Sen o orzechowskich buczynach

 

Zdezelowany autobus zatrzymał się na przystanku. Stał tam przez moment, trzęsąc się i warcząc, po czym kierowca, gruby i brodaty, ubrany w wełniany sweter, odwrócił się do pasażerów i krzyknął:

- Objazda, wysiadać! Długo tu mam stać, do cholery?!

Na te słowa drzemiący w drugim rzędzie młody chłopak, wysoki blondyn w okularach, ocknął się, otrząsnął, chwycił stojący obok niego plecak i wyskoczył z autobusu. Pekaes zawarczał przeraźliwie, z jego rury wydechowej wyleciał sinoszary obłok i już po chwili stojący na przystanku pasażer mógł między przydrożnymi topolami obserwować oddalający się autobus, z trudem utrzymujący równowagę na krętej drodze. Ale chłopak wcale tam nie patrzył. Rozejrzał się tylko po okolicy, ciągle trzymając w prawym ręku swój niewielki plecak, po czym założył go na plecy i ruszył polną ścieżką prostopadłą do szosy w stronę niedalekiego lasu. Wkrótce też zagłębił się w ten szumiący i mroczny bezmiar powykrzywianych w walce z silnymi wiatrami sosen. Szedł.

Musiała minąć godzina, a może jeszcze dłużej, gdy wśród szumu tych sosen dostrzegł jeszcze jeden, bardziej jednostajny. Zatrzymał się na chwilę, aby posłuchać, jakby się nad czymś zastanawiał. Ale nie, nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ruszył dalej, choć już dużo wolniej. Ten jednostajny szum stawał się coraz wyraźniejszy. Szedł.

Ścieżka zwężała się wyraźnie. Teraz była też znacznie bardziej piaszczysta. Dotarł wreszcie do rozłożystego dębu na niewielkiej polanie. Zastanawiał się przez chwilę, patrząc w stronę dróżki biegnącej w prawo, po czym ruszył jednak dalej prosto. Szedł teraz trochę pod górę. Otaczające go sosny stawały się coraz mniejsze, a ich gałęzie były całkowicie zwrócone w stronę, z której nadchodził. Wszedł wreszcie na niewielkie piaszczyste wzniesienie i spojrzał w dół. Wątpliwości zniknęły – morze było co prawda wzburzone, ale nie zabrało jeszcze plaży. Zdjął buty i zbiegł na dół. Teraz szedł brzegiem morza.

Szum morza, ten sam, który w lesie wydał mu się jednostajnym szmerem, brzmiał teraz zupełnie inaczej. Fale raz po raz atakowały pochyły lekko brzeg, rycząc straszliwie – a jednocześnie dalej, z morza pojawiały się nowe fale, jakby wyłaniające się z niebytu, które rosły zbliżając się do brzegu, a w końcu przewalały się bezładnie, znów z ogromnym hukiem – i po chwili kolejna góra ciemnej wody i białej piany próbowała wtargnąć w głąb plaży. Hałas panujący nad morzem, do którego dochodził jeszcze gwizd wiatru – zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Nawet krzyki mew, przelatujących tuż nad głową idącego. Mewy siedziały na piasku w ogromnych koloniach i prawie bez ruchu, zrywając się jedynie, gdy intruz zbliżał się na niebezpiecznie małą, ich zdaniem, odległość.

Już po chwili stał znowu w lesie, z którego nagle wyłoniła się rozległa polana, a na niej kilka domów stojących w rzędzie wzdłuż drogi. Bez trudu rozpoznał oddalony nieco okazały, biały, dwupiętrowy dom. Ruszył w tym kierunku coraz szybciej. I w tym momencie rozpoznał stojącego przed domem starszego, około pięćdziesięcioletniego mężczyznę. Tamten zauważył go również i także ruszył w jego kierunku. Młodszy biegł teraz szybko i już po chwili padł w ramiona starszego.

- Cześć, tato.

- Witaj w domu, Olgierd. Wejdź, proszę...

Ojciec ruszył przodem. Młodszy, Olgierd, szedł dwa kroki za nim. Weszli do rozległego salonu. Jedyna jego ozdobę stanowił kominek oraz wiszący nad nim obraz, przedstawiający tańczącą parę, ledwie widoczna na czerwonym tle. Nie było nawet wiadomo, czy tańczyli, a nawet czy to w ogóle była para – po prostu, czarna i biała plama na czerwonym tle, ale Olgierdowi takie właśnie skojarzenie przyszło na myśl.

- Jak podróż – pytał tymczasem ojciec.

- Dziękuję, dobrze – odparł obojętnie zagadnięty. – Długa i trochę męcząca... I tyle...

- Dawno tu nie byłeś...

- Od czasu, gdy mama... – zaczął Olgierd.

- I drogi nie pamiętałeś – przerwał mu nagle ojciec.

- Pamiętałem – sprostował Olgierd.

- Więc czemu idziesz od strony morza? Koło dębu krócej...

- Chciałem zobaczyć plażę. Jeszcze nie było sztormów, prawda?

- Nie – odparł zdecydowanie starszy mężczyzna, i dodał leniwie: - Ale niebawem będzie pierwszy, jesienny. Czuję to w kościach... No, i te mewy... Widziałeś pewnie, szykują się do odlotu w głąb lądu...

Podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz. Olgierd nic nie mówił. Ojciec odwrócił się:

- Ty chyba głodny jesteś, co? Po takiej podróży...

- Owszem, zjadłbym coś – odparł Olgierd.

Ojciec wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, którym była kuchnia. Zapalił zapałką palnik gazowy. Olgierd przyszedł tam także i stanął w drzwiach.

- Czekałem na ciebie z obiadem – wyjaśnił ojciec stawiając na palniku duży garnek. – Bigos, ziemniaki...

Po chwili znów siedzieli w salonie i jedli bigos, który parował z talerzy. Przez chwilę milczeli, po czym ojciec rzekł:

- Przyjechałeś tym o szóstej, ekspresem...?

- Teraz odjeżdża o siódmej dwanaście – odparł Olgierd.

- Tak? To chyba przesunęli, bo wtedy... No, wiesz... To jeździliśmy o szóstej... – zamyślił się. – Nie, o szóstej jeden. Chyba tak...

Dalej jedli w milczeniu.

Gdy zjedli, Olgierd rzekł:

- Chciałbym jeszcze wyjść nad morze...

- W porządku – odparł ojciec – ale wróć na kolację.

Olgierd nie mówił nic. Wyszedł z domu i skierował się w stronę morza, tą samą ścieżką, którą niedawno przyszedł.

Wiatr nad morzem nie ustawał. Fale zdawały się nawet jeszcze większe. Nad zachodnim horyzontem świeciło - wyraźnie większe i bardziej czerwone, niż za dnia - słońce. Olgierd szedł chwilę w jego stronę. Szedł powoli, nie spiesząc się. W końcu przystanął, spojrzał w stronę morza. Następnie usiadł na dużym konarze, oddalonym nieco od brzegu. Wciąż patrzył na wzburzone morze i o czymś myślał. I wtedy, niespodziewanie dla siebie samego, rzekł głośno:

- Dlaczego świat jest taki zły, życie takie okropne?! Dlaczego człowiek całe życie jest sam, dlaczego nikt go nie chce słuchać - skargi płynęły z jego ust coraz szybciej. - Dlaczego ja muszę żyć na tym, a nie innym świecie, tak, a nie inaczej? Dlaczego...?

Zamilkł na chwilę. Wkrótce usłyszał za sobą głos:

- Nie jesteś sam. Masz przecież morze...

Odwrócił się gwałtownie, zaniepokojony. Za sobą ujrzał stojącą młodą kobietę, szczupłą blondynkę o długich, rozwianych przez wiatr włosach, które co jakiś czas próbowała doprowadzić lewą dłonią do porządku. Ubrana była w obcisłe spodnie i sweter, który doskonale podkreślał jej zgrabna sylwetkę.

- Kim jesteś? - spytał.

Nie odpowiedziała. Olgierd wstał i podszedł kawałek w jej stronę. Dopiero teraz usłyszał:

- Emilia...

- Jak Emilia Plater - rzekł.

- Wszyscy nas mylą - odparła poważnie dziewczyna. - Ale nie, nie jestem nią. Chociaż ją znam. Tydzień temu wpadła do mnie, tak, na chwilę...

Olgierd milczał przez chwilę, po czym rzekł cicho:

- Myślałem, że ona nie żyje...

- Kto?

- Emilia Plater. Że zginęła...

Dziewczyna nie odpowiedziała. Dopiero po chwili rzekła:

- Chodźmy bliżej morza...

Podeszli do brzegu, a potem ruszyli powoli w stronę zachodzącego słońca. Nic nie mówili. Wiatr szarpał jej włosy, aż w końcu opadły jej na twarz. Podniosła rękę, aby je odgarnąć. Powstrzymał ją ruchem dłoni:

- Zostaw.

- Czemu?

- Bo teraz... Bo teraz wyglądasz jak... - przerwał.

- Venus?

- Tak... A skąd wiedziałaś? - spytał nagle.

- Bo kiedyś byłam Venus. Kiedyś, dawno...

Przystanął.

- Nie rozumiem cię...

Szła dalej, jakby nie zwracając na niego uwagi. Dogonił ją i powtórzył:

- Nie rozumiem cię, Emilia...

- To nic - rzekła ledwie dosłyszalnie. - Kiedyś zrozumiesz...

Szli dalej. Słońce zanurzyło się w morze, a na niebo wpłynął blady, ale wielki i okrągły jak bania księżyc. Wiatr trochę ucichł, a morze, miedziane od zachodnich zórz, drgało teraz raczej, niż falowało. Niebo ciemniało, zapalały się pierwsze gwiazdy. Po nich następne, a te pierwsze stawały się jakby coraz jaśniejsze. Nad zachodem niebo i morze miały teraz jeszcze kolor umarłego słońca, lecz ten karmin, coraz ciemniejszy, coraz bardziej zdecydowanie przechodził w czerń – i w końcu nie było wątpliwości, że dzień zakończył się definitywnie i nieodwołalnie, a na plaży zapanował wieczór.

Szli dalej. Mewy, z rzadka latające nad ich głowami, wydawały się teraz raczej być nietoperzami, zjawami z innego świata. W końcu przestały wzbijać się w powietrze spod nóg idących, a jedynie uciekały nieco w bok, szybko przebierając nóżkami.

 

Było całkiem ciemno, gdy wrócił do domu. Chciał wejść, ale usłyszał dobiegający ze środka gwar, który go dziwnie zaniepokoił. Zatrzymał się i ostrożnie zajrzał przez okno do salonu.

Przy drzwiach stał niski i szczupły policjant, a w głębi siedział ojciec. Policjant mówił:

- Panie Zygmuncie, ja pana bardzo lubię i radzę panu jak najlepiej... Więc jak pan o czymś wie, to niech pan...

- Niech pan da już mi spokój - odparł znudzony wyraźnie ojciec.

- Wie pan, co grozi za współudział w ...? - zaczął tymczasem policjant bardzo oficjalnym, służbowym tonem. Jego mina upodobniła się przy tym do miny odważnych agentów siajej z filmów amerykańskich – co w połączeniu z jego sylwetką wydało się Olgierdowi przez moment nawet komiczne. Słuchał jednak dalej.

- Tak - odparł teraz ojciec. - Tak, wiem.

- No, i co? - pytał dalej funkcjonariusz. - Ma mi pan coś do powiedzenia, panie Zygmuncie?

- Może tylko to, że chce mi się spać, i będę musiał pana zaraz wyprosić...

- To ja tu przyjdę może za kilka dni... - upierał się policjant.

- Dobra - rzekł obojętnie ojciec i wstał z fotela. Policjant wyszedł i po chwili jego kroki usłyszeć można było na drewnianej werandzie. Zeskoczył z kilku stopni i już po chwili był na drodze, wzdłuż której stały domy. Wtedy Olgierd wszedł do środka.

- Gdzie byłeś tak długo? - spytał go ojciec. - Czekałem na ciebie z kolacją...

- W co tata się wpakował? - przerwał Olgierd.

- O co ci chodzi? - spytał Zygmunt, wyraźnie zdziwiony.

Olgierd podszedł bliżej, po czym rzekł stanowczym głosem:

- Niech tata nie udaje. Widziałem policję...

Zygmunt zastanawiał się przez moment, po czym rzekł, jakby wydobywając jakiś fakt z odległych zakamarków pamięci:

- Aaa, posterunkowego Prukota. To głupek jakich mało... Przychodzi tu co jakiś czas...

- Mówił coś o współudziale...

- Ktoś komuś ukradł grabie - wyjaśnił ojciec. - A ten kretyn ubzdurał sobie, że ja coś z tym mam wspólnego... W ogóle, to taki cymbał, że...

Przerwał. Ale Olgierd w dalszym ciągu nie był spokojny. Jego wyraz twarzy zdradzał wyraźnie coś w rodzaju podejrzliwości, może niedowierzania. Zauważył to Zygmunt i rzekł:

- My teraz musimy sobie ufać... Bardziej, niż kiedykolwiek...

- Daj spokój - przerwał mu syn. - Daj spokój. Przecież wiesz, jak jest.

- Porozmawiajmy - zaproponował ojciec. Jego ton zdradzał raczej chęć wypełnienia jakiegoś, przykrego raczej obowiązku, niż autentyczną potrzebę rozmowy. Wyczuł to bezbłędnie Olgierd, rzekł zatem:

- Jestem zmęczony. Może jutro...

- Nie, dzisiaj - nalegał Zygmunt. - Siadaj.

 Wskazał synowi kominek, przed którym stał mały stolik, dwa fotele i krzesło. Olgierd usiadł na jednym z foteli stojących przy kominku. Drugi zajął Zygmunt. Gdy tylko usiadł, spojrzał przez krótki moment na syna, po czym wlepił wzrok w ciemną otchłań  - tak, otchłań, kominka.

- Słucham - rzekł Olgierd.

- Obwiniasz mnie o odejście mamy, tak? - spytał ojciec.

- Wiesz przecież, że...

- Posłuchaj mnie - przerwał mu Zygmunt, prostując się na fotelu. - Posłuchaj...

Wstał i podszedł do okna. Wyjrzał przez okno na nieco uspokojony wieczorem świat i patrzył czas jakiś, jakby zdziwiony tym nieoczekiwanym spokojem. Długo nic nie mówił, szukając wyraźnie odpowiedniego słowa – czego Olgierd nie mógł oczywiście zauważyć. Wreszcie Zygmunt odwrócił się nieco do izby.

- Ja nie umiem z tobą o tym rozmawiać... - rzekł cicho. Po czym dodał: - W przyszłym miesiącu się żenię.

- Brawo - odparł ironicznie Olgierd. - Brawo bis.

Zygmunt oparł się o ścianę i milczał chwilę. Po czym zaczął mówić, jakby chcąc się usprawiedliwić:

- Słuchaj, Olgierd. Ty masz do mnie żal, ale... Mama sama odeszła, a ja... Ja zostałem... - zbliżył się do syna i pochylił lekko - No, powiedz, mam już do końca życia rozpamiętywać to cierpienie? Tak? Tak byś chciał?

- Cierpienie - powtórzył ironicznie Olgierd. - Jakie cierpienie? Ciebie ciągle nie było w domu. Od kiedy straciłeś pracę w urzędzie, byłeś albo w interesach, albo budowałeś tę daczę. No, i zbudowałeś, i zostałeś sam. A teraz znowu się ożenisz i znowu będzie dobrze, tak?

Olgierd wstał i cofnął się kilka kroków. Zygmunt patrzył na niego chwilę, chciał coś powiedzieć, lecz w końcu rzekł tylko:

- Polubisz ją, zobaczysz...

 

- Panie Zygmuncie!

Mężczyzna odwrócił się. Przy furtce stał starszy mężczyzna, niski i siwy, choć już łysawy, ubrany zdaje się w mundur wojskowy. Mógł mieć koło sześćdziesięciu lat. Zygmunt podszedł do niego.

- Panie Zygmuncie - powtórzył staruszek. - Jestem pana nowym sąsiadem, pan wie... - wskazał ręką stojący jakieś trzysta metrów w stronę pobliskiej ściany lasu świeżo zbudowany, jeszcze nie otynkowany, dom.

- Aha, już pan się wprowadza...

- No, i w związku z tym zapraszam pana dzisiaj na... jakby to rzec... - uśmiechnął się - parapetówę.

- Dobrze, panie... - Zygmunt zawahał się.

- Może mnie pan nazywać majorem - wyjaśnił staruszek. I zaraz dodał: - Teraz to już w stanie spoczynku, ale... - przerwał.

- W porządku, panie Majorze. Przyjdę na pewno - rzekł Zygmunt.

Major odwrócił się i przeszedł kilka kroków. Po chwili zatrzymał się i rzekł jeszcze:

- Aha, i syn niech też przyjdzie. Niech pan mu powtórzy...

Ruszył dalej. Zygmunt patrzył za nim. „Skądś go znam” - pomyślał sobie - „i on mnie zna... Moje imię... I wie, że mam syna...”

Przyszli wieczorem obaj. Major, ubrany w ten sam mundur, co rano, oprowadził ich najpierw po domu, po czym zaprosił do salonu. Następnie wyjął z niewielkiej szafki butelkę z winem i trzy kieliszki, które ustawił na stole.

- Olgierd nie pije - zastrzegł Zygmunt.

- Właśnie, nie piję - potwierdził syn, odwracając kieliszek.

- Ale to wino własnej roboty - zachwalał Major.

- Na pewno jest dobre, ale ja i tak...

- Dlaczego?

- No, bo jestem abstynentem - wyjaśnił Olgierd. Major nie pytał dalej, tylko nalał czerwonego napoju do dwóch kieliszków. Mężczyźni wpatrywali się przez moment w czerwony płyn, powoli podnosząc kieliszki do ust. Wreszcie Major wstał, to samo uczynił Zygmunt i, z pewnym ociąganiem – także Olgierd.

- No, to za... - zaczął Major na stojąco, z kieliszkiem w ręku - spełnienie marzeń?

- Za marzenia - potwierdził Zygmunt i wypił zawartość kieliszka.

- Rzeczywiście, dobre - potwierdził. Teraz wszyscy usiedli i siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu. Rozmowa się nie kleiła.

Po dłuższej chwili rozpoczął Major, zwracając się do Olgierda:

- A pan, zdaje się, student?

- Owszem - potwierdził Olgierd.

- A co pan studiuje, jeśli można...? – zawiesił głos, nie kończąc zdania.

- Owszem, można. Studiuję marketing i zarządzanie. Jak wszyscy...

- Nie wszyscy - zaprzeczył Major. - mój wnuk studiuje geologię. Ale to chyba ciekawe, co?

- Geologia? – spytał Olgierd.

- Nie, marketing i zarządzanie...

- Tak sobie - odparł Olgierd obojętnie.

- A czego się pan tam uczy?

- Oszustw, brutalności, chamstwa... Mamy kilka takich przedmiotów. Teraz we wrześniu poprawiałem egzamin z chamstwa. No i nie zdałem...

- Jak to? - zainteresował się Major, dolewając sobie i Zygmuntowi wina. Przerwał tę czynność i spojrzał badawczo na Olgierda. Ale chłopak zdawał się nie dostrzegać zdziwienia na twarzy staruszka, lecz spokojnie wyjaśnił, jakby opowiadał o czymś zupełnie oczywistym, jak kupienie w kiosku z warzywami pęku pietruszek.

- Zwyczajnie. Jeden docent ekonomii, mały liberał w garniturze skrojonym na miarę doszedł do wniosku, że menedżer nie może mieć takich poglądów na życie, jak ja. No, i nie zdałem. Tyle.

- Uhm. A... - Major przerwał, po czym dodał: - Zresztą mniejsza o to...

Znowu zapadło milczenie. Po pewnym czasie Olgierd wstał:

- Przepraszam, ale muszę iść...

- Chcesz klucz od domu? - spytał Zygmunt.

- Nie idę do domu - odparł Olgierd i wyszedł. Major i Zygmunt zostali sami. Popijali powoli wino i milczeli dalej.

- Kupiłem ten dom - wyjaśnił po pewnym czasie Major - gdy odszedłem ze służby. Taka sprawa, zlikwidowali jednostkę, no i...

- Syn ma do mnie pretensję, że rozstałem się z jego matką - rzekł Zygmunt, jakby zupełnie nie słyszał wypowiedzi Majora i chciał w jakikolwiek sposób przerwać kłopotliwą ciszę.

- Zostawiłem sobie tylko ten mundur - ciągnął tymczasem Major. - A, nie pokazałem panu jeszcze mojej dubeltówki - przypomniał sobie nagle i podszedł do ściany. dopiero teraz Zygmunt zauważył wiszącą tam strzelbę. Major tymczasem zdjął ją z haków i przełożył sobie prze ramię. Wyglądał teraz bardziej jak leśniczy, niż wojskowy. Podszedł do dużego podwójnego okna, przy którym stał stolik. Schylił się, podnosząc ze stolika czapkę rogatywkę i założył ją sobie na głowę, po czym otworzył okno.

- Pan myśli, ze jestem pijany? - zwrócił się do Zygmunta.

Zapytany właściwie nie śledził ruchów Majora, myślami był zupełnie gdzie indziej. Teraz jednak jakby ocknął się i zaprzeczył, na wpół automatycznie:

- Nie, w żadnym wypadku...

- Boi się pan, że zrobię coś nieobliczalnego... Bo pan myśli, ze jestem głupkiem... - drążył temat Major.

Zygmunt nie odpowiedział. Gdy wreszcie otworzył usta, aby znów zaprzeczyć, Major rzekł znów:

- I pana syn też uważa mnie za idiotę. Dlatego wyszedł, prawda?

- Nie wyszedł ze względu na pana - odparł Zygmunt. - lecz ze względu na mnie. Jest między nami taki konflikt, pan wie... mówiłem panu...

Major zdjął strzelbę z ramienia. Trzymał ją teraz oburącz przed sobą.

- Niech pan podejdzie do okna - zwrócił się do Zygmunta.

Mężczyzna odstawił kieliszek na stolik, ale wahał się wyraźnie.

- No,  śmiało - zachęcał Major.

Zygmunt wstał wreszcie z fotela i ociągając się podszedł do gospodarza.

- Niech pan spojrzy przez okno - rzekł Major, wskazując ręką rosnące za oknem drzewa owocowe. Pod jednym z nich stała trójnożna drabina, na której szczycie znajdowało się stare metalowe wiadro. Lekki wiatr poruszał gałęźmi.

- Wiśnie? - spytał Zygmunt. - To z nich zrobił pan to wino, Majorze?

- To wiadro - mówił Major, nie słuchając - jest pana zdaniem pełne, czy puste?

Zygmunt wahał się chwilę. Otworzył usta, lecz zaraz je zamknął.

- Chyba pełne - podpowiedział mu Major. - Po co trzymałbym tam puste wiadro?

Rozmówca pokiwał głową twierdząco, choć z ociąganiem.

- Pełne?- zapytał Major.

- Tak, pełne - odparł zdecydowanie Zygmunt. - Puste na pewno by pan schował, żeby nie skorodowało...

Major błyskawicznie przyłożył strzelbę do oka, wycelował i wystrzelił. Pocisk uderzył w wiadro, które wydało krótki metaliczny dźwięk, po czym spadło. Na ziemi toczyło się jeszcze chwilę powoli, a następnie zatrzymało, ukazując patrzącym swe wnętrze.

- Jak pan widzi, było puste - rzekł z satysfakcją Major.

 

- Dlaczego?

Milczała chwilę, po czym spojrzała na niego uważnie. Fale w dalszym ciągu uderzały o brzeg, dlatego myślał, ze nie dosłyszała jego słów. Zapytał więc znowu:

- Dlaczego nie jesteś już Venus?

- Co za różnica? - spytała obojętnie i odruchowo poprawiła włosy. Olgierd wyciągnął ku niej prawą rękę i zbliżył powoli do jej głowy. Zawahał się chwilę, po czym wyciągnął dłonią zza jej pleców kosmyk włosów, który wiatr znów zaczął targać.

- Chciałbym spotkać kiedyś Venus - rzekł.

- Niepotrzebnie - odparła Emilia i wstała. Olgierd wstał również.

- Przejdźmy kawałek - zaproponowała.

Szli teraz wzdłuż brzegu morza na zachód, tak jak poprzednio. Mimo, że słońce było znów nisko nad morzem, fale wcale nie malały, lecz uderzały silnie o brzeg, rozchlapując niesiona przez siebie pianę. Tej piany oraz drobnych kropelek słonej wody pełno było w powietrzu, przestrzeń zdawała się być przesycona morską solą i charakterystycznym zapachem alg. Z niespokojnym, szarym morzem kontrastowało zdecydowanie niebo, błękitne, lekko granatowiejące, lecz jakoś tak surowo. Dziwnie wyglądało to niebo w chłodny, październikowy dzień, z chmurami, białymi obłokami, niegroźnymi, choć nieraz bardzo dużymi, które przesuwały się niewyobrażalnie szybko, gnane przez silne podmuchy wiatru od morza, tego wiatru, który co chwile rozwiewał długie włosy Emilii.

- Widzisz dalej te wysokie wydmy? - spytała w końcu.

Olgierd spojrzał we wskazanym kierunku. Tuz pod ich nogami spacerowała mewa, to zbliżając się do brzegu, to uciekając przed nadciągającą falą. W końcu zerwała się i odleciała, mocując się daremnie z wiatrem, który spychał ja w głąb szerokiej tutaj plaży, dalej od brzegu.

- A widzisz tę przerwę w wydmach? - spytała znów Emilia.

- Widzę - odparł Olgierd.

- Tam jest Orzechowo - rzekła Emilia.

Chłopak szedł chwilę w milczeniu, jakby ważąc słowa, aż w końcu spytał:

- A w Orzechowie? Co jest?

- W Orzechowie są buczyny - rzekła cicho Emilia.

Szli dalej w tamtym kierunku.

- Są już złote, prawda? - spytał znów Olgierd. Emilia skinęła głową. Huk fal jakby się wzmógł. Chłopak spojrzał na morze i wydało mu się, że widzi więcej grzyw, niż jeszcze godzinę temu. Wreszcie zatrzymał się.

- Pójdziemy tam dziś? - spytał. - Do Orzechowa, do buczyn?

- Za daleko. A tu się już ściemnia...

- A pójdziesz tam kiedyś ze mną?

Zatrzymała się również, kilka kroków przed nim. Spojrzała na niego.

- Nie, ze mną tam nie pójdziesz...

- Dlaczego? - spytał, podchodząc.

- Zobaczysz - odparła tajemniczo i odwróciła się bokiem, w stronę morza. Spojrzała na fale, unosząc obie ręce do góry i na boki. - Jest piękne - rzekła.

- Po co tyle tajemnic, Emilia? - spytał Olgierd. - Ja przecież wiem, że my razem...

- Nic nie wiesz - przerwała mu. Potem weszła kawałek w morze, podciągając rękoma obcisłe spodnie. Fale rozbijały się teraz o jej nogi. Olgierd stał na brzegu.

- Kiedyś wyszłam z morza - krzyknęła do niego, a widząc jego zaskoczenie, dodała: - Bo przecież byłam Venus, pamiętasz?!

 

- Olgierd!

Wszedł cicho, nie chciał być zauważony. Teraz jednak zwrócił głowę w bok, w stronę salonu. Światło było zgaszone, ale w mroku zauważył na fotelu sylwetkę ojca. Zatrzymał się.

- Olgierd, musimy porozmawiać - rzekł ojciec.

- Gdzie jest mama? - spytał chłopak.

- O tym właśnie chciałbym ci powiedzieć - rzekł Zygmunt, wstając. - Jest na górze. I czeka na ciebie...

Zanim Olgierd zdążył coś odpowiedzieć, ojciec wyszedł już z mrocznego salonu do oświetlonego przedsionka i skierował się w stronę schodów na górę. Syn ruszył za nim. Weszli na pierwsze piętro, potem skierowali się na prawo. Zygmunt podszedł do drzwi swojego pokoju na końcu korytarza i otworzył je. Olgierd stanął w miejscu.

- Chodź - zawołał prawie szeptem ojciec. Młody mężczyzna wszedł ostrożnie do pokoju. Zygmunt zapalił przyciemnione światło i wskazał ręką wiszącą na ścianie fotografie młodej, uśmiechniętej kobiety.

- Czeka tu na ciebie cały czas...

- Przecież to zdjęcie - zdziwił się Olgierd.

- Uśmiecha się, widzisz? - spytał Zygmunt, jakby nie słysząc - A czy zdjęcie może się uśmiechać. Powiedz...

Olgierd w milczeniu wpatrywał się w fotografię. I nagle usłyszał - przez ściany i las - szum niedalekiego morza. Odgłos ten wydał mu się znowu jednostajny. „Wiatr się wzmógł” - pomyślał.

- Rozmawiamy sobie czasem - mówił dalej ojciec. - Siadam na wersalce i opowiadam Jej, co robiłem w dzień. Czasem tak do późnej nocy sobie siedzimy. A potem mówię Jej „dobranoc” i idę spać - słowa Zygmunta były teraz ledwie dosłyszalne. Gdy urwał, w domu znów zapanowała cisza, a szum morza wydał się znowu głośniejszy.

- A kiedyś, wiesz - ciągnął ojciec - wywoływałem duchy. Z Majorem wywołaliśmy Jej ducha. To było jakieś pół roku temu... - zamyślił się, po czym mówił dalej: - Tak, był wtedy u mnie Major. Mieliśmy seans. A potem pojawiła się Ona. Przeszła cicho przez pokój w swojej długiej sukni... Miała taką suknię, pamiętasz...? - mówił teraz chaotycznie, często przerywał. - Szła powoli, nic nie mówiła... A gdy stanęła tam - wskazał palcem - odwróciła się i uśmiechnęła... Tylko tyle... A potem poszła dalej i weszła w ścianę... Jak to duch, normalnie...

- Zaraz - przerwał Olgierd. - Tata mówił, że pół roku temu Major był u taty...?

- No tak - potwierdził Zygmunt.

- Ale mówił tata, że poznał Majora przedwczoraj, gdy byliśmy u niego...

- Uhm - Ojciec skinął głową.

- Jak w takim razie... - Olgierd podniósł ręce, jakby chciał coś policzyć na palcach, lecz przerwał i rzekł tylko: - Przecież to nielogiczne!

- Życie jest nielogiczne, Olgierd - odparł Zygmunt. - Bardzo nielogiczne. Nielogiczność jest naczelną zasadą życia. Dlaczego cię to dziwi, w takim razie? Powinieneś dziwić się, gdy coś jest logiczne...

Syn nie odpowiadał.

Po chwili obaj jedli w salonie fasolkę po bretońsku. Przez cały czas posiłku żaden mężczyzna się nie odezwał, dopiero pod koniec ojciec rzekł:

- Jutro Ona przyjdzie...

- Mama? - spytał Olgierd, przerywając jedzenie.

- Przecież mama odeszła - przypomniał Zygmunt. - Przyjdzie kobieta, z którą chcę spędzić resztę życia...

Syn rozpoczął znowu jedzenie. Nic nie mówił.

- Przygotuję uroczystą kolację... Myślę, że będziesz... - rzekł Zygmunt.

 

Wiatr wiał

wiatrem

zabałwaniło

rozgranatowiło mi myśli

odlatywałem

spadł deszcz

więc zmokłem

 

Gdy Olgierd wstał rano i wyszedł przed dom, spotkał na werandzie ojca. Stał tyłem do drzwi, a przodem do wydm i niewidocznego stąd morza, wyprostowany. Wydał się teraz Olgierdowi młodszy i zdrowszy, niż dotychczas. Pełną piersią wdychał nadmorskie powietrze.

Gdy Zygmunt usłyszał kroki, odwrócił się do wchodzącego:

- Jak się spało?

- Nie spałem - odparł ponuro Olgierd, zdziwiony optymistycznym tonem pytania ojca.

Zygmunt milczał chwilę, po czym spytał znów:

- A kiedy wracasz, zastanawiałeś się już?

- Nie ma się do czego śpieszyć - rzekł cicho Olgierd.

- Studia to twoja przyszłość - odparł ojciec. - Musisz je skończyć, bo inaczej...

- Niechże tata da spokój - odburknął syn. Potem coś sobie przypomniał, więc rzekł: - Słyszałem w nocy, że znowu był ten policjant... Jak mu tam...?

- Posterunkowy Prukot - odpowiedział Zygmunt. - Słyszałeś co mówił?

- Że ten dziadek znalazł grabie i sprawa jest nieaktualna...

- Widzisz, jaki to debil - rzekł ojciec z wyraźną satysfakcja w głosie. - I nachodzi mnie ciągle, nawet tak późno w nocy...

Starszy mężczyzna stał jeszcze chwilę w odległą dal, w spokojne niebo, które gdzieś tam, za wydmami stykało się ze wzburzonym morzem - jego huk dochodził tu cały czas - po czym rzekł:

- Dobra, czas na śniadanie.

Odwrócił się i przez rozległy przedsionek wszedł do kuchni. Olgierd natomiast poszedł do salonu. Rozejrzał się dookoła. Jego wzrok padł na obraz, ten sam, który zauważył tu pierwszego dnia. Podszedł bliżej. Teraz także widział wyraźnie tańczącą parę na sali zalanej czerwonawym światłem. Przyjrzał się, próbując dostrzec wyrazy ich twarzy. Nie widział ich jednak. Cofnął się zatem, i znów zobaczył to, co mógł zobaczyć każdy: dwie plamy - większa czarna i trochę mniejsza biała, mieszające się na czerwonym tle z ledwie wyraźnymi czarnymi smugami.

- Chyba po prostu każdy widzi to, co chce - rzekł do siebie półgłosem.

- Mówiłeś coś? - spytał ojciec, wnosząc wielki talerz z pokrojonym chlebem w jednym ręku, a półmisek z wędlinami w drugim. Olgierd odwrócił się.

- Ale tata wystawne śniadanie przygotował - rzekł z lekkim podziwem.

- Zobaczysz, jaką kolację zrobię - odparł Zygmunt radośnie. - Jadłospis przygotowywałem kilka dni. Bo wiesz, Ona jeszcze u mnie nie była, to pierwszy raz...

Olgierd spojrzał w okno. Niebo straciło swoją dotychczasową gniewną pogodność, całe zasnuło się nieruchomymi, jednolicie szarymi chmurami. Dopiero teraz to zauważył, wcześniej, na werandzie jego uwagę całkowicie absorbowała postać ojca. Wilgoć, której pełne było powietrze przez ostatnie dni, skondensowała, zlepiła się w niewielkie kropelki, które teraz leniwie opadały na ziemię. nie było do końca wiadomo, czy to jeszcze jest bardzo wilgotno, czy już zaczęła się drobniutka, nasiąkliwa mżawka.

Śniadanie jedli w milczeniu, jak większość posiłków.  Gdy już zjedli, Olgierd wstał i oświadczył:

- Idę nad morze.

- Przy takiej psiej pogodzie?! - zdziwił się Zygmunt.

- Mimo wszystko - odparł Olgierd. Założył w przedsionku kurtkę i wyszedł. Ojciec patrzył za nim jakiś czas z werandy, jak znika skulony między wydmami. Mżawka nasilała się. Teraz nie było już wątpliwości, że pada. Spadające uprzednio chaotycznie kropelki zaczęły formować się w smugi, które regularnie przecinały powietrze, jak małe, przezroczyste meteory. Zygmunt patrzył na nie, wypatrywał ich przez moment wzrokiem, co na tle ogólnie szarego krajobrazu nie było wcale łatwe, po czym przeniósł wzrok w inną stronę. Natychmiast zauważył tam znajomą sylwetkę policjanta.

Funkcjonariusz, kuląc się, prawdopodobnie z powodu deszczu, wbiegł truchtem na werandę. Tu wyprostował się, wyjął odznakę i rzekł w stronę Zygmunta:

- Posterunkowy Prukot, policja.

- Bo bym nie poznał - odezwał się ironicznie mężczyzna.

- Niechże pan się nie śmieje - odparł Prukot. - Procedura nakazuje... Ale dziś podła pogoda! Taki drobny deszczyk...

- Niech pan wejdzie - zaproponował Zygmunt. - Lampkę koniaku?

- Jestem na służbie - odparł policjant, wchodząc za nim do salonu. W przedsionku strząsnął z munduru drobne krople wody i zdjął czapkę.

- No, w takim razie nie nalegam - rzekł z pełnym zrozumieniem w głosie Zygmunt, odchodząc od barku w salonie.

- Ale służbę mogę w każdym momencie przerwać - dodał szybko Prukot. - Zresztą i tak przysługuje mi dwudziestominutowa przerwa w pracy na lancz...

Zygmunt uśmiechnął się nieznacznie, po czym wyjął z barku butelkę koniaku, dwa kieliszki i nalał, jeden stawiając przed gościem.

- Jak tam przestępcy? - zagadnął. - Złapał pan już dziś jakiegoś?

- Niech pan nie żartuje - odparł poważnie policjant, biorąc do ręki kieliszek. - Ja wiem, do czego pan pije. Do tych grabi, tak? No, ja... od razu wiedziałem, że to nie pan, ale sprawdzałem różne... tropy...

- Nic to, nic - uspokajał Zygmunt. - Ważne, że wyjaśnił pan tę sprawę - dodał ironicznie.

- No, tak - potwierdził Prukot, nie wyczuwając ironii. Wypił zawartość kieliszka i wstał.

- Muszę jeszcze wpaść dziś do Majora - wyjaśnił. - Będę leciał.

- Major ma dobre wino - rzekł Zygmunt, uśmiechając się.

- Ja służbowo tam idę - tłumaczył się policjant, wychodząc. - Naprawdę.

Wyszedł na werandę, ubrał czapkę, skulił się i szybko zbiegł po schodach pomiędzy cienkie, lecz gęste strugi jesiennego deszczyku.

 

Na liście buków runęła

mżawka

trzymałem Cię w ramionach

coś mówiłaś

czy to wiatr szumiał

 

Olgierd przyszedł dobrze po południu, całkiem zmoknięty, gdyż deszcz dopiero co ustał, i nawet się trochę wypogodziło. Zastał ojca w świątecznym wprost nastroju. Zygmunt cały czas kręcił się po kuchni, kończąc przygotowania.

- Jakby Ona przyszła - krzyknął stamtąd do Olgierda - to wpuścisz, co?

Olgierd usiadł w fotelu. Próbował sobie wyobrazić narzeczoną ojca, lecz żaden obraz nie przychodził mu na myśl.

Rozmyślania przerwał mu dzwonek do drzwi. Wydawało mu się, że zobaczy wybrankę ojca, lecz gdy otworzył drzwi, jego oczom ukazała się zwiewna postać Emilii. Stała nieruchomo, wpatrzona w otwierającego.

- Wejdź, proszę - rzekł niepewnie. - Mamy dziś z tatą małą uroczystość rodzinną, ale wejdź...

Emilia weszła ostrożnie do przedsionka, wciąż nic nie mówiąc. Zastanowiło to Olgierda przez moment. Jednak już w tym samym momencie nadbiegł z kuchni Zygmunt, z łyżką w ręku. Olgierd otworzył usta, aby dokonać prezentacji, lecz ojciec go ubiegł:

- Widzę, że już się poznaliście. To jest właśnie Emilia, kobieta z którą spędzę resztę mojego życia... Olgierd, czy mógłbyś...?

Urwał w połowie zdania, gdyż chłopak wyminął Emilię, i wyszedł do ogrodu bez słowa. Zygmunt wybiegł za nim.

- Olgierd, wracaj w tej chwili! - krzyknął za nim. Lecz idący nawet się nie odwrócił.

- Wracaj, albo cię złapię i za uszy przyprowadzę! - krzyknął jeszcze, ale nie ruszył się z werandy.

 

Na wieczór morze tradycyjnie uspokoiło się i falowało tylko nieznacznie. Jego szum był teraz znacznie cichszy, niż przed południem. Słońce zachodziło, lecz jakby jakoś ukradkiem, co jakiś czas rzucając tylko swoje ostatnie promienie spomiędzy rozdartych chmur. Na łagodnych falach lekko huśtały się mewy.

Olgierd siedział na wielkim konarze i patrzył w dal. Nie byłby w stanie określić, jak długo tak siedział, ani o czym myślał - tyle spraw kotłowało się w jego głowie. Czasem dostrzegał, jakby na jawie, obrazy z przeszłości, które wkrótce znikały, rozpływały się w powietrzu.

- Olgierd - usłyszał za sobą głos. Odwrócił się. To była Emilia.

Z początku wydawało mu się, że jej w rzeczywistości nie ma, że to kolejny sen na jawie - przyglądał się więc z niedowierzaniem. W końcu odwrócił się znów w stronę morza. Emilia podeszła do niego i kucnęła.

- Olgierd, słuchaj... - zaczęła.

- Daj mi spokój! - odezwał się opryskliwie.

- Olgierd, to...

- Dajcie mi wszyscy spokój! - krzyknął znów i machnął ręką, jakby oganiając się od natrętnej muchy.

Wstała i milczała chwilę.

- Ty masz do mnie żal - rzekła w końcu.

- Tak, mam do ciebie żal - odparł znudzony, po czym dodał: - Mam żal do całego świata, że jest taki podły! I co z tego?!

- Wiesz, jaki jest twój problem? - spytała łagodnie. - Ty nie umiesz żyć!

- No, to mnie naucz - mruknął. - Zwłaszcza, że niedługo będziesz moją mamusią... Jesteś chociaż ode mnie starsza? - dodał. - A jeśli nie, to adoptujesz mnie? Tak?

- Więc o to ci chodzi... - rzekła ledwie słyszalnie.

- O nic mi nie chodzi - zdenerwował się, wstając. - Zostaw mnie i daj mi święty spokój! -krzyknął za nią, gdy odchodziła. A ona szła, tym razem nie przodem, lecz tyłem do zachodzącego słońca. Szła powoli, nie zwracając uwagi na fale, które co jakiś czas podbiegały dalej w plażę, rozchlapując się o jej nogi. Dolne części nogawek miała już całkiem mokre. Szła mimo to, nie odwracając się za siebie. Olgierd patrzył cały czas, czekał, sam nie wiedząc, na co, patrzył, aż oddala się i zmniejsza coraz bardziej, jak wiatr rozwiewa jej włosy.

Był jakby zahipnotyzowany – i wiedział o tym.

 

Zalało plażę

sosna wzbiła się w przestworza

dotykałem Twych włosów

i dałem Ci na pamiątkę

bukowy orzeszek

 

Znów wrócił późno do domu, chyba koło dwunastej. Ojciec już spał. Nie zapalając światła, wszedł do salonu. Nie chciało mu się spać. Siedział i myślał. O czym - sam nie wiedział. Z mroku, najpierw nieprzeniknionego, z wolna wyłaniały się kontury znanych przedmiotów. Jeszcze później widział nawet ich barwy. Spojrzał na obraz nad kominkiem. Już wiedział, kogo przedstawia - ojca i Emilię. Był pewien, że ciemna plama to Zygmunt w odświętnym garniturze, a ta biała, oplatająca go - to przytulona do niego Emilia, z długimi włosami i w długiej sukni. Może ślubnej...?

- Olgierd? - usłyszał z przedsionka głos ojca. Wkrótce zobaczył go także w progu salonu, jak po omacku szukał kontaktu, aż wreszcie włączył światło. Olgierd zamknął na chwilę oczy.

- Olgierd, czemu się tłuczesz po nocy? Spać nie mogę...

Zapytany nie odpowiadał. Przyglądał się przez moment ojcu, który wolno odsuwał rękę od kontaktu, a następnie przeniósł wzrok na obraz. Teraz, w sztucznym świetle, nie wydawał mu się taki tajemniczy.

Tymczasem Zygmunt podszedł bliżej i usiadł na fotelu. Milczał chwilę, po czym zaczął mówić, jakby do siebie:

- Twoją mamę poznałem ponad trzydzieści lat temu, była wtedy wspaniałą młodą kobietą. Była piękna... I miała marzenia... -zawahał się chwilę, po czym mówił dalej: - Taki biały domek blisko morza. O tym domku często mówiła, wyobrażała sobie, jak będziemy w nim mieszkać, będziemy chodzić nad morze... Ale ja, jako pracownik Urzędu Wojewódzkiego nie mogłem, nie byłem w stanie jej tego zapewnić...

Przerwał na chwilę, wziął głębszy oddech i opowiadał dalej, coraz głośniej i coraz bardziej zdecydowanie:

- Przyszedł rok osiemdziesiąty ósmy, wiesz, nowe możliwości i tak dalej... Małe firmy powstawały, jak grzyby po deszczu... Wtedy powiedziałem sobie: teraz, teraz, teraz albo nigdy! Rzuciłem pracę w urzędzie, znalazłem kilku wspólników, razem założyliśmy przedsiębiorstwo eksportowe. Z początku wydawało się, że to prosta sprawa... Ale potem pojawiły się problemy. Biurokracja, kruczki prawne, prokurator był u nas kilka razy, trzy razy kontrola skarbowa, jakichś dokumentów ciągle brakowało. Jeździłem po różnych siedzibach naszej firmy, wyjaśniałem. Wspólnicy zrezygnowali, zostałem sam. Jeszcze wydębili ze mnie swoje wkłady. Znów praca, dokumenty, druki, kontrole, długi... Ale w trudnych chwilach mówiłem sobie: to nic, to dla Niej, dla Kobiety Mojego Życia, więc warto... I chyba wtedy twoja mama poznała tego Jarusia, muzyka...

Po chwili mówił znowu, już spokojniej:

- Dopiąłem swego. Wyszedłem na prostą. Kupiłem ziemię, rozpocząłem budowę... Nie wiedziałem, że już po wszystkim, twoja mama mi nie mówiła, a ja... Dopiero, gdy dom był właściwie gotów do zamieszkania, powiedziała mi o nich, o Jarusiu i tyle...

Olgierd siedział bez ruchu, po czym rzekł:

- To ma być usprawiedliwienie, tak?

Zygmunt wstał. Olgierd jeszcze raz otworzył usta, lecz ojciec rzekł:

- Chodźmy spać...

 

 

 

I jeszcze

mi się śniło

że jutro też będzie dzień

 

Obudził go krzyk mewy. Otworzył oczy i, nie wstając, rozejrzał się dookoła. Morze coraz głębiej wdzierało się w głąb plaży. Kilka metrów dalej w stronę morza siedziała na piasku młoda dziewczyna, drobna brunetka, niezbyt ładna, lecz obdarzona delikatnym urokiem. Olgierd nie był pewien, czy widzi ją naprawdę, czy tylko wydaje mu się.

- Jakie to wszystko... -zaczął półgłosem. Dziewczyna odwróciła się.

- O, przepraszam, nie zauważyłam pana... - rzekła cicho.

- Nic nie szkodzi - odparł.

- Gdy tu biegałam kilkanaście minut temu, o mało pana nie nadepnęłam...

 -Ale nic mi się nie stało - odrzekł.

Patrzył chwilę w jej stronę, po czym znów rozejrzał się po plaży.

- Jak pani ma na imię? - spytał nagle.

- Niech pan zgadnie...

Myślał chwilę, po czym rzekł:

- Pewnie Iwona... To takie ładne imię...

Przysunęła się bliżej.

- Więc mogę być Iwoną. Dla pana... Naprawdę nazywam się Renata.... Ale to nic.

Przysunął się bliżej do tej niezwykłej istoty, którą tak niespodziewanie spotkał na swojej drodze. Patrzył na nią chwilę w skupieniu, po czym objął ramieniem i przyciągnął do siebie. Poddała się temu gestowi i oparła się o jego pierś. Poczuł silny zapach jej włosów, tak inny od wszystkich zapachów, które znał. Morze szumiało teraz jakby ciszej, znacznie ciszej, lecz wystarczająco głośno, aby zagłuszyć wszelkie inne dźwięki. Nie widział i nie słyszał nic poza nią...

Potem chodzili plażą wzdłuż morza, przyglądali się powstającym nagle falom, wdychali wilgotne powietrze, znowu siedzieli... Czasem rozmawiali o bardzo ważnych, nieistotnych rzeczach.

Wrócił do domu w zupełnie innym nastroju, niż rano. Nie umknęło to uwadze ojca. Gdy jedli spóźniony obiad,  Zygmunt zapytał syna:

- Kiedy wracasz do Warszawy?

- Nie wiem jeszcze, może nigdy... – odpowiedział Olgierd.

- A studia?! – zdziwił się ojciec.

- Rzucam studia – wyjaśnił syn i odstawił pusty talerz.

Zygmunt zastygł na chwilę bez ruchu, po czym spytał:

- Co znaczy – rzucasz studia?

- A, po prostu – odparł Olgierd. – Nic mi nie dają... Ci ekonomiści opowiadają takie głupie rzeczy... To maszyny, nie ludzie. Maszyny do robienia pieniędzy. nie chcę być jednym z nich...

- Synu – rzekł spokojniej już Zygmunt. – To twoja przyszłość. Może to ciebie nie interesować, ale... skończysz za rok studia, będziesz miał pracę, a... w wolnym czasie będziesz robił, co cię interesuje...

- Nie chcę takiej pracy – odparł kategorycznie Olgierd.

- Innej nie znajdziesz. Zwłaszcza, jak nie skończysz studiów. Przecież ty nic nie umiesz, do niczego się nie nadajesz. Ty jesteś wielka chodząca katastrofa – rzekł ojciec, wstając.

- Więc nie chcę żadnej – odpowiedział mu Olgierd.

- To ja nie wiem z czego będziesz żył – rzekł prowokacyjnie Zygmunt. – Chyba manną bożą. A ja cię do końca życia żywił nie będę! – mówił z coraz większą pasją. – Nie będę, słyszysz?! Możesz leżeć na ulicy i zdychać z głodu, a ja ci nawet suchej bułki nie dam!!

Zakończył prawie krzykiem. Syn krzyknął także:

- Nie chcę twojej suchej bułki!! I nie będę chciał!!

- Czekaj, jak cię wezmą do wojska, to będziesz miał!! A ja cię bronić nie będę!

- Do wojska?! Chyba siłą mnie wezmą!!

- Zgadłeś – krzyknął Zygmunt z satysfakcją w głosie. – Tak właśnie będzie. Przyjdą do ciebie w nocy, zabiorą cię z łóżka w piżamie, a ja powiem – dobrze, zabierajcie go sobie, szybko! Żadnej łapówki nie dam, nie myśl nawet o tym. A jak cię w tym wojsku ustawią na kilka godzin na baczność, to się nauczysz porządku!!

Widać było, że prawie dusi się swoją wściekłością.. Olgierd również zdenerwował się. Podszedł do stojącego w rogu salonu stolika, zdjął z niego stojący tam aparat telefoniczny i, nie dbając o kabel, podszedł z nim do ojca.

- Tak?! No, to już! niech tata dzwoni natychmiast do WKU, że przerwałem studia! Niech tata im to powie! - krzyczał, wysuwając telefon w stronę Zygmunta. Drugą ręką podniósł słuchawkę. - No, na co tata czeka?! Niech tata mnie wyda, już!

- Żebyś wiedział, że to zrobię!! - wrzasnął ojciec.

- No, to niech tata dzwoni! - Olgierd nacisnął słuchawką na widełki i podniósł ją zaraz z powrotem. - Niech tata teraz zaraz wyda mnie wojsku! Waha się tata?!

- Skończ tę komedię, Olgierd - przerwał mu ojciec.

- No, niech tata dzwoni! - upierał się syn.

- Skończ już i odłóż ten cholerny telefon! - krzyknął Zygmunt, zasłaniając dłońmi uszy.

Olgierd ochłonął nieco. Opuścił obie ręce bezsilnie, w jednej trzymając aparat telefoniczny, a w drugiej słuchawkę.

- Synu - rzekł spokojnie ojciec. - Ja chcę twojego dobra i dlatego...

- A wojsko...? - spytał nieśmiało Olgierd.

Zygmunt nie odpowiedział. Wziął od niego telefon i słuchawkę i zaniósł na swoje miejsce. Następnie wepchnął pod stolik kabel telefoniczny, który Olgierd wyciągnął.

- Tato, czy my musimy się ciągle ranić? - pytał tymczasem Olgierd. - Przecież my...

Zygmunt podszedł do okna i patrzył przez nie w skupieniu. Śledził wzrokiem przesuwające się po niebie chmury. Milczał...

 

- Ja mam do pana zaufanie, Majorze - mówił Zygmunt. Szli obaj drogą, przy której stały domy. Było już bardzo późno.

- Studia to głupota - rzekł Major. - Sam skończyłem geodezję, już jako podoficer, i zupełnie nie wiem po co. Chłopak robi, co uważa, ale że wojsko... Oni go tam zmarnują...

Zamyślił się, po czym rzekł:

- Po co pan mu o tym wojsku...?

- Tak mi się wyrwało...

- Nie powinno się panu wyrywać, panie Zygmuncie. Przecież wy macie teraz tylko siebie. Dwie samotne łodzie na tym morskim brzegu...

Zatrzymali się przed domem Majora i stali tam przez chwile. w końcu staruszek rzekł:

- No, dobra... Będę szedł. Dobranoc panu!

- Dobranoc - odpowiedział Zygmunt oddalającemu się sąsiadowi. Po chwili sam wchodził do swojego domu.

W salonie zastał Olgierda.

- Tato, ja już nie jestem sam - oznajmił poważnie syn. - Spotkałem wspaniałą kobietę...

Zygmunt nic nie mówił. Olgierd przerwał, po czym spytał nieśmiało:

- Tata myśli, że to prawda...?

- Nie - Zygmunt zaprzeczył ruchem głowy. - To nie prawda...

- Co nieprawda?

- To wszystko... Tego wszystkiego nie ma, przecież wiesz...

Olgierd opadł ciężko na fotel. Zygmunt stał w dalszym ciągu.

- Jak to nie ma? - spytał znów Olgierd.

- No, wszystkiego - odparł stojący. - Mnie, Emilii, tej kobiety, plaży, domu...

Olgierd chciał o cos zapytać, lecz nie mógł odnaleźć właściwych słów. Zygmunt mówił dalej:

- Ja umarłem w kilka tygodni po odejściu mamy. Utonąłem. Poszedłem się kąpać, złapał mnie skurcz i... Nie pamiętasz? Potem mój dom sprzedali. Kupił go ktoś, kto tu zbudował hotel... Dom oczywiście zburzono... Spalili zdjęcie mamy... Nie pamiętasz nic? Byłeś potem w tym hotelu, spałeś...

Olgierd szukał czegoś w pamięci. Morze... Morze lekko falujące, błyskające przymglonym słońcem i jakiś straszny niepokój. Ale jest ranek, cicho i woda pełna słońca. Po tej wodzie ślizga się wzrok patrzącego... Potem znów słońce, chyba jesienne popołudnie, bo słońce takie niewyraźne... Niepozorny inżynier w błyszczącym kasku. Dawał ręką znak, coś krzyczał. Biały domek osiadał, zapadał się jakby pod ziemię, podrywały się do góry kłęby pyłu, wszystko bez dźwięku... Inżynier, ze spokojną miną, otrzepuje pył z rękawów, podnosi kask, przygładza popielate włosy... Jakby było coś głęboko, jakieś deja vu, ale nic konkretnego, ani czasu, ani okoliczności.

- Emilia także zginęła - mówił dalej Zygmunt. - Została zamordowana, sprawców schwytano, ale zaraz wypuszczono, bo nieletni. Tak głośna sprawa, nie pamiętasz...? Potem był marsz milczenia, przeciwko przemocy. Nawet ty w nim szedłeś...

W wyobraźni Olgierda znowu pojawił się jakiś obraz. Ulica, tłum ludzi, widok jakby z góry. Transparenty, ciemne flagi. Napisy: nie chcemy umierać, kto następny?, nie zgadzamy się na przemoc. Tłum szedł z wolna do przodu, samochody, unieruchomione przez idących, trąbiły, oni nie zwracali na to uwagi... Szaro, drobny deszczyk i tłum mokrych ludzi...

- Coś mi świta... - rzekł ostrożnie Olgierd. - Tak, ubrałem się na czarno i szedłem. Było nas chyba ze cztery tysiące osób, którzy szli... Protestowaliśmy, wznosiliśmy okrzyki, nieśliśmy transparenty. I ja szedłem... Zupełnie nie wiem, po co...

Przerwał. Po chwili mówił dalej:

- Nie wiem, po co, bo w miesiąc później znowu kogoś zamordowano, znowu w bestialski sposób... Złapano sprawców, ale zaraz zwolniono, bo niekarani... I znowu marsz...

- Pamiętasz już? - przerwał mu Zygmunt. Olgierd mówił dalej:

- Teraz pamiętam coś, jakby jakieś inne życie... Tylko zbrodnia i łzy, podłość, bezsilność i samotność... A które życie jest prawdą...?

- Tamto - rzekł cicho Zygmunt. - Tam, gdzie łzy i samotność...

- A to jest...

- ...sen - dokończył ojciec.

- Bardzo ładny sen - stwierdził Olgierd. - Taki... Czy ja muszę się obudzić...?

- Na razie nie... Ale przyjdzie człowiek z tamtego innego świata, gdzie łzy, samotność i cię obudzi...

- Kto?

- Posterunkowy Prukot, tak myślę...

- Aha, on...

Milczeli przez moment. Pierwszy odezwał się Olgierd, obrócony bokiem do ojca, spytał jakby w wolną przestrzeń:

- Tato, a ty... znałeś wtedy Emilię? No, wiesz, w tamtym życiu, tym...

- Nie znałem - przerwał Zygmunt. - Spotkaliśmy się dopiero po tej stronie.

- Aha... Bo ja spotkałem kobietę... Czy spotkam ją...? No tam, wiesz...

- Tak - odparł Zygmunt. - Spotkasz, na chwilę. Nie będziecie wtedy przecież szczęśliwi...

- No tak - przyznał Olgierd - bo tam tylko samotność, podłość...

Znów przez moment nic nie mówili. Olgierd przypomniał sobie znowu jakieś wydarzenie. Teraz ujrzał przed oczyma postać Majora. Stał w mundurze na wielkim bezkresnym polu z tyczką geodezyjną. Podszedł do niego młody oficer.

- Jak pan trzyma tę tyczkę, panie podchorąży?! - krzyknął.

- Jak trzymam? Dobrze trzymam - bronił się Major.

- Krzywo od cholery! Tak to może sobie pan tę tyczkę wetknąć... Tam, gdzie słońce nie dochodzi!

Zabierał się do odchodzenia. Obraz zafalował.

- Panie poruczniku - zawołał za nim Major.

- Co jest?!

- A gdzie słońce nie dochodzi?

Porucznik spojrzał na niego.

- Co?

- Pytałem się, gdzie słońce nie dochodzi? Bo pan porucznik powiedział, że mogę...

- Aa, to. No, na przykład do jaskini nie dochodzi... To pan może sobie tę tyczkę wetknąć tak krzywo w jaskini i tam mierzyć...

Po chwili dodał:

- A wie pan, jaki z pana będzie geodeta? Wie pan? Jak z koziej d... trąba!

Obraz znów zafalował. Pole znikło. Teraz Olgierd patrzył na nieskończenie białą ścianę.

 Dopiero po chwili usłyszeli dzwonek.

- Kto tam? - spytał Zygmunt.

- Posterunkowy Prukot - odpowiedział głos zza drzwi.

- I już - rzekł ojciec w stronę Olgierda. Ten siedział chwile bez ruchu, po czym krzyknął:

- Nieee, ja nie chcę się budzić!! Aaaa...!!

Teraz uświadomił sobie, że jest już ranek, a on leży spokojnie w swoim łóżku w pokoju na górze. Na odgłos krzyku przybiegł ojciec.

- Co się stało? - spytał niespokojnie.

- A, nic, miałem taki sen...

- Co ci się śniło? - dopytywał się ojciec.

- Śniło mi się, że tata nie... To znaczy, śniło mi się, ze mi się śniło... Nie...

Zygmunt oparł się o framugę.

- Ważne, ze się obudziłeś. Ubierz się i zejdź na śniadanie...

Przy śniadaniu ojciec wykazywał spory niepokój - widać było, że chciał cos powiedzieć, lecz nie bardzo wiedział jak. W końcu odezwał się:

- Nie daje mi spokoju ta sprawa z twoimi studiami. Myślę, ze nie powinieneś ich przerywać...

- Tato, niech tata da spokój... - odezwał się Olgierd znużonym głosem.

Zygmunt odłożył widelec, złożył przed sobą obie ręce, trochę jak do modlitwy, poczekał, aż przełknie, i rzekł:

- Słuchaj, Olgierd... Ja ciebie próbuję zrozumieć. Też kiedyś byłem przecież w twoim wieku, miałem wariackie pomysły. Wiesz, u mnie w domu była bieda, zwłaszcza jak twój dziadek, a mój ojciec rozszedł się z babcią. Ja uprawiałem za domem kawał pola, żeby chociaż warzyw na zupę nie brakowało... I wtedy zrozumiałem, że muszę...

- Więc w tę stronę teraz tata uderzy?! - przerwał mu Olgierd. - Znowu mi tata będzie opowiadał o tych warzywach i tej biedzie i wypominał mi, że ja wszystko mam, tylko...

- Słuchaj, synu - przerwał mu znów spokojnie Zygmunt. - My z mamą zapewniliśmy ci godne warunki życia, spokojne dzieciństwo, to był nasz obowiązek. Ja chcę tylko, żebyś tego nie zmarnował!

- Nie - zaprzeczył Olgierd. - Tata chce mi tylko świecić w oczy tą biedą, tym swoim dzieciństwem, pietruszka i ziemniakami, które tata uprawiał. Chce tata we mnie wywołać poczucie winy, że ja wszystko miałem! Tak tata chce!

Zygmunt otworzył usta, żeby cos powiedzieć, lecz Olgierd mówił dalej:

- Zupełnie jak dziadek. Zawsze, gdy go odwiedzam, wyciąga z szafy swoje wszystkie ordery i układa je na stole w czworobok i opowiada - to za odwagę w boju, to krzyż zasługi, to krzyż kawalerski, to za Bzurę, to za tysiąc dziewięćset dwudziesty, to za...

- Synu - przerwał mu Zygmunt. - Co ty...?!

- On rozkłada te ordery - mówił, nie przerywając Olgierd - przekłada je, podsuwa mi przed oczy i ciągle powtarza - tak, nasze pokolenie, to było pokolenie, myśmy walczyli! Zwyciężali! I Baczyńskiego wydaliśmy, i Gajcego, i kraj odbudowaliśmy, i powstanie, i sierpień, i grudzień, i październik! A teraz, to wy młodzi wszystko macie i...! On to ciągle powtarza...

- Synu - ojciec zdecydowanie wszedł mu w słowo. - Tym razem przegiąłeś! Możesz mówić różne rzeczy, ale na mojego ojca złego słowa powiedzieć ci nie dam!

- On ciągle uważa, że to ja zawiniłem, że mnie wtedy nie było na świecie! - Olgierd aż wstał z przejęcia. - I chce, żeby ciągle składać mu hołd za te wrześnie i październiki i inne Bzury, i potrafi tylko o tym mówić! Wy obaj nie przyjmujecie do wiadomości, że nawet młody człowiek może być nieszczęśliwy, że żarcie i pokój to jeszcze nie wszystko...

- Mówiłem ci, zejdź z mojego ojca! - krzyknął Zygmunt, wstając również zza stołu. - On był bohaterem, czy ci się to podoba, czy nie! I całe szczęście, że ciebie wtedy nie było! Gdyby w latach czterdziestych żyli tacy ludzie, jak ty, do dziś nie mielibyśmy wolnego kraju! Ty jesteś wielka chodząca katastrofa, czego się nie tkniesz, zamienia się w g..no, nawet głupich studiów nie umiesz porządnie skończyć, a wyśmiewasz się z człowieka o wiele, wiele lepszego niż ty! To jedyne, co potrafisz, cholerny nieudaczniku!

Olgierd nie odpowiedział nic. Usiadł zrezygnowany na krzesło, pochylił głowę. Zygmunt zauważył to, i rzekł dużo ciszej:

- Olgierd, no... ja nie chciałem tego powiedzieć...

- Nieprawda! Tata tak myśli...

- Nie - zaprzeczył ojciec, podchodząc do Olgierda. - Ja tak nie myślę... Po prostu, czasem mówimy coś, czego potem żałujemy... Ja wiem, ty też masz swoje kłopoty...

- Nic tata nie wie - zaprotestował Olgierd. - Niech tata da mi spokój...

Za oknem, na błękitne z rana niebo nasunęły się chmury. Rzuciły cień na całą ziemię. Było szaro i źle.

 

- Posterunkowy Prukot, policja...

- A myślałem, że Dżejms Bąd – zaironizował od niechcenia Major.

- Niech pan nie żartuje, Majorze – odparł, z wyraźnie obrażona miną Prukot, wchodząc do przestronnego korytarza. – Procedura wymaga, żeby...

- Lampkę wina? – przerwał mu Major, sięgając do jednej z niskich szafek, stojących pod oknami salonu.

- Jestem na służbie – wyjaśnił rzeczowo policjant.

- No tak, to nie można... – rzekł z pełnym zrozumieniem Major, prostując się.

Prukot powstrzymał go ruchem ręki i powiedział:

- Właściwie to mogę sobie zrobić przerwę, jak pan nalega...

Po chwili obaj siedzieli na fotelach i sączyli wino wiśniowe własnej roboty.

- Prowadzi pan jakieś dochodzenie aktualnie? – spytał starszy mężczyzna.

- Tak... – odparł ociągając się policjant. – Ale to jest... tajemnica służbowa... ale jak już zakończę, to...

- Aż się boję... – rzekł poważnie i cicho Major, po czym dodał: - A ja właściwie mam do pana sprawę... Służbowo...

Policjant ożywił się, odstawił kieliszek.

- Niechże pan coś zrobi z tymi gnojami, co się rozbili z namiotem na plaży – wyrzucił Major.

- A co? – zainteresował się Prukot. – Co zrobili?

- Zakłócają spokój. Hałasują... – wyjaśnił staruszek.

- Ale nic...? – zaczął funkcjonariusz. – No, to nie leży w kompetencjach policji... Ja, to jestem z wydziału kryminalnego – dodał z dumą.

- To co, nic pan nie zrobi? – upewnił się Major.

- Hmm, myślę – zaczął policjant – że mógłby się pan z nimi dogadać, żeby... A to panu przeszkadza, tak?

- Gadałem z nimi wczoraj – rzekł Major. – Rzucili wiąchę przekleństw i kazali się wynosić...

Policjant patrzył przez moment w okno, jakby poszukując tam odpowiedzi na jakieś pytanie. W końcu powiedział niepewnie:

- To może... spróbuje pan... jeszcze raz...?

- No dobra – odparł odważnie Major. – Ale nie będzie pan miał do mnie pretensji, że... no, nie wiem, wchodzę w pana kompetencje, czy coś...?

- Nie, no nie – zapewnił Prukot.

- No dobra – powtórzył Major.

Gdy policjant założył czapkę, następnie wstał i wyszedł, Major nalał sobie jeszcze jeden kieliszek wina. Wypił go szybciej, niż poprzedni. Wciąż o czymś myślał. Nalał następny. Wstał i wypił go na stojąco. Kolejny również zaczął pić stojąc obok fotela, lekko zwrócony w stronę dużego lustra w korytarzu, które było widać przez drzwi salonu. Obserwował swoje odbicie – niskiego siwego staruszka w starym wojskowym mundurze. Teraz jednak coś zaczęło się zmieniać. Rysy twarzy wojskowego w lustrze złagodniały jakby, a włosy pociemniały. Podniósł kieliszek do ust, lecz wstrzymał się z wypiciem, gdyż postać w lustrze – nie będąca już odbiciem Majora – przechodziła dalsze zmiany. Jej włosy – teraz nie siwe, lecz kruczoczarne – stawały się coraz dłuższe. Major wyraźnie rozpoznał młodą dziewczynę, około dwudziestoletnią.

- O, kurcze... – rzekł cicho i zamknął oczy. Gdy je otworzył, znów zobaczył w zwierciadle tę samą postać.

- Anno... – rzekł niepewnie.

- Henryku... – usłyszał w odpowiedzi miękki i lekki głos. Nie pochodził on od osoby w lustrze, lecz jakby wydobywał się z wszystkich zakamarków salonu, zewsząd.

- Anno... – powtórzył Major.

- Wiesz, co trzeba robić, Henryku – odparł głos.

Major znów zamknął oczy. Gdy je otworzył, w lustrze widział tylko swoje dobrze znane odbicie. Wypił duszkiem resztkę wina z kieliszka, odstawił go niedbale na stolik. Podszedł do ściany, zdjął z niej wiszącą tam dubeltówkę, obejrzał ja dokładnie i przewiesił sobie przez ramię. Teraz zbliżył się do okna, wysunął szufladę z jednej z szafek, które stały pod ścianą. Wyjął z niej pudełko z nabojami i schował do kieszeni. Zasunął niedbale szufladę, która zatrzymała się, lekko wystając poza obrys szafki i energicznym krokiem wyszedł z domu. Po chwili był na plaży, o kilkanaście metrów od obskurnego namiotu.

Przed namiotem, nad małym ogniskiem gotowało się cos w metalowym kociołku. Obok stały w rzędzie częściowo opróżnione butelki wódki i radiomagnetofon, z którego dolatywały głośne dźwięki hiphopu.

Major stanął na chwilę, po czym krzyknął w stronę namiotu:

- No, jazda, wynocha stąd!!

Na te słowa z namiotu wyszedł dobrze zbudowany młody chłopak z ogoloną głową i odkrzyknął:

- Sp..laj stąd, dziadku, bo ci się coś, k..wa, stanie złego!! Mówiliśmy ci wczoraj, nie?!

Major zdjął z ramienia strzelbę.

- Wynocha, bo ustrzelę!! – krzyknął.

- Zjeżdżaj, dziadku, bo ci zaj..bię w mordę!! – wrzasnął łysy.

Na te słowa Major przyłożył strzelbę do oka, wycelował i strzelił. Pierwszy pocisk trafił w radiomagnetofon, który przewrócił się i zaraz zamilkł. Następny strzał trafił w stojące obok butelki i dwie z nich stłukł. Wystraszone mewy wzbiły się gdzieś dalej w powietrze, z ogromnym krzykiem i wyraźnie słyszalnym łopotem skrzydeł. Łysy stanął bez ruchu. Z namiotu wyszło jeszcze dwóch chłopaków, krótko ostrzyżonych nieco niższych od łysego oraz młoda zgrabna dziewczyna, długowłosa blondynka.

- Dziadku, k..wa, odp...liło ci, czy co?! – krzyknął jeden z nich niespokojnie. Major tymczasem wyjął z kieszeni pudełko z nabojami i załadował strzelbę.

- Wynosić się, już! – wrzasnął. – Bo zastrzelę, a widzieliście, jak strzelam...

Młodzi ludzie stali w miejscu jakby sparaliżowani, nie wiedząc, co robić.

- Zwijać namiot i zabierać się! – komenderował Major, machając strzelbą.

Zaczęli powoli wyciągać z piasku śledzie. Major podszedł bliżej.

- Prędzej, prędzej – poganiał.

Zwijali się coraz szybciej, prawie nerwowo. Po chwili odchodzili, niosąc pod pachą różne toboły, naprędce zwinięte.

- Ty, dziadku, chyba się naj..bałeś, albo jesteś p..dolnięty w mózg – rzekła dziewczyna, odchodząc za swoimi kolegami.

- A to? – spytał Major, wskazując lufa na kociołek i butelki. Jeden z chłopaków wrócił po te rzeczy. Pozostali dopadli do stojącego w zaroślach samochodu i jeden z nich już go uruchamiał. Po chwili odjeżdżali.

- Pożałujesz, dziadku! – krzyknął jeszcze jeden przez szybę.

- Żebym was tu więcej nie widział! – odpowiedział mu Major, oglądając strzelbę.

 

Morze znowu szumiało, ale fale jeszcze nie wdarły się w głąb plaży. Jedynie tu i ówdzie, w zagłębieniach potworzyły się drobne kałuże. Powierzchnie kałuż były pomarszczone od wiejącego wciąż wiatru.

- Iwona...

Dziewczyna odwróciła się. Wiatr rozwiał jej włosy, zasłaniając jej twarz. „Teraz ładnie” - pomyślał Olgierd.

- Jak sądzisz, czy to możliwe? - spytał.

- Co?

- My, morze...  i tak dalej... Bo wiesz, mi się śniło... że...

- Co za różnica? - spytała cicho. - Ważne, że jesteśmy tu... A co za różnica, czy to sen, czy nie...

- A jak się obudzimy?

Podeszła bliżej, przykucnęła obok niego. Delikatnie pogładziła jego włosy.

- Czemu ciągle o tym myślisz?

- Bo mi się wydaje, że...

- Nie myśl już o tym...

Usiadła, wyciągając nogi przed siebie. Piętą prawej stopy wygrzebała w mokrym piasku niewielki dołek. Milczeli długo. Olgierd lekko oparł głowę na ramieniu Iwony. Podmuch wiatru strząsnął jej włosy na jego twarz.

- Pójdziemy tam? - spytał.

- Gdzie?

- Do buczyn. Chciałbym zobaczyć, czy są już złote...

- Na pewno - potwierdziła. - Na pewno pójdziemy.

Wstała energicznie.

- Chodź - zawołała. - Chodź nad morze. Pobiegnijmy!

Zaczęła biec. Olgierd podniósł się również z piasku i ruszył za nią. Biegli wzdłuż brzegu, rozchlapując stopami nadpływające fale. Co jakiś czas pierzchały im spod nóg wystraszone mewy.

Plaża zwężała się w tym miejscu i była bardziej kamienista. Leżały na niej pnie drzew, które zsunęły się z podmytego klifu. Przebiegli jeszcze kilka metrów i  byli w Orzechowie. Iwona zatrzymała się. Olgierd dogonił ja i chwycił jej dłoń w swoje dłonie.

- Chodź do buczyn - zaproponował. Szli dalej w milczeniu w stronę lasu.

 

- Prukot, policja!

- A myślałem, że kaczor Donald, taki podobny pan posterunkowy... - zadrwił obolałym głosem Major. Leżał w salonie na wersalce z chłodnym okładem na głowie i patrzył zamglonymi oczyma w sufit. Obok wersalki na podłodze stała miednica z chłodną wodą.

- Awansowałem na sierżanta - rzekł wesoło policjant, wchodząc do salonu. - Nie wypijemy pod to?

- Niech pan sobie naleje, ja nie, mnie dziś tak łeb boli... Tam stoi butelka, kieliszki... - wyciągnął nieznacznie prawą rękę.

Prukot zdjął czapkę, położył na stole i nalał sobie wina.

- Zaszaleliśmy wczoraj, co? - spytał zaczepnie. - A ja do pana właściwie służbowo, w sprawie wczorajszego dnia właśnie, Majorze...

- Wal pan - wystękał heroicznie staruszek.

- Skarga na pana przyszła. Napad, rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, groźba pozbawienia życia...

Staruszek syknął ledwie dosłyszalnie, po czym lekko wycisnął sobie okład na czoło. Policjant zamilkł, jego rozmówca poprawił się na kanapie.

- A, o tych ćwokach pan mówi - rzekł Major przytomniej. Usiadł na wersalce, zmienił okład, sycząc z bólu.

- Nieźle pan się zamotał... - przyznał z namysłem Prukot.

- Daj pan spokój i nie mówmy już o tym - zaproponował Major. Z okładu, który leżał na jego czole, strużka zimnej wody pociekła w dół, do wąsów.

Policjant nie dawał za wygraną.

- Wie pan - mówił - ja panu życzę jak najlepiej, Majorze. Ale to użycie strzelby, to jest... No, i że pan groził...

- Daj pan spokój - nalegał Major. - Strzelałem do rzutków, do butelek... A zezwolenie mam, aktualne... Niech pan sobie obejrzy, tam jest, o... - wskazał lewą ręką stojącą w głębi salonu szafkę, na której leżała sterta papierów. Drugą ręką przytrzymał okład i przesunął go nieznacznie wyżej.

- Ja panu, Majorze, życzę bardzo dobrze - mówił tymczasem policjant. - Ale nie można strzelać do ludzi. Jak pan coś do nich miał, to trzeba było do mnie zgłosić...

- Zgłaszałem - przypomniał staruszek.

- Ja panu coś teraz powiem - rzekł Prukot ciszej. - Ja wtedy nie mogłem zareagować, bo... Pamięta pan tego byka?

- Tego łysego ćwoka? - dopytywał się Major.

- No, tego... To on jest... hmm, synem naszego komisarza... To jest jego ojciec.

- Aha - zrozumiał starszy mężczyzna. - Czyli, ze mu wszystko wolno?

- No, wie pan... - jąkał się funkcjonariusz. - Teoretycznie, to nie, no ale... wiadomo, robi się różne wyjątki... Właściwie, powinienem pana aresztować i przesłuchać, ale...

Major zdjął z głowy kompres i odrzucił na bok.

- Skoro się robi różne wyjątki - rzekł zdecydowanie - to ja też zrobiłem wyjątek, że użyłem strzelby wobec tych gnoi. A teraz - w tym momencie wstał - a teraz zrobię drugi wyjątek, i jak pan mi nie zejdzie z oczu, to mnie pan będzie musiał aresztować za kopanie policjanta na służbie, co zapewne jest zabronione!

- Spokojnie, spokojnie - przerwał mu Prukot. - Niech się pan nie denerwuje, ja tylko...

- No, jazda! - krzyknął Major. - Nie chcę dziś pana oglądać, bo mam kaca i... nie mam zdrowia na rozmowę z panem, panie posterunkowy...

- Nie wiem, czy panu wiadomo, ale jestem sierżantem - rzekł policjant, ubierając czapkę, po czym dodał smutno: - Ale teraz, to mnie chyba zdegradują...

Wahał się jeszcze chwilę.

- No, szybko, bo pana pozbawię władzy w rękach i nogach! - krzyknął Major. - Ja umiem, pan wierzy...

 

Znów siedzieli na plaży. Iwona wystawiała twarz w kierunku słońca, zgięła nogi w kolanach i oparła stopy kilkanaście centymetrów przed sobą. Później schyliła się i zaczęła drobną dłonią powoli usypywać górkę z piasku obok siebie. Olgierd siedział tuż przy niej, w pozycji półleżącej.

- Wciąż nie mogę uwierzyć... - rzekł od niechcenia.

- W buczyny?

- Tyle w nich złota, tyle słońca, a przecież prawie nie ma słońca... - tu przerwał, zawahał się. - Ale nie. Nie mogę uwierzyć w nas. W ciebie i mnie. W miłość... W tyle szczęścia na raz...

- Pozwól sobie w to uwierzyć - rzekła Iwona, całkowicie zajęta swoją czynnością. Silniejszy podmuch wiatru znów potargał jej włosy. Chciała je poprawić.

- Zostaw... Tak jest ładnie... - powstrzymał ją. Cofnęła dłoń i położyła ją na usypanej górce z piasku. Potem podniosła tę dłoń i przesunęła nią po łydce, od kolana do stopy. Olgierd uważnie śledził jej ruchy.

- Pozwól sobie uwierzyć w to szczęście. W to, że istnieje miłość, a ludzie mają serca. Na kilka chwil...

Odchyliła się i oparła o niego. Teraz oboje byli w pozycji półleżącej i prawie nie słyszeli szalejących fal i gwiżdżącego wiatru. Jedynie co jakiś czas mogli zauważyć przemieszczające się grzbietem fali wędrujące tumany półsuchego piasku.

- Pozwól sobie w to uwierzyć - powiedziała jeszcze raz. - Później o tym zapomnisz...

Odwróciła twarz w jego stronę.

- Ale dziś mnie kochaj i ciesz się moją miłością do ciebie. Póki możesz...

Objął ją ramieniem. Nad nimi przeleciała lekka mewa i zniknęła gdzieś za wydmami.

 

Prosto od Majora poszedł Prukot do Zygmunta.

- Może koniaku? - zaproponował gospodarz.

- Ja nie wiem - zdziwił się funkcjonariusz - ale co ktoś widzi policjanta, to wyciąga alkohol. To dla mnie niepojęte...

- Znaczy, nie ma pan ochoty - uściślił Zygmunt.

- Tego nie powiedziałem - zaprotestował Prukot.

- Ale pan na służbie...

- No, to mogę zawsze przerwać... Aha, skoro o tym mowa, to ja do pana służbowo. Ale to może potem...

Zygmunt odsunął butelkę od Prukota, który już usiadł przy stoliku.

- Niech pan mówi teraz, a przerwa potem - zażądał.

Policjant ubrał czapkę i rozejrzał się.

- A syn jest? - spytał.

- Nie ma.

- Bo ja, to właściwie do niego... Ale dobrze, myślę, że mu pan przekaże...

Nachylił się i zaczął coś Zygmuntowi szeptem opowiadać...

Gdy tego dnia wrócił do domu Olgierd, ojciec nie spał. Siedział w salonie i wyraźnie na niego czekał. Olgierd odgrzał sobie w kuchni obiad i przyniósł go do salonu. Gdy rozpoczął jedzenie, Zygmunt powiedział, jakby od niechcenia:

- Wiesz, był dziś u mnie posterunkowy Prukot...

- Też nowość - Olgierd nie wydawał się zaskoczony. - Jakby nie przyszedł, to by była rewelacja...

- On coś do ciebie ma...

Olgierd spojrzał na ojca badawczo.

- Domyślasz się, co?

- Skąd mogę wiedzieć, co temu człowiekowi chodzi po chorej głowie?

- Ostatnio rzadko bywasz w domu...

- No tak... - potwierdził syn.

- Poznałeś jakąś dziewczynę...

- No tak. Mówiłem tacie... To znaczy, śniło mi się...

Zygmunt wziął głębszy oddech.

- Ile ona ma lat? - spytał.

- Nie wiem...

- A wiesz chociaż, czy jest pełnoletnia?

Olgierd przerwał jedzenie, odsunął lekko talerz. Spojrzał w stronę ojca.

- Odpowiedz na pytanie - nalegał Zygmunt. - Jest pełnoletnia, czy nie?

Olgierd nie odpowiadał.

- Bo Prukot uważa - kontynuował ojciec - że jest nieletnia...

Po chwili mówił dalej:

- Wiesz, co za to grozi, jakby... Za kontakt z nieletnią...

- Niech mi nikt nie mówi, jak mam żyć - zaprotestował Olgierd.

- W świetle prawa jesteś pedofilem - uściślił Zygmunt. - Za to się idzie siedzieć. Na długie lata...

- Niech mi już nikt nie mówi, jak ja mam żyć - powtórzył zdecydowanie syn.

- Pewnie, ty zawsze taki radosny! - zdenerwował się ojciec. - Jak cię zamkną do pierdla, to otrzeźwiejesz! A ja ci na adwokata nie dam! A, nawet nich ci to do tej tępej głowy nie przychodzi! Ani złotówki nie dam na adwokata!! - dokończył z krzykiem.

- Nie chcę twojego adwokata!!

- Trafisz do pierdla jak złoto! A wiesz, co inni kryminaliści robią z pedofilami?! Morderstwo, w porządku, ale zabójców dzieci i pedofili wszyscy bandyci nienawidzą najgorzej i znęcają się nad nimi, jak tylko umieją! A tak!

- Do więzienia mnie nie wezmą! Chyba po moim trupie!

- Tak właśnie - potwierdził ojciec. - Jak się będziesz stawiał, to się nie cofną i przed tym! Popełniłeś jedno z największych przestępstw, jakie są!

Olgierd milczał przez moment. Po chwili usta zaczęły mu drżeć. Wstał, podszedł do ojca i krzyknął, prawie płacząc:

- Tato, ja nie chcę umierać!

- Trzeba było się zastanowić, co robisz... - rzekł Zygmunt, wstając. Tu przerwał.

- Tato, ratuj mnie, proszę, zrób coś! - krzyczał syn w histerycznym obłędzie. - My mamy tylko siebie, ratuj...!

- Spokojnie - rzekł Zygmunt, zupełnie innym tonem. - Usiądź, pogadamy...

Usiedli na kanapie stojącej pod ścianą. Zygmunt mówił znacznie spokojniej:

- Mam znajomego adwokata... Sprawy naszej firmy, wiesz, prowadził. Dobry jest... Ale ty mi musisz teraz wszystko dokładnie powiedzieć...

- Kocham Iwonę - rozpoczął Olgierd. - I ona mnie kocha. I chcemy już zawsze być razem...

- To nieistotne - przerwał ojciec.

- Jak to, miłość nieistotna? - zdziwił się syn.

- To nieważne dla sprawy - uściślił Zygmunt. - Powiedz, co między wami było... - wykonał nieokreślony ruch rękoma. - Czy, na przykład... dotykałeś jej? Całowałeś ją?

- Tak - przyznał odważnie Olgierd.

- Tak - co?

- Dotykałem ją i całowałem...

- A gdzie?

- Głównie na plaży...

Zygmunt machnął zniecierpliwiony ręką.

- Chodzi o miejsca na ciele. Gdzie ją całowałeś?

- Wszędzie.

- Znaczy...

- Poznałem dokładnie mapę jej ciała. Wszystkie miejsca... - mówił Olgierd, jakby natchniony.

- Aa... tam...? - przerwał Zygmunt.

- Też.

- O, cholera - przeklął cicho ojciec. - To nie jest dobrze... A... - zaczął głośno - A... czy był...? Czy doszło między wami do...?

Przerwał i wykonał prawą ręką kilka okrężnych ruchów w płaszczyźnie pionowej, jakby chciał pomóc słowom wydostać się z ust.

- Stosunek? - podsunął mu syn brakujące słowo. Ojciec potwierdził ruchem głowy. - Nie, nie było. - rzekł Olgierd. - Jeszcze nie jesteśmy oboje gotowi... A głównie ja...

Zygmunt odetchnął z ulgą.

- Chociaż tyle dobrze... Gdyby nie to... Kurcze, synu, ale się porobiło... Co robić...?

Myślał przez moment. Olgierd całkiem już zapomniał o swoim strachu związanym z więzieniem.

- Wiesz, co zrobimy? - przerwał jego rozmyślania ojciec - Wyprzesz się wszystkiego. Nie będziecie się już spotykać. I...

- Odpada - rzekł zdecydowanie syn.

- Jak to?

- Odpada. Ja ją kocham i... nie wyobrażam sobie...

- Przestań opowiadać pierdoły - przerwał mu Zygmunt. - Znajdziesz sobie następną, zapomnisz...

- Ja nigdy o niej nie zapomnę! Nigdy!

- Głupoty opowiadasz! - zdenerwował się ojciec.

- Niczego się nie wyprę! A na pewno nie mojej pierwszej miłości!

- To pójdziesz do więzienia, i żaden adwokat świata ci nie pomoże!! - krzyknął Zygmunt.

- Niech tata już tak nie mówi - rzekł złamanym głosem Olgierd.

Zygmunt spojrzał na niego i powiedział znacznie ciszej:

- Synu, dlaczego ty nie możesz żyć normalnie? Normalne studia, praca, normalna dziewczyna... Dlaczego...?

- Ty mnie, tato, nie nauczyłeś kochać - rzekł Olgierd z wyrzutem.

- O co ci chodzi? - zdziwił się Zygmunt. - Przecież mówiłem ci, mama sam odeszła...

- Co zrobiłeś, żeby ją zatrzymać?! - spytał głośniej syn.

- Prosiłem ją, aby została. Obiecywałem, że spełnię każde jej życzenie...

- Za mało!

- Na kolanach błagałem!

- Wciąż za mało!!

- Więc co miałem jeszcze zrobić?!

- Widzisz, sam nie wiesz! Ty nie umiałeś kochać i dlatego mnie tego nie nauczyłeś! A teraz - dodał uroczyście - sam uczę się tej trudnej sztuki. Od Iwony...

Za oknem zawodził wiatr. Wył i uderzał w okna domu Zygmunta, wyginał drzewa, kształtował nowe gałęzie, rzucał piachem, zasypywał trawy... Wiatr był niepokonaną siłą, która wszystko przemoże.

 

- Iwona...

Wiatr był dziś jeszcze silniejszy, niż wczoraj. Sztorm był lada chwila. A oni siedzieli na grubym konarze, który teraz znajdował się znacznie bliżej morza, niż kilka dni temu.

- Ja dziękuję ci za wszystko, ale... Musimy się rozstać... - mówił cicho Olgierd.

- Czemu?

- Chcą mnie przymknąć...

- A za co?

- No, za miłość... wiesz przecież...

Milczeli długo, wsłuchani w szum fal. Nie trzeba było dalej wyjaśniać, o co chodzi – oboje wiedzieli.

- Będę czekać, aż wyjdziesz - zapewniła Iwona. - A gdy wyjdziesz z więzienia, będę już pełnoletnia. Weźmiemy ślub...

Mówiła to jednak bez przekonania – tak po prostu, bo tak się mówi. Olgierd doskonale to wyczuł:

- Iwona, po co to? - przerwał jej w końcu - Przecież wiesz, że to nieprawda. Poznasz kogoś, o mnie zapomnisz. Weźmiesz ślub z kim innym, wyjedziecie daleko i...

- Olgierd, ty zawsze...

- Co?

- Ty zawsze masz rację...

Po chwili zapytała, zwracając się w jego stronę:

- A kiedy po ciebie przyjdą?

- Myślę, że dziś...

- To nie zobaczysz sztormu. – rzekła. W tym momencie jemu także zdawało się, że będzie to największa tragedia, która w najbliższym czasie go spotka. Dlatego rzekł:

- Ty też nie. Pójdziesz w swoją stronę i...

W tym momencie usłyszał za sobą znajomy głos:

- Posterunkowy Prukot, policja. W imieniu prawa, jest pan aresztowany pod zarzutem... Wie pan, jakim. Ma pan prawo nic nie mówić. Wszystko, co pan powie, i tak dalej... Idziemy.

W tym momencie za plecami rozległ się głuchy łomot. Teraz Olgierd rozpoznał głos Majora. Mówił pewnie i odważnie:

- Panie posterunkowy, pan jest tu niepotrzebny. Zrozumiano?

- Tak jest! - odparł sztywno Prukot, jakby gdzieś z ziemii.

- Odmaszerować! - komenderował Major.

- Tak jest!

Teraz dopiero się odwrócili. Zauważyli tylko Majora, który stał wyprostowany za nimi.

- Pan tu sam? - spytał Olgierd.

- Uhm - przytaknął Major, jakby było to coś zupełnie oczywistego, i właściwie nie wymagało dodatkowych tłumaczeń. Olgierd jednak dalej miał wątpliwości:

- Bo wydawało mi się, że słyszę głos posterunkowego Prukota.

- Był tu.

- I co?

- I poszedł. A teraz szybko! Musicie wziąć jeszcze ślub.

Dodał bardziej nerwowo:

- Musicie wziąć ślub, zanim będzie sztorm!

Oboje wstali. Major odłożył strzelbę na bok i wyjął z kieszeni białą chustę. Niczym prawdziwy kapłan związał im ręce i rzekł uroczyście:

- Ty, Olgierdzie i ty, Renato...

- Jestem Iwona.

Wiatr wzmagał się coraz bardziej. Fale przelały się przez grzbiet, utworzony nad samym brzegiem morza i wdzierały się długimi językami w głąb plaży.

- Ty, Olgierdzie i ty, Iwono, od tej pory jesteście połączeni już na zawsze. Możecie odejść, każde w swoją stronę, ale zawsze każde z was zabierze w sobie część tego drugiego...

Wykonał ruch ręką. Młodzi zwrócili się ku sobie i objęli. Major podniósł strzelbę i zaczął się oddalać. Oni stali, wciąż objęci. Wiał silny wiatr, wpychał fale coraz głębiej w plażę. Stali tak jakiś czas objęci, ze stopami w lodowatej wodzie.

Major szedł coraz szybciej. Odwrócił się raz, ale już ich nie zobaczył. Widział tylko dwie mewy, podrywające się do lotu. Ptaki, pchane przez wiatr, leciały w kierunku lądu, ale już osobno.

- Henryku...

Odwrócił się.

- Anno...

Przed nim stała Emilia. Patrzył chwilę w jej stronę, mocując się ze słowami, po czym rzekł:

- To już koniec, Anno...

- Tak, to sztorm...

Podeszła do niego bliżej.

- Chodźmy do wody...

Zaczęli zdejmować z siebie ubranie. W końcu Emilia została tylko w jednoczęściowym kostiumie, a Major w slipach. Jednocześnie wbiegli do morza, rozchlapując wodę. Potem szli coraz głębiej, Emilia pierwsza, Major dwa kroki za nią. Potem musieli płynąć, gdyż było za głęboko, żeby iść. Wiatr zgarniał z morza fale, a oni płynęli przeciwko tym falom.

Po kilku minutach Major poczuł kłucie po lewej stronie klatki piersiowej. „To już koniec” - zdążył tylko pomyśleć, nim zniknął z powierzchni wzburzonego morza. Emilia została sama.

Wiatr wiał coraz mocniej. Plaży właściwie już nie było, zalała ją zielonkawoszara, pomarszczona woda. Jej huk wypełniał całą przestrzeń.

Było pusto i nieskończenie smutno...

 

I jeszcze

mi się śniło

że jutro też będzie dzień

 

naiwne

prawda?

 

Obudził go krzyk mewy. Podniósł się z trudem na łokciu, rozejrzał się nieznacznie i rzekł, jakby do siebie:

- Jakież to życie jest nieskończenie bezsensowne...

- O, przepraszam, nie zauważyłam pana - powiedziała, podnosząc się z leżącej kilka metrów dalej kłody, kobieta. Była to trzydziestoparoletnia brunetka, szczupła, o dłuższych włosach i lekko wystających kościach policzkowych. Jej twarz zdradzała subtelny urok i pewną delikatność.

Przyglądał się jej chwilę, po czym rzekł:

- Ja panią znam... Pani nazywa się Renata. Ale mogłaby pani być Iwoną, to takie ładne imię...

- Wcale nie jest ładne - zaprzeczyła, po czym spytała: - A skąd pan wie, jak mam na imię?

- Przecież widzieliśmy się po tamtej stronie... - lekko ruszył głową.

- A może pan mieszka w moim hotelu?

- Tak, też...

- Pan, zdaje się, łebmaster? - spytała rzeczowo.

- Nie, menedżer w firmie konsaltingowej... Ale to bez znaczenia... – odpowiedział znów z wyraźnym ociąganiem się.

Podeszła bliżej. Mężczyzna ciągle siedział niedbale na piasku.

- To też - mówił nieskładnie - ale my... się spotkaliśmy... Naprawdę pani nie pamięta?

- Gdzie? - spytała chłodno.

- No, po tamtej stronie snu... Mówiłem...

Zapadło milczenie. Usiadł wygodniej, po czym rzekł:

- Ale jeżeli pani nie pamięta, to może spędzimy razem wieczór? Zapraszam panią na kawę...

Spojrzał na nią. Stała przed nim ta kobieta, znana i nieznajoma, delikatna i silna, smutna i niezależna.

- Muszę panu wyjaśnić - rzekła nieco oficjalnie - że, owszem, jestem osobą samotną, ale samotną z wyboru.

Przerwała patrząc, jakie wrażenie zrobiły te słowa na rozmówcy. Następnie zbliżyła się do kłody, z której przed momentem wstała. Usiadła tam znowu, po czym zaczęła kreślić na wilgotnym piasku faliste linie dużym palcem prawej stopy. Wpatrzona w ziemię, mówiła dalej:

- Byli w moim życiu różni mężczyźni, nawet, owszem, bardzo wielu, i to nie tacy, jak pan, ale nie zdecydowałam się z żadnym związać na dłużej... Miałam nawet kiedyś męża, przystojny, inteligentny, ale to był typowy męski szowinista. A ja jestem kobietą sukcesu, jestem stworzona do czegoś więcej, niż smażenie klusek i pranie koszul, tylko on tego nie rozumiał. Teraz prowadzę hotel, nieduży, ale przynosi zyski, całkiem wystarczające. Ale mąż nie pozwoliłby mi się zająć moją firmą. Tylko dom, dzieci, obiadki...

Przerwała swoją czynność – postawiła stopę na piasku obok i przez chwilę wpatrywała się w swoje dzieło. Po chwili dodała:

- Dlatego go zostawiłam. I od tamtej pory nie szukam kontaktów z mężczyznami...

Wstał i otrzepał spodnie.

- Jak to się wszystko... - mówił trochę sennie, zajęty tą czynnością. Kobieta tymczasem milczała i patrzyła na morze.

- Ale jednego mi pani nie odmówi - powiedział, podchodząc do niej - tej chwili nad wzburzonym morzem. Może moglibyśmy podziwiać je przez moment razem...

Nic nie odpowiedziała. Usiadł obok niej. Patrzyli chwilę w milczeniu na rozpryskujące się fale i na przelatujące nad nimi od czasu do czasu mewy. Powietrze było, jak zawsze o tej porze roku, wilgotne.

W pewnym momencie w huk tych fal wdarł się elektroniczny dzwonek telefonu komórkowego. Oboje sięgnęli w okolice serca. On pierwszy wyjął stamtąd swój aparat, przyjrzał mu się i rzekł:

- To do mnie...

Odsunął się i rozmawiał z kimś cicho, jakby nie chcąc przekrzykiwać szumu morza, po czym przerwał rozmowę.

- Szef dzwonił - oznajmił po chwili. - Muszę jutro być w pracy. Przerywam urlop...

Wpatrywał się chwilę w morze, po czym rzekł:

- Przerywam urlop, ale szef powiedział, że w przyszłym roku w listopadzie odbiorę sobie. Szkoda mi wyjeżdżać, ale... w przyszłym roku na pewno tu przyjadę...

Spoglądał na nią z przejęciem. Ona milczała także, a w końcu rzekła:

- Nie rozumiem, po co mi pan to właściwie mówi...?

 

JMG

10-21 IX 2001r.