozrostu może raczej. Z tą misją ruszył do Rycerki Dolnej Emilian Wydynin, architekt urbanista.

Wydynin, jak zresztą i świętej pamięci Burczyk, był profesjonalistą. W związku z tym na rozmowę z lokalnymi władzami zjawił się już z gotowymi projektami. Przedstawił plan budowy lotniska i infrastruktury, biznesplany, perspektywy zatrudnienia dla miejscowej ludności, która do tej pory żył głównie z przemytu.

- Tu powstaną szosy - mówił - a przy szosach punkty obsługi, bary, parkingi, hotele i motele. Niesłychane perspektywy dla tego zadupia! - kończył zataczając ręką w powietrzu krąg wokół widocznego stąd doskonale masywu Wielkiej Raczy.

Emilian Wydynin był człowiekiem całkiem młodym, nie miał jeszcze ukończonych trzydziestu lat. Znał się na socjotechnice, więc bez problemu przeciągnął na swoją stronę sołtysa Rycerki. Sołtys pomógł mu nawet zorganizować zebranie, na którym Emilian z niebywałą wprawą przekonywał niezdecydowanych. Mówił zdecydowanym donośnym głosem o pożytkach płynących z nowych inwestycji, przytaczał wyniki wielu analiz i ekspertyz. Dyskutował i wyjaśniał.

No i przekonał.

W połowie listopada buldożery ruszyły w doliny wcinające się w masyw Wielkiej Raczy. W ciszę górską wkradł się ich monotonny, niezbyt jeszcze głośny, ale natarczywy warkot.

 

 

Marek czekał w wyznaczonym miejscu, jak co tydzień. Co jakiś czas nerwowo spoglądał na zegarek, to znowu patrzył z niepokojem na pobliską drogę ze Zwardonia na Rachowiec, która, niegdyś piękna i cicha trasa, zamieniła się w gigantyczny plac budowy. Tego dnia jednak ochłodziło się bardzo i co jakiś czas padała marznąca mżawka, praca więc ustała i okolica straszyła jedynie gliniastymi dołami, jakby wywalonymi na wierzch bebechami oraz rozstawiona maszynerią. Pomiędzy tymi koparkami, ciągnikami tylko od czasu do czasu przechadzali się robotnicy w hełmach i ciepłych wełnianych kamizelkach, paląc papierosy i chuchając w ręce. Dwóch z nich, niezbyt pracowicie zresztą, usiłowało wykopać wzdłuż drogi w zmarzniętej ziemi jakiś dół czy rów - jakby nie dosyć jeszcze poszarpali i poranili tę urokliwą niegdyś górską łąkę. W pewnej chwili dojrzał wśród nich człowieka, który na pewno nie był robotnikiem - niski, łysawy w brązowej skórzanej kurtce. Rozglądał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie do konkretnego człowieka, lecz ogólnie. Otworzył nawet usta, lecz nie rzekł nic, tylko odkaszlnął głośno, trzymając się za chudą pierś i odszedł niespiesznie. Chłopak patrzył, jak powoli rozpływa się w nadciągającej mgle. „To bóg” - pomyślał - „Znudził mu się ten świat...” Marek przyglądał się tym dołom wypełnionym mętną wodą i tym maszynom, szczerzącym zęby w stronę nie przeoranej jeszcze łąki i zastanawiał się, czy to nie tak właśnie będzie wyglądał koniec świata. I być może w związku z tym Iwonka dziś w ogóle nie przyjdzie.

Przyszła jednak - już z daleka poznał jej szczupłą sylwetkę.

- To już jeden z ostatnich razów - rzekł Marek - kiedy tu jesteśmy. Czasem mam wrażenie, że to świat się kończy...

- Ucieknijmy - zaproponowała Iwonka. - Ucieknijmy od świata!

Minęli zatem schronisko na Wielkiej Raczy i szli dalej. Wędrowali przez las granicznym szlakiem czerwonym w stronę Przegibka. Mglisty ranek stopniowo przechodził w pochmurne południe i popołudnie. Mgły podniosły się i widoczność lekko się poprawiła. Zaczął nawet padać marznący deszcz. Na trawach osadzały się fantastyczne lodowe kandelabry, jakie tylko w górach i tylko późną jesienią można spotkać. Z daleka wyglądają, jak zwykła rosa, wystarczy jednak dotknąć ręką, aby przekonać się, że są to kryształki lodu, fantastycznie ukształtowane przez wiatr i lekki mróz.

Szli przez dłuższy czas w milczeniu graniczną ścieżką, w niektórych miejscach pokrytą zamarzającym błotem. Chronili twarze przed lodowatym wiatrem i chłodnym deszczem. W końcu dotarli do drewnianego schronu przeciwdeszczowego i postanowili tam zjeść posiłek.

Iwonka pokroiła chleb i zaczęła obkładać go konserwą. I wtedy do schronu wszedł ktoś trzeci, młody mężczyzna z trochę dłuższymi włosami. Oboje zauważyli, że nie miał plecaka, co ich trochę zdziwiło.

- Mogę tu chwilę zostać? - spytał.

- Jasne - odparł Marek.

Mężczyzna siedział cicho, nic nie mówiąc, odwrócony tyłem do Marka i Iwonki. Ubrany był w dżinsowe spodnie, sweter i kurtkę ortalionową. Temperatura powietrza obniżyła się zauważalnie w ciągu ostatnich trzech godzin. W oddali wciąż można było wyłowić uchem warkot maszyn tnących las i zrównujących z ziemia wszystko, co spotkały na swojej drodze.

- Niszczą nam Beskidy - rzekła filozoficznie Iwonka. Nieznajomy, nie usłyszawszy zapewne nutki smutku w jej głosie, rzekł z dumą:

- Wielka inwestycja. I to mój projekt!

Marek zerwał się, jak oparzony.

- To ty to zaplanowałeś?

- Ja, Emilian Wydynin, architekt urbanista.

Marek  przez moment stał w miejscu, przyglądając się przybyszowi. Potem szybko uderzył go w twarz, ale widocznie niezbyt mocno, skoro Wydynin szybko się otrząsnął. Chwycił Marka za sweter i wyrzucił ze schronu na mokrą ziemię. Marznący deszcz przeszedł już w mokry śnieg, który zdołał delikatnie pobielić świerki i zeschłe trawy.

- Ty gnoju! - krzyknął Wydynin, pochylając się nad Markiem. - Jak śmiałeś?!

Uderzył go jeszcze raz. Marek spojrzał do góry na twarz architekta. I nagle zauważył, jak oczy wyszły mu z oczodołów, zaczął z trudem łapać powietrze, naprężył się i upadł. Marek otrzepał się i przewrócił Emiliana na brzuch. Miał w plecach nóż, ten sam, którym Iwonka przed chwilą pokroiła chleb.

Iwonkę zauważył w wejściu schronu. Gdy zobaczyła, co się stało, schowała twarz w dłonie i zapłakała.

- Nie chciałam go zabić - szlochała - a jedynie nastraszyć... To tak wyszło...

Przytulił ją mocno do siebie, ścierał rękawem jej łzy z twarzy. Na jej włosach niemal natychmiast pojawiły się płatki śniegu, od razu topniejące, zostawiały jedynie wilgotne ślady.

- Nie płacz już - uspokajał. - On nie jest... nie był wart łez takiej kobiety, jak ty...

- Ja wiem, tylko... to takie straszne... Bo ja - mówiła chaotycznie - jak trudno jest człowiekowi powiedzieć coś miłego... a jak łatwo... zabić...

- Nie płacz już - mówił cicho Marek. - Pomóż mi go zanieść w zarośla. Uciekniemy, nie złapią nas.

- A jak pogranicznicy znajdą ciało? - spytała Iwonka, ocierając delikatnie łzy rękawem bluzy, wyjętym spod kurtki.

- Pierwsze znajdą je wilki...

Wzięli się do roboty. Marek wziął nieboszczyka pod ramiona, Iwonka za nogi. Mimo, że był bardzo szczupły, ciążył im strasznie tak, ze co chwilę musieli przystawać. Zanieśli go, z wyraźnym trudem, do lasu i oparli o drzewo. Marek próbował wygrzebać w zmarzniętej ziemi chociaż płytką jamę, a Wydynin zdawał się patrzeć na jego wysiłki swym przeszklonym wzrokiem z lekką drwiną, gdyż zastygły grymas na jego twarzy przypominał ironiczny uśmiech. W końcu ułożyli go płasko na ziemi i przykryli gałęźmi.

Ruszyli dalej.

- Znajdą nas - rzekł Marek. Padał śnieg dużymi płatkami, świerki miały już całkiem duże białe czapy. Kilka płatków osiadło na włosach Iwonki. Ścierała je dłonią. - Znajdą nas, osądzą i skażą na śmierć... – poczym dodał: -  A boga akurat teraz bolą płuca.

- Nie znajdą ciała... - odparła pewnie.

- W końcu znajdą. - stwierdził filozoficznie Marek.

- Pierwsze znajdą je wilki. - zaprzeczyła Iwonka.

- Wilki nie zjedzą go w całości. Zostaną odciski... - westchnął.

Szli chwilę w milczeniu.

- Marek? - spytała niepewnie.

- Tak, najdroższa?

- Miałeś już kiedyś... kobietę?

- Nie, jeszcze nie...

- Więc ja będę twoja pierwszą?

- Uhm...

Zrobiło się całkiem ciemno. Zatrzymali się, aby rozpalić ognisko. Marek nazbierał trochę świerkowych gałęzi, ułożył z nich niewielki stos i podpalił zapałką. Po chwili w półmroku widział lekko podświetloną twarz Iwony. Płomienie oświetlały - czasem mocniej, czasem słabiej, a czasem prawie w ogóle - jej drobną twarz.

- A może po tym... wszystkim... zamarzniemy? - rzekła cicho.

Nie odpowiedział. Dołożył trochę gałęzi. W niebo poleciał snop iskier, świeże igły skręcały się konwulsyjnie. Co jakiś czas wystrzeliła mocno zamknięta szyszka. Duże płatki śniegu spadały powoli na ziemię. Niektóre topniały nad ogniem, jakby rozpływając się w cichej przestrzeni. W powietrzu znów panowała cisza, słodka beskidzka cisza. Marek przyjrzał się uważnie pochylonej sylwetce Iwonki. Podszedł do niej bliżej, objął ramieniem...

Powietrze kłuło w płuca od mrozu.

 

(Ostatnie słowo Marka Gudora). Wysoki Sądzie! Panie prokuratorze i panie adwokacie! Szanowni państwo! Cóż mogę powiedzieć w ostatnim słowie? Oczekujecie, iż powiem, że jestem niewinny. Nie powiem tego, bo wszyscy państwo wiecie, że to nieprawda. Pan prokurator udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że uczestniczyłem w... tym, i nie ma co udawać, że jest inaczej. Moralnej oceny tego, co zrobiłem, nie jest w stanie nikt dokonać. Mógłby to zrobić bóg, ale jego bolą płuca i nogi, nie będzie się zajmował takimi drobiazgami. Sam mi powiedział, gdy ostatnio go widziałem. Bóg już nic więcej nie zrobi.

Zaraz przyjdzie jeden smutny facet, posadzi mnie na krześle i włączy prąd. I tyle zostanie z cudu życia. Wysoki sądzie! Dla mnie cały ten proces, a także ta egzekucja... Szanowni państwo! Wydajecie mi się teraz podobni do owadów pożerających zdechłą ryjówkę. Tyle tylko, że wy mówicie: „w imię sprawiedliwości” i „dla dobra społeczeństwa”. A owady takich bzdur nie opowiadają. Dziękuję!

 

 

(Epilog subiektywny Stefana Burczyka). Może to można było zakończyć inaczej. Może Marek i Iwonka powinni iść dalej, przejść na słowacką stronę. Może powinni żyć jeszcze długo, górskim powietrzem i swoją miłością, nie niepokojeni przez świat. Może pan Wydynin nie powinien zginąć od noża kuchennego rzuconego przez Iwonkę – lecz w jakiś inny sposób. Może w wypadku. Może jego projekt nie powinien nigdy zostać dokończony. Może powinien zostać przerwany, a góry ocalone, dla przyszłych pokoleń, nowych ludzi, nowych Marków Gudorów, żyjących za dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto lat, bez skutku szukających miejsca  dla siebie na tym bezsensownym świecie. Może Marek i Iwonka powinni żyć jeszcze długo, gdzieś nie wiadomo gdzie, jak pustelnicy. A może przeciwnie – powinni zamarznąć tej nocy.

Może ja nie musiałem umierać na zawał serca. Może i musiałem, ale nie w jednej z sal komputerowych firmy Dżeneral Softłer, której nie cierpiałem od momentu, gdy znalazłem w niej zatrudnienie...

Może...

Ale dajcie mi już spokój. Gdybym wiedział, jak ta historia ma się zakończyć, zostałbym pisarzem i sam zakończył ją właściwie. Ale nie wiem – i dlatego jestem, byłem tylko informatykiem, kierownikiem projektu trzydzieści sześć be przez dwa tysiące dwadzieścia pięć w firmie Dżeneral Softłer Polska.

 

 

Świt. Słońce jeszcze nie wyszło zza gór, ale już rzuciło pierwsze swoje promienie na wschodnie niebo. Wschodnie niebo, zabarwione nieśmiałym, lekko żółtawym karminem, stopniowo wypierało spóźnioną noc. Ranek nie był taki mglisty, jak wczoraj. Czapy na świerkach zmalały trochę, śnieg stopniał. Tu i ówdzie z gałęzi zwisały sople i skapywały na ziemię, tworząc w leżącym śniegu małe, ale głębokie dziurki. Było całkiem bezwietrznie i cicho.

Marek obudził się i wsparł na łokciu. Iwona leżała obok i lekko, powoli oddychała. Przyglądał się jej jakiś czas, jak leżała na zaimprowizowanej z ciuchów poduszce. Pomyślał, że być może ostatni raz ją widzi. Poczuł nagle dziwny, nieuświadomiony do tej pory strach. Wydarzenia wczorajszego dnia jeszcze przed chwilą zdawały mu się tylko koszmarnym snem. Teraz, gdy uzmysłowił sobie w całej rozciągłości, co się stało, doznał właśnie takiego lęku. Delikatnie pozgarniał jej włosy, które rozsypały się na ziemię. „Więc nie zamarzliśmy” - pomyślał. Podniósł się i ubrał, a potem cicho, jak najciszej oddalił od rozżarzonych i lekko dymiących węglików, od Iwonki.

Gdy wyszedł z lasu, słońce już było widoczne i podświetlało masywy Pilska i Babiej Góry. Marek biegł na skróty, przez mokry śnieg leżący na polach. Biegł lekko w dół. Było cicho, nawet wiatr nie wiał.

Nagle ktoś na niego zawołał. Marek odwrócił się i zobaczył za sobą idącego powoli znajomego pogranicznika. Stąpał powoli skrajem ścieżki, nie śpiesząc się. W pierwszej chwili chciał uciec, ale w końcu zawahał się i stanął w miejscu. Żołnierz podszedł.

- Ale mróz - zagadnął. - Wie pan, co ja dziś znalazłem? W lesie?

- Nie - rzekł cicho Marek. - Nie wiem - dodał i już wiedział, że tym samym wydał się ostatecznie.

- Ale mróz - rzekł znowu żołnierz. - A może ma pan ogień? - spytał, wyjmując z kieszeni papierosa i wkładając do ust.

- Uhm - odparł Marek i wyjął pudełko zapałek.

Słońce było już wyżej, ale mróz nadal szczypał w odsłonięte części ciała. Zerwał się lekki wiatr.

Żołnierz zaciągnął się głęboko i wypuścił w powietrze obłok siwego dymu.

 

JMG, wrzesień 2002r.

luty 2003r.



 

*) Fragment wiersza K. K. Baczyńskiego*** (Niebo złote ci otworzę)”