Opowieść beskidzka
Lato dogasało.
Zaczęło się to dogasanie jeszcze w sierpniu, zaraz po żniwach. Jeszcze na górskich łąkach i w głębokich dolinach było ciepło, nawet upalnie – właśnie, był to taki upał już nie letni, lecz wczesnojesienny, jakby trochę dekadencki, pachnący dojrzewającymi gruszkami. Potem skoszono siano. Wozy jeszcze raz wyjeżdżały na górskie łąki, chłopi machali kosami, kładąc siano na ziemi. Koło południa przerywali pracę, siadali w cieniu dzikich grusz rosnących tu i ówdzie, a potem znów ruszali do swej pracy. I do samego wieczora wykonywali tę monotonna, mechaniczną, choć ręczną pracę, obalając na ziemię aromatyczne, wysokie górskie trawy wraz z rosnącymi na łąkach obficie ziołami. W końcu i sianokosy się skończyły. Wtedy rolnicy porozstawiali ostrewki, na nich poukładali pokos, co miało mu umożliwić przeschnięcie, a jednocześnie ochronić przed rozwłóczeniem przez jesienne wiatry. Mimo, ze teraz, w stojącej jesieni, trudno byłoby uwierzyć, że tutaj, na tych łąkach w ogóle czasami wieje. Potem ludzie wsiedli na wozy i z wolna odjechali w doliny drogą, złożoną z dwóch kolein wyżłobionych przez koła wozów, po środku której z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z sekundy na sekundę nawet, wypiętrzał się porośnięty trawą garb – tędy koła wozów nie jeżdżą.
Wozy odjechały, jesień została. Teraz na łąkach bywali jeszcze pasterze, którzy jeszcze mieszkali z owcami u góry i nie schodzili do wsi. Chcieli, żeby owce pasły się tak długo, jak to tylko możliwe. Nieraz, zwłaszcza późniejszym popołudniem, gdy zapadał już wcześniejszy, choć jeszcze nieśmiały wrześniowy zmrok, pasterze rozpalali na polanach ogniska. Długie dymy ognisk snuły się leniwie po ziemi, po łąkach – chciały jak najpóźniej wzlecieć w powietrze, w którym i tak nie było wiatru. Dalej nad polami stała jesień, pełna aromatu siana, zapachu ziemi i gruszek ulęgałek.
Potem zaczęły się przebarwiać buczyny i klony. O ile latem trudno byłoby z daleka rozpoznać, czy widoczną w oddali górę porasta las iglasty, czy liściasty – teraz nie powinno być wątpliwości. Świerki pozostały w dalszym ciągu zielone. Lecz i w lasach świerkowych było już inaczej. Latem, w czasie upałów, w lesie takim upał potęguje się i wzrasta nieskończenie prawie, nabierając przy tym zapachu żywicy. Teraz świerki dawały miły chłód i wytchnienie.
Więc gdy buki zaczęły się przebarwiać – na razie nieśmiało i z namysłem – pasterze pogasili swoje ogniska, produkujące gęsty i ciężki dym, i zeszli na dół, zabierając ze sobą owce. Na łąkach zrobiło się cicho, nie słyszało się już owczych dzwonków, ani pokrzykiwań pasterzy. Buki przebarwiały się najpierw na żółto, a później na właściwy sobie, czerwono-rudy kolor. W górach zostali tylko drwale i robotnicy leśni.
Czasem można było usłyszeć pracujące gdzieś w oddali piły łańcuchowe. Spotykało się też ludzi wprawiających je w ruch, jak ubrani w zielone, przybrudzone kombinezony grzali się przy rozpalanych na polanach ogniskach z gałęzi świerków. O ile ogniska pasterskie pachniały najczęściej pieczoną kiełbasą, ogniska drwali pachniały żywicą, były bardziej aromatyczne. Robotnicy nic na nich nie piekli – siadali tylko w koło, niektórzy nawet kładli się obok ogniska i jedli powoli, żuli może raczej zabrane z domu drugie śniadanie, będące nieraz ich obiadem, czy wręcz obiadokolacją, na które składały się złożone kanapki z żółtym serem. Czasem na górę wjeżdżały z trudem ciężkie ciężarówki. Wtedy robotnicy przerywali swój relaks przy ognisku i przystępowali do ładowania na ciężarówkę długich pni ściętych świerków. Potem ciężarówki odjeżdżały, a drwale zostawali.
Przez następne dni znów można było z oddali usłyszeć głosy pił. Buki były już całkiem rude, a klony czerwone. Wreszcie spadł deszcz.
Nie był obfity, raczej drobny deszczyk z niewielkiej chmury. Drwale przerwali pracę, kurtki narzucili sobie na głowy, co miało ochronić ich przed zmoknięciem i siedzieli w kucki wokół przygasającego ogniska, do którego nikt nie miał ochoty dorzucić świerkowych gałązek. Natomiast ten i ów zapalił czasem papierosa i puścił w niebo jeszcze trochę dymu, wspomagając ognisko.
Deszcz szybko przeszedł i mogli znów brać się do pracy. Ale następnego dnia padało znowu. Potem deszcze były coraz częstsze i obfitsze. W końcu w różnych zagłębieniach zaczęły się pojawiać kałuże, które nie znikały razem z deszczem, który był ich przyczyną. W koleinach owych podwójnych dróg beskidzkich, wyżłobionych przez koła wozów, często stała woda. Po pewnym czasie, już niemal ciągłych opadów, drogi rozmiękły zupełnie i chcąc iść na łąki leżące na zboczach gór trzeba było iść nie drogą, lecz jej nadzwyczaj wysokim poboczem.
Gdy trochę obeschło, gospodarze przypomnieli sobie o skoszonym sianie. Przyjechali jeszcze raz wozami na górę – o, jakże ciężko było teraz koniom ciągnąć wóz po rozmiękniętych beskidzkich drogach! – pozdejmowali siano z ostrewek, ostrewki zrzucili pod grusze, pod którymi nie tak dawno jadali dzienny posiłek i zjechali na dół. Natomiast robotnicy pracowali dalej. Teraz ich kombinezony były ubrudzone nie tylko żywicą świerkową, ale także błotem, zwłaszcza od kolan w dół. A później ciężarówki nie miały już siły wjeżdżać na górę, koła grzęzły w koleinach. Trzeba było pracę przerwać. Z ostatnim transportem długich świerkowych pni zjechali na dół i drwale, gasząc uprzednio swoje ogniska. Z rdzawych buków zaczęły opadać liście. Natomiast po lasach często wałęsały się teraz mgły. Nieraz gęste, jak mleko, nie pozwalały nawet ocenić wielkości polany stojącemu na jej brzegu, a gdy wiał mocniejszy wiatr – lżejsze, bardziej ruchliwe, co i raz coś zasłaniały i odsłaniały, ukazując wędrowcowi coraz to nowe oblicze gór. Ulewy już się prawie nie zdarzały. Natomiast w górach stale padała drobna, leniwa mżawka, której krople nie dolatywały nawet do ziemi, lecz pozostawały nieco nad nią, zawisały w bezruchu, zwiększając dodatkowo artystyczne mgły. Pachniało intensywnie wilgocią – właśnie wilgocią i niczym innym.
A pewnego dnia się ochłodziło, i zamiast mżawki zaczął padać śnieg z deszczem.
“Zaczyna się martwy okres” – pomyślał sobie Michał, ajent schroniska PTTK na polanie szczytowej Wielkiego Oszusa.
I oczywiście nie miał racji.
Lubię
sobie czasem pochodzić pomarzyć
gdy wiatr szarpie drzewa i mgły
z cichych powstają strumieni
deszcz
jest płaczem samotnego nieba
trzeba mi tego deszczu
by z niebem i lasem
sprzymierzyć się w samotności
- Emilio!
Podeszła do niego, odgarniając z czoła długie czarne włosy. Była drobna i szczupła.
- Słuchaj mnie, Emi! Muszę jechać uzupełnić zaopatrzenie. Pogoda dzisiaj podła, nikt raczej nie przyjdzie. Sądzę z resztą, że aż do świąt najpewniej nikogo nie zobaczymy...
Przerwał na moment i spojrzał w okno.
- Wrócę... może... Albo tak – rozpoczął od nowa. – Załatwię też parę spraw w centrali. Będę pojutrze. Poradzisz sobie?
Skinęła głową potakująco i odeszła. Michał przez jakiś czas patrzył za nią niewidzącym wzrokiem. W ogóle rzadko na nią patrzył, rzadko zastanawiał się nad nią, rzadko ją przeżywał. Ona po prostu była, i była zawsze, i będzie zawsze. Narzucił grubą kurtkę i wyszedł do garażu sprawdzić, czy z samochodem wszystko w porządku. Ale było wszystko jak trzeba. Wyjechał nim kawałek, zamknął bramę garażu. Potem jeszcze raz wrócił do żony. Zastał ją w jej pokoju. Malowała jakiś beskidzki pejzaż na rozstawionych sztalugach, lecz gdy wszedł, przerwała od razu. On podszedł jednak do płótna i chwilę mu się przyglądał. Ona tymczasem stała dwa kroki dalej, z lekko pochyloną głową, smutna i cicha.
- Rysianka? – spytał i spojrzał na Emilię. Przytaknęła ruchem głowy.
- Ładnie – rzekł od niechcenia. Cofnął się dwa kroki w korytarz i rzucił jeszcze szybkie “no to na razie” i już go nie było. Emilia patrzyła za nim przez pewien czas. Chciała mu coś powiedzieć – ale przecież nie mogła, nie umiejąc mówić. została sama.
Zeszła do kuchni, nalała sobie trochę wody mineralnej, wypiła ją powoli. Potem wróciła do swojego pokoju i kończyła obraz, przedstawiający, jak słusznie rozpoznał Michał, masyw Lipowskiej i Romanki, z widocznym budynkiem schroniska na Rysiance. Była sama.
Od czasu, gdy pierwszy raz padał deszcz ze śniegiem, upłynęło kilka dni. Jeden z tych dni był nawet pogodny, ale poza tym stale utrzymywało się zachmurzenie. Trochę się ociepliło, więc mgły w lasach utrzymywały się nadal. Dodatkowo, z wezbranych potoków, które teraz płynęły każdym wyżłobieniem, szumiąc głośno, zaczęła parować woda. Stojąc gdzieś na odsłoniętym szczycie, na przykład na polanie szczytowej Wielkiego Oszusa, mogło się zdawać, że w dolinach palą się jakieś gigantyczne ogniska – ale żadne ognisko nie daje tak niepokojąco białego i gęstego, a jednocześnie lekkiego dymu. To z potoków podnosiły się mgły. Robiło się jeszcze wilgotniej i jeszcze mgliściej. Właśnie – mgliściej.
Ale tego dnia, gdy Michał postanowił pojechać na dół po zaopatrzenie i zostawił Emilię samą w schronisku PTTK na polanie szczytowej Wielkiego Oszusa, znowu trochę się ochłodziło i ponownie padał, najpierw marznący deszcz, a po południu – śnieg z deszczem. I to właśnie miał na myśli Michał mówiąc, że pogoda jest podła. Jego żona nie podzielała oczywiście jego poglądu. Dla niej pogoda była cudowna, gdyż harmonizowała z jej smutną i cichą osobowością. Chciała o tym powiedzieć mężowi, ale przecież nie umiała...
W stronę schroniska na Wielkim Oszusie szło trzech młodych ludzi. Ubrani w grube kurtki z kapturami – z trudem można było rozpoznać ich twarze. I oni też niewiele widzieli. Praktycznie nic nie mówili, szli tylko niezbyt szeroką ścieżką. Plecaki im ciążyły i nie mogli doczekać się momentu, gdy nareszcie je zdejmą.
Do schroniska na Wielkim Oszusie zostało im może piętnaście minut.
Lubię
chodzić mglistym lasem
słuchać szumu spadających liści
mieć włosy mokre od mżawki
myśleć o nas o Tobie o wszystkim
w
zawieszeniu czasu
Czasami życie układa się tak dziwnie...
Emilia podeszła do okna i spojrzała na pustą polanę szczytową Wielkiego Oszusa. Było pusto i wciąż padał śnieg z deszczem. I nagle, jak w jakimś niesamowitym kinie, przed jej oczyma zaczęły przewijać się obrazy z przeszłości.
Więc najpierw rodzice, tacy wysocy i wyniośli, pochylają się i proszą: “No, Emilciu, powiedz “mama” ”. Potem chwila ciszy. Następnie ojciec, ten starszy elegancki pan mówi, jakby trochę prowokacyjnie: “mama”. I znowu nic. Matka prostuje się i mówi szeptem do ojca – wydaje jej się, że jej nie słychać: “Ja nie wiem, Mirek, jak to będzie, przecież ona nic... Czy nasza Emilcia będzie niemową?” A ojciec, w nienagannie skrojonym szarym garniturze wzruszał nieznacznie ramionami i mówił: “Jakoś to będzie...”. Ale nie było nijak, i Emilia przez całe swoje życie nie powiedziała ani jednego słowa.
Następne wspomnienie: to ta kolacja. Gdy weszła, nie domykając drzwi, rodzice siedzieli już przy stole. Ojciec, jak zwykle, elegancki, położył splecione dłonie na stole przed sobą, matka biegała z kuchni do pokoju i z powrotem. “Gdzie ty byłaś?” – spytała z kuchni. Ojciec rzucił szybko: “Zamknij drzwi, bo ciągnie po nogach”. A Emilia wzięła głębszy oddech, cofnęła się kilka kroków w korytarz, i zamiast zamknąć drzwi, otworzyła je jeszcze szerzej. Do środka wszedł młody mężczyzna, o niezbyt inteligentnym wyrazie twarzy, z pochyloną głową i wąskimi oczyma, które nie sprawiały sympatycznego wrażenia. “Nazywam się Michał” – rzekł półgębkiem – “i planuję ożenić się z waszą córką, a potem zabieram ją do siebie, do schroniska na Wielkim Oszusie.” Matka zamarła bez ruchu, ojciec popatrzył uważnie na mówiącego, wyraźnie cos chciał powiedzieć. Pierwsza zabrała głos matka: “Jak Emilcia będzie szczęśliwa z tym człowiekiem...” .Ale ojciec przerwał: “Więc wynoście się razem z tego domu i więcej się nie pokazujcie!” Michał wziął Emilię pod rękę i wyszedł z nią na korytarz. Tam odwrócił się jeszcze i rzekł: “O to może pan być spokojny, to już niedługo moja żona!”. I tyle.
Ale tymczasem tego dnia, gdy Emilia po raz kolejny przypominała sobie te zdarzenia, turyści zdążający do schroniska na Wielkim Oszusie byli już na skraju polany szczytowej. Dwóch wyższych chłopaków i jeden niższy, właściwie całkiem niski, podeszli do stojącego tam drogowskazu – Schronisko PTTK na Oszusie – 5 minut.
- Dotarliśmy – rzekł niski.
Jednakże gdy wyszli z lasu, nie starali się odszukać wzrokiem budynku schroniska. Padający teraz zimny deszcz wzmógł się na otwartej przestrzeni bardzo, a że szli akurat pod wiatr, musieli pochylić głowy, żeby krople obfitego opadu nie uniemożliwiły im widzenia w ogóle. Ocieplało się znowu, mimo zbliżającego się wieczoru – takie już są Beskidy – i potoki, które przez kilka ostatnich dni przyjęły sporo wody, znowu zaczęły parować w ten charakterystyczny, kłębiasto-biały sposób. Zaiste, wspaniały był widok mgieł podnoszących się z dolin, zasłaniających najpierw doliny, później wierzchołki wyższych gór -–doliny wtedy znów były widoczne – a potem łączących się z niskimi chmurami. Mgły parowały spośród drzew, odejmując tym dalszym nieco ostrości, czasem zatrzymywały się gdzieś, jak delikatne białe woale, potem znów, kłębiąc się i kotłując, powoli, strasznie powoli wzbijały się w górę.
Ale wędrowcy nie podziwiali tych widoków, tylko energicznym krokiem szli wąską ścieżką. Dotarli wreszcie do schodów niewielkiego schroniska, ostrożnie otworzyli drzwi i szybko weszli, otrzepując kurtki z kropel deszczu. W sieni zdjęli kaptury, rozpięli kurtki i weszli do nieobszernej sali jadalnej.
Emilia od razu usłyszała, że ktoś wszedł, podeszła więc do okienka, przez które wydawała posiłki. Stał przy nim młody, niski, lecz niezbyt szczupły mężczyzna.
- Dzień dobry – rzekł. – chcielibyśmy zostać tu na kilka dni. Istnieje taka możliwość?
Emilia skinęła głową, co pytającemu wydało się niekulturalne, mimo to mówił dalej:
- Najchętniej wzięlibyśmy miejsca w pokoju wieloosobowym, pani rozumie, my, studenci, zawsze klepiemy biedę, a pokoje wieloosobowe tańsze – uśmiechnął się nieznacznie. W tym momencie stanęli za nim jego koledzy. Byli znacznie wyżsi, tak że zupełnie ich nie zasłaniał. Emilia zauważyła, że jeden z nich był brunetem, a drugi – blondynem.
Tymczasem mały grubasek mówił dalej:
- A ja przepraszam, a gdzie tu jest, za przeproszeniem, toaleta?
Kobieta odsunęła się od okienka, co wywołało zdziwienie pytającego. Po chwili jednak pojawiła się w drzwiach do kuchni. Była dość wysoka, szczupła i pełna tajemniczego piękna.
- Wystarczy, że pani mi powie – rzekł mały. – Trafię sam, nie zabłądzę...
Emilia wykonała w powietrzu nieokreślony ruch rękoma. Jej rozmówca nieznacznie powtórzył go, nie rozumiejąc. Wtedy Emilia wykonała ten sam ruch po raz drugi. I w tym momencie jeden z wyższych turystów, ten blondyn, nachylił się do ucha kolegi i szepnął:
- Purchawa, ty głupku! Nie widzisz, że ona nie mówi?!
Chłopak nazwany Purchawą odwrócił się i spojrzał na kolegę, po czym podszedł do Emilii, która już stała koło drzwi z jadalni, a potem wyszedł za nią. Dwaj studenci zostali sami. Blondyn patrzył przez okno na moknący świat i przewalające się ponad górskimi grzbietami mgły.
Po dłuższej chwili Purchawa i Emilia wrócili z powrotem na górę. Kobieta dała Purchawie klucz i chłopak wraz z kolegami ruszył schodami na górę. Tam Purchawa otworzył drzwi i wszedł pierwszy do pokoju.
- Całkiem ładnie – rzekł do kolegów. – To co, moje łóżko od okna?
- Dlaczego twoje? – spytał brunet.
- Bo na Przegibku Marek spał od okna. A ja jak śpię na górze i w głębi pokoju, to się duszę – wyjaśnił grubasek.
- No, dobra, niech ci będzie – zgodził się brunet. Sam usiadł na środkowym łóżku, obok siebie oparł plecak i rozsznurował. Szukał tam chwilę czegoś, po czym spytał:
- Marek, u ciebie w plecaku jest chleb?
- Tak – odparł blondyn. – Wezmę go, możecie już zejść na stołówkę. Zaraz schodzę...
- A nóż kto ma? – spytał Purchawa.
- Ostatnio brał Rafał – rzekł Marek. Rafał znów zanurzył rękę w plecaku, poruszał chwilę, i wyjął dość duży nóż z czarną rączką.
- Jest – rzekł z wyraźną radością w głosie.
Już po chwili siedzieli we trzech na dole na jadalni i przygotowywali kanapki, układając je na dużym kawałku folii. Pracowicie smarowali kromki chleba, nie mogąc doczekać się, kiedy zaczną konsumpcję. Milczenie pierwszy przerwał Purchawa:
- Przydałby się wrzątek. Marek, weźmiesz?
Marek bez słowa wstał od stołu, wziął do ręki trzy kubki z zasypaną herbatą i podszedł do okienka. Po drugiej stronie siedziała Emilia, która widząc podchodzącego wstała.
- Chciałbym prosić wrzątek – rzekł Marek. Emilia zniknęła na chwilę, lecz zaraz pojawiła się z parującym dzbankiem w ręku. Potem Marek obserwował, jak nalewa ukropu po kolei do każdego z turystycznych kubków – zauważył przy tym, że ma bardzo ładne dłonie. Potem odstawiła dzbanek na bok, i w tym samym momencie, gdy spojrzała na studenta, on również podniósł głowę. Ich spojrzenia spotkały się niespodziewanie. Emilia spróbowała lekko się uśmiechnąć, ale chyba jej to nie wyszło.
Po raz pierwszy ich spojrzenia spotkały się...
Przyszłaś w szumie brzozy
usiadłaś obok mnie
nic nie mówiłaś
dotykałem Twych włosów
ucałowałaś mnie
nic nie powiedziałaś gdy
odchodziłaś
Marek (sam, na tle wieczornych mgieł i niezbyt wyraźnego wieczornego lasu): Jestem człowiekiem. Urodziłem się człowiekiem i nim zostanę. Czyż będąc człowiekiem, mam jakieś obowiązki wobec świata, czy jedynie wobec siebie? Czy powinienem szukać sensu życia? Ale jak życie może mieć sens, skoro jest sumą przypadków, rządzących nami i światem? Coś, co nie jest planowe, nie może mieć widocznego sensu. Może należałoby w takim razie tworzyć ten sens, sens życia, jak dzieło sztuki? (idzie kilka kroków, opatula się w kurtkę i mówi dalej) Skoro życie jest przypadkowością i nie ma nadrzędnej siły sprawczej, nie ma też celu. Któżby bowiem miał ten cel wyznaczyć, a kto by z kolei do niego dążył? Czy ja w takim razie, będąc człowiekiem, mam sobie wyznaczyć cel, skoro nie mam środków, aby do tego celu dążyć? (przez moment milczy, potem krzyczy) Więc po co to wszystko, w jakim celu?!
- Purchawa?!
- Aaa?
- Powiedz mi, ty wierzysz w... miłość?
Wszyscy trzej leżeli już w swoim pokoju w śpiworach. Rozmawiali jeszcze przy zgaszonym świetle. Purchawa przewrócił się na drugi bok, tyłem do okna.
- Wiesz – rzekł tonem zapowiadającym jakąś sentencję lub aforyzm – ja nie wierzę w trzy rzeczy: w możliwość dużego i uczciwego zarobku, w boga i miłość. No, bo – dowodził dalej - gdyby chociaż jedna z tych rzeczy istniała, nikt nie chciałby umierać. A jednak często zdarza się, że gdy lekarz w szpitalu powie do pacjenta, że już po wszystkim, i nic nie da się zrobić, to pacjent, na ogół, mówię, nie wścieka się, nie krzyczy, tylko układa wygodnie – i po prostu odchodzi...
- O, w mordę – zaklął Rafał, który do tej pory nie brał udziału w dyskusji – Purchawa zaczął filozofować, a ja tu trzeźwiusieńki, ani piwka...
- W takim razie – kontynuował Marek, nie zwracając uwagi na wypowiedź Rafała – dlaczego wybrałeś studia ekonomiczne, skoro nie wierzysz w uczciwą pracę?
Purchawa znowu przewrócił się na drugi bok i rzekł od niechcenia:
- A, bo czasem robi się takie rzeczy...
Przez moment panowała cisza, ale tylko przez moment. Po chwili przerwał ją Marek:
- A jak myślicie, jak to widzą kobiety? Bo my je kochamy, a one... Co one wtedy czują?
- Ja czuję, że chcę spać – rzekł opryskliwie Rafał.
- Nie mam pojęcia – odparł z kolei Purchawa. – Nigdy nie rozumiałem kobiet.
Po chwili dodał jeszcze:
- A ty ciągle myślisz o tej Monice, tej...
- Tak – odpowiedział Marek jednym słowem, ale słowo to mówiło wszystko, i więcej, niż można by powiedzieć przy pomocy wielu, wielu słów.
Rafał westchnął głęboko, po czym rzekł zniecierpliwionym głosem:
- O, do cholery, teraz wam się zebrało na dyskusję?
Następnym razem, gdy brał wrzątek, celowo spojrzał jej w oczy.
- Pani jest piękna – powiedział cicho, całkiem cicho. – Ciekaw jestem, jak też pani może mieć na imię?
Rozejrzała się przez moment, ale znalazła zaraz kawałek kartki, długopis, i szybko coś zapisała. Przyjrzał się uważnie niedługiemu słowu i powtórzył je, także półgłosem:
- Emilia...
Znowu spojrzał na nią. Odgarnęła włosy i, teraz widział wyraźnie, uśmiechnęła się lekko.
Pogoda nie zmieniła się od wczoraj. Nadal panowały dodatnie temperatury, co spowodowało jeszcze intensywniejsze parowanie potoków. Mgły nie tylko pełzały po ziemi, przysłaniały po górach i lasach, ale także stały nisko nad ziemią, nabrzmiałe od wilgoci. Czasem opadały lekko na ziemię, sprawiając wrażenie drobnego deszczyku. Mgły sprawiały, że tu, u góry można było czasem usłyszeć się przejeżdżające przez przełęcz Glinka samochody.
Tego dnia wieczorem Rafał zauważył opartą w przedpokoju o ścianę gitarę. Poprosił Emilię o wypożyczenie sprzętu, na co ona wyraziła zgodę zwykłym skinieniem głowy i wróciła do swoich zajęć. Tymczasem oni usiedli we trzech na jadalni. Rafał pochylił się nad instrumentem, kilka razy trącił strunę, aby go nastroić, po czym zagrał dobrze znaną im melodię. Marek zaśpiewał:
- Pusto w Gorcach jest jesienią, choć w dolinach życie wre...
Tu przerwał. Po chwili również Rafał przerwał grę. Namyślał się chwilę, po czym zagrał coś innego. Marek śpiewał:
- Gdybym miał gitarę, to bym na niej grał. Opowiedziałbym o swej miłości, którą przeżyłem sam. Opowiedziałbym...
W progu stanęła prawie bezgłośnie Emilia, oparła się o framugę. Rafał grał dalej, a Marek śpiewał:
- A wszystko te czarne oczy! Gdybym ja je miał, za te czarne, cudne oczęta serce, duszę bym dał! A wszystko...
Marek odruchowo podniósł głowę, i dopiero teraz zauważył Emilię. Spojrzał jej głęboko w oczy – nie były czarne, tylko brązowe, ale ciemne, co w połączeniu z jej ciemnymi włosami sprawiało jakieś tajemnicze i smutne wrażenie... Marek przestał śpiewać. Również Rafał przerwał po chwili grę. Zrobiło się cicho. Cicho – można było usłyszeć bez problemu wędrujące za oknami mgły, skraplające się na szybach schroniska i gałęziach świerków. Bo mgły słychać – naprawdę...
Ich spojrzenia spotkały się znowu, i Marek już wiedział...
Robiło się już ciemno, a mgły w lesie ograniczały widoczność do kilkunastu metrów, gdy zaczął się wspinać do góry. Czuł się już lekko zmęczony całodziennym marszem, nogi mu ciążyły. Wspinał się teraz na polanę szczytową Wielkiego Oszusa dość wąską, błotnistą ścieżką. Początkowo szedł poboczem, teraz jednak, gdy jej brzeg porośnięty był gęstymi zaroślami, musiał iść samym środkiem. Ciężkie buty zapadały się w błoto, a on szedł...
Gdy las rozrzedził się nieco, a wraz z nim i mgła, co oznaczało, że wychodził właśnie na polanę szczytową, przyszło mu do głowy, żeby odwiedzić Michała. Starszy sierżant Krzysztof Samorad-Wielomieyski z Wojsk Ochrony Pogranicza, zszedł więc z dość wygodnej ścieżki i ruszył na przełaj przez łąkę, porośniętą zeschniętymi teraz trawami, sięgającymi mu do kolan. Znał dobrze drogę na skróty i mógłby trafić nawet z zamkniętymi oczyma, dlatego szedł pewnie, mimo że niewielki budynek schroniska zaczął wyłaniać się z mgły dopiero po pewnym czasie.
Wielomieyski doszedł do niego od tyłu, aby zatem wejść do środka, musiał okrążyć go od strony niewielkiego podwórka. Idąc przez ten błotnisty czworokąt zauważył, że nie stoi przed nim samochód terenowy Michała. Zaskoczyło to trochę Wielomieyskiego, zatrzymał się więc. Wahał się, czy ma iść dalej, czy zawrócić na ścieżkę i szybciej wrócić do stanicy. Postanowił w końcu zajrzeć przez okno do mieszkania Michała. Pochylił się i podszedł do okna.
Tuż koło budynku potrącił niewielki świerk, na którego gałęziach skraplała się mgła. Teraz część wody z igliwia pociekła mu za kołnierz, zaklął więc cicho i bokiem podszedł do parapetu. Od razu zauważył, że Emilia nie była sama. Siedziała w fotelu naprzeciwko młodego chłopaka. On wyraźnie coś mówił, ona słuchała. Potem młodzieniec wstał, podszedł do Emilii i przytulił ją mocno.
Spadła lekka mżawka.
Sierżant Samorad-Wielomieyski późno w nocy wrócił do stanicy tego dnia. Lasem koło Przegibka szedł całkiem po ciemku. Większość pograniczników bała się chodzić po nocy wzdłuż granicy, głownie z powodu wilków. Wielomieyski był jednym z nielicznych, którzy się ich nie obawiali. Natomiast zupełnie nie bali się ich przemytnicy. Leżąca za pasmem Wielkiej Raczy Słowacja, gdzie wszystko było tańsze, a alkohol w szczególności, przyciągała bezrobotnych i bezrolnych, stanowiła dla nich nieraz jedyne, a w każdym razie główne źródło utrzymania. Nieraz, gdy zostali złapani, mówili potem, powtarzali to nawet na procesach, że granica ich woła, że po nocach nie mogli spać, bo granica państwowa mówiła do nich: “Wstań i chodź, dzieciaki będziesz miał za co nakarmić, żonie jakiś ciuch kupisz... Wstań!”
Wielomieyski, który lubił nocne spacery po górach, spotykał czasem przemytników, ale ich nawet nie legitymował. Był poetą. Nie dlatego, że pisał wiersze, nie – Wielomieyski właściwie nie pisał wierszy w ogóle, jeśli nie liczyć tych młodzieńczych, powstałych pod wpływem kobiety, które pisze w swoim życiu każdy chyba mężczyzna. Wielomieyski był poetą wewnętrznym, a nie zewnętrznym: chodził po górach, rozmawiał z drzewami, wiewiórkami, a czasem i wilkami, jeśli udało mu się je spotkać. Z ludźmi nie rozmawiał prawie wcale, bo szkoda mu było na to czasu. Wyjątek czynił jedynie dla Michała, ajenta schroniska PTTK na Wielkim Oszusie, do którego zachodził czasem, patrolując granicę.
Dziwnym człowiekiem był starszy sierżant Samorad-Wielomieyski. Gdy mówił, mało kto go rozumiał. Raz przyszedł do stanicy i oznajmił, że właśnie rozmawiał z wilkiem, który zapowiedział mu, że to ostatnie lata, gdy Beskidy są zielone, że już niedługo przedsiębiorcy postanowią wyciąć wszystkie beskidzkie lasy, do ostatniego drzewa. Wielomieyski kochał Beskidy. Gdy raz spotkał inżynierów budownictwa, planujących rozszerzenie zrywki drewna na rezerwat Rysianka, jednego z nich pobił. Wpłynęła nawet skarga na niego, ale sierżant uważał, że robił to co nalezało.
Bardzo dziwny był to człowiek...
Marek (sam; w tle widać majaczące niewyraźnie w mgłach kontury świerków, bliżej wysokie, uschnięte trawy; wieczór): Sam więc zostałem, ja, twórca niedoskonały. Ale jakże mam tworzyć świat, gdy nie mam ani odpowiedniej mocy, ani narzędzi?! A wiem przecież, jak świat powinien wyglądać, jaki kształt ostateczny należałoby mu nadać. (wyciąga ręce ku górze; głośniej) Jak ja cierpię, widząc to wszystko, beznadzieję, nicość. Jak ja czuję, że wszystko będzie źle i jak najgorzej, i nic nie mogę na to poradzić! Twórca nieszczęśliwy, niespełniony, jedną ręką bym wstrzymał czasy i przestrzenie!!!
Sierżant Wielomieyski: (idzie powoli, zatrzymuje się) Ale to dziwna noc...
Wilk: Podejdź bliżej, porozmawiamy...
Sierżant Wielomieyski: (lekko zdziwiony) Z wilkiem?
Wilk: A czemu nie? Czy myślisz, że nie mam ci nic do powiedzenia?
Sierżant Wielomieyski: No... niby nie... (podchodząc bliżej) Słucham?
Wilk: Już idą. Drwale, przedsiębiorcy, wytną wszystkie drzewa. Zrób coś...!
Sierżant Wielomieyski: (zakłopotany) Nic na to nie poradzę...
Wilk: Zrób coś...
Sierżant Wielomieyski: Nic się nie da zrobić. Po prostu świat się zmienia – i zmienia się na gorsze...
- Wiesz, sporo o tobie myślałem...
Emilia zwróciła głowę w stronę mówiącego.
- Myślę, że... powinnaś wyjechać stąd i... – tu przerwał.
Usiadł bezsilnie na krześle, opuścił ręce i głowę.
- Widziałem twój obraz. Jest niesamowity... On ma nastrój, taki właśnie jesienny. On pachnie tymi buczynami...
Emilia słuchała dalej w skupieniu. Wreszcie Marek rzekł:
- Wyjedź ze mną, Emi!
Wykonała ruch ręka zdradzający wielkie zdumienie.
- Ja wiem – rzekł Marek, wstając – że Beskidy są piękne, i może dlatego, ale... Będziemy tu wracać, zobaczysz... Ty nie powinnaś spędzać życia przy gotowaniu i zmywaniu, Emi... Jesteś na to zbyt wyjątkowa...
Podszedł do niej i przykucnął. Wziął jej prawą dłoń w swoje dłonie. Mówił dalej:
- Zabiorę cię stąd, wyjedziemy...
Emilia wstała i zaprzeczyła ruchem głowy. Marek wstał również.
- Nie powinnaś tu się marnować... – rzekł jeszcze, wychodząc.
Za oknami mżyła jesień. Gdy Marek szedł na górę, do pokoju, wydawało mu się, że słyszy z zewnątrz czyjś płacz. Ale tak naprawdę, było prawie całkiem cicho. Cicho, ale bardzo smutno – i Marek także był smutny. I wtedy usłyszał od strony doliny warkot motoru. Wracał Michał.
- Purchawa?
- No...
- Czyj to pasztet? Chyba twój...
- Nie – zaprzeczył grubasek. – Ja nie jadam pasztetu z jelenia. To chyba Marka...
- A swoja drogą, gdzie on może być? – zastanowił się przez moment Rafał, przerywając pakowanie. Jeśli zaraz nie przyjdzie, nie zdążymy przed wieczorem dojść do schroniska. Powinniśmy już wychodzić.
Dzień był pochmurny, ciemny i szary. W wilgotnym powietrzu doskonale było słychać rytmiczne uderzenia siekiery – Michał rąbał drewno na opał. Nawet nie zauważył, jak podszedł do niego sierżant Krzysztof Samorad-Wielomieyski, pogranicznik. Stanął kilka kroków z tyłu, odczekał na właściwy moment i chwycił Michała za ramię. Tamten odwrócił się, chwilę rozmawiali. Po tej rozmowie przeszli kawałek, zza bocznej ściany schroniska. I wtedy Michał wyrwał się usiłującemu go przytrzymać Wielomieyskiemu i pobiegł z siekierą pod górę, w kierunku widocznych osób.
Gdy tylko Marek zauważył nadbiegającego Michała, wypuścił Emilię z objęć i ruszył biegiem w stronę pobliskiego lasu. Michał tymczasem dobiegł do dziewczyny, coś do niej krzyczał, po czym uderzył ją wolną ręką z całej siły w twarz, aż się przewróciła. Jeszcze zobaczyła przed oczyma twarz lekarza, który cos wypisywał, po czym rzekł do zatroskanej kobiety: “Pani córka po prostu nie będzie mówić, i już...” I upadła na jesienne, wilgotne od mgły trawy.
Michał tymczasem biegł w ślad za Markiem, i dogonił go po niedługiej chwili. Marek zatrzymał się, cofnął parę kroków. z kieszeni wyjął scyzoryk, otworzył go. Michał natomiast podszedł bliżej i wykonał spory zamach siekierą. Marek próbował dosięgnąć go scyzorykiem, ale Michał kolejnym ruchem wytrącił mu go z ręki. Wtedy podszedł jeszcze bliżej, podniósł siekierę do góry, ale Marek obezwładnił go na chwilę kopniakiem. Siekiera upadła na miękkie świerkowe igliwie. Michał rzucił się ponownie na Marka, złapał go rękoma nieco powyżej pasa. Obaj się przewrócili i szamotali czas jakiś. Wreszcie Marek zdołał wyrwać się Michałowi i dopaść do siekiery. Teraz on stał pochylony, przygotowany do zadania ciosu, a Michał cofał się, podnosząc do góry puste ręce.
- Porozmawiajmy – zaproponował.
- Trzeba było porozmawiać, zanim rzuciłeś się na mnie z siekierą – odparł Marek.
- Albo zanim uwiodłeś mi żonę – dodał Michał.
- Ja i twoja żona kochamy się – zakomunikował mu Marek, opuszczając rękę z siekierą. – Zabiorę ją ze sobą.
- Nie masz prawa – wysapał Michał.
- Dlaczego?
- No, bo to jest moja żona...
Przez moment panowała kłopotliwa cisza. Z doliny dopłynęło znowu jakby więcej mgieł, dalsze drzewa wydały się zamazane i senne.
- Nie jest twoją własnością – rzekł zdecydowanie Marek. – Ona należy do świata, nie do ciebie.
- Bóg mi dał ją na własność – odparł patetycznie Michał i zaraz dodał: - a co bóg dał, niech człowiek nie waży się dobierać...
- Nie ma boga – stwierdził drugi mężczyzna, spoglądając nieco do góry. – Nie ma, bo gdyby był, lepiej urządziłby świat...
- Więc dlaczego ptaki każdej wiosny wracają z południa? Dlaczego są góry i doliny, dlaczego zboże rośnie, gdy się je posieje?
- Gdyby bóg był – rzekł Marek – nie dopuściłby, aby Emilia została twoja żoną. Nie pozwoliłby...
- A ty, za kogo się uważasz? – spytał Michał. – Za boga? Skąd wiesz co jest dobre, a co złe? Kto ci dał prawo do decydowania o życiu innych, no kto?
Marek myślał chwilę, po czym zamachnął się i rzucił siekierę daleko przed siebie. Odwrócił się i odszedł bez słowa. Mgła stawała się coraz gęstsza, a on szedł i stawał się coraz mniej realny. W końcu zniknął całkiem.
Na polanie szczytowej Wielkiego Oszusa było cicho i pusto. Sierżant Samorad-Wielomieyski przytknął rękę do oczu, ale nic nie zauważył, poza coraz mniej wyraźną ścianą lasu. Trochę niżej majaczyły, mimo mgły rude połacie buczyn.
- Przyjdą kiedyś – pomyślał. –Przyjdą, wytną wszystkie buki, wybetonują Beskidy, zbudują autostrady, wille, hotele. I nie będzie więcej Beskidów...
Nie było nikogo, kto by potwierdził lub zaprzeczył. Wielomieyski poszedł dalej.
JMG, 6 II 2002 r
.